Pani Lidia Maksymowicz jako dziecko była więźniem obozu koncentracyjnego Auschwitz, gdzie padła ofiarą eksperymentów pseudomedycznych z rąk doktora Mengele. Po latach opowiada swoją historię.

Jako dziecko żyjące w realiach wojennych doświadczyła czym jest strach, głód i brak schronienia nad głową. To między innymi pozwoliło jej łatwiej odnaleźć się w obozie niż innym dzieciom. Do obozu trafiła wraz z rodziną w wieku lat 3. Tam też od razu straciła ukochanych dziadków.

 – Zostali skierowani do gazu. Byli starsi i nie nadawali się do pracy. Nie można ich było do niczego wykorzystać, więc zostali natychmiast zabici przez Niemców. – mówi

Opisuje strach jaki towarzyszył jej i jej matce tuż po przybyciu.

 – Byłyśmy z mamą przerażone, bo komendy padały po niemiecku, w obcym dla nas języku, i nic nie rozumiałyśmy. Zaraz też pognali nas na kwarantannę. Mama miała piękne długie warkocze i niestety obcięli je, bo wszystkich golono na łyso. My, dzieci, nie poznawałyśmy naszych mam, gdy straciły włosy. A gdy założono im pasiaki, to już w ogóle były nie do poznania. Wtedy dopiero je tatuowali. – wspomina

Kobieta opisuje realia jakie panowały w obozie i w jakich przyszło jej żyć wraz z innymi dziećmi.

 – To był normalny barak. Przy wejściu znajdował się osobny pokoik, nazywano go „sztuba”. Siedziała w nim kobieta, która miała nas pilnować. Pod dachem znajdowały się małe okienka i do dziś pamiętam, że gdy spoglądałam w górę, barak wydawał mi się strasznie wysoki. Na każdej pryczy leżało nas kilkoro. Trochę połamanej słomy, brudny koc z pluskwami i wszami. Wokół potwornie cuchnęło. Jak dziecko miało biegunkę i nie doleciało do nocnika, smród roznosił się po całym baraku. Wyglądaliśmy odrażająco – owrzodziałe, nieprawdopodobnie chude dzieci.Rano wychodziliśmy na apel – bo nas też, jak dorosłych, wyganiano na plac – odliczano numery i gdy kogoś brakowało, Niemcy sprawdzali w baraku. Wtedy się okazywało, że leżą tam zwłoki. Dzieci przeważnie umierały w nocy. W jednym z baraków znajdował się długi piec. Pamiętam leżące na nim martwe ciała. – opisuje

Pani Lidii szczególnie utkwiła w pamięci postać jej oprawcy, doktora Mengele, o którym dowiedziała się bardzo szybko. Z jej zeznań wynika, że mroczna legenda zbrodniarza w białym fartuchu nie była obca dzieciom, które chowały się w przerażeniu, gdy ten zjawiał się po kolejne ofiary.

 – Bardzo szybko dowiedziałam się o doktorze Mengele. Wszystkie dzieci wiedziały, kto to jest i że kiedy przychodzi, trzeba się chować, włazić pod pryczę, żeby tylko doktor Mengele nie zabrał.- mówi

Nie udało jej się niestety uniknąć losu setek innych dzieci, które zostały poddane nieludzkim eksperymentom. Podano jej serię zastrzyków, po których jej ciało stawało się sine, obolałe i pokryte ropieniami. Była bardzo słaba. Jak sama podkreśla przetrwała dzięki matce, która narażając życie starała się przedrzeć do baraku, by nakarmić słabe dziecko.

 – Mama wyczekiwała na moment, gdy snop światła był skierowany w inną stronę. Wtedy podbiegała i starała się wejść. Raz złapała ją blokowa i tak lała, że wybiła jej wszystkie zęby. – wspomina

Gehenna pani Lidii trwała 13 miesięcy aż do wyzwolenia obozu. Podczas ewakuacji rozdzielono ją z matką. Następnie adoptowała ją polska rodzina Rydzikowskich. Jak się później dowiedziała z dokumentów, była najdłużej żyjącym w obozie dzieckiem.

Rozłąka z mamą trwała kilkanaście lat. Błędnie poinformowano ją o jej śmierci. Jak się później okazało ta żyła na terenie Związku Radzieciego. Kobiety odnowiły kontakt.

 – Mama płakała, cały czas płakała. Dopytywała: „Ludmiła, to ty?”. Ja mówiłam po polsku, ona po rosyjsku i tak żeśmy rozmawiały. Ale ta rozmowa się nie kleiła. Dowiedziałam się od niej, że nie ustawała w poszukiwaniach. Najpierw jeździła po domach dziecka w Związku Sowieckim, bo jej powiedziano, że tam zostały wywiezione dzieci z Oświęcimia. Później zwróciła się do Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca w Moskwie. – mówi.

Pani Lidia nie ukrywała swojego oburzenia na określenia „polskie obozy zagłady”, jakie padają m.in ze strony niemieckich mediów.

 – Kiedy słyszę o takich przypadkach, to coś się we mnie burzy. Przecież Polacy sami byli więźniami, albo pomagali uwięzionym, narażając niejednokrotnie swoje życie. A dzisiaj idioci pozwalają sobie na sformułowanie „polskie obozy koncentracyjne”. Jak można na to przyzwalać? – pyta poirytowana.

Zapytana o to, czy używa określenia „niemieckie obozy zagłady podczas spotkań z Niemcami odpowiada dobitnie.

 – Oczywiście, zawsze to podkreślam. Nie mówię o hitlerowcach czy nazistach, ale o Niemcach. Jako dziecko nie wiedziałam, kim są naziści. Funkcjonariusze w obozie mówili po niemiecku, więc dla mnie to byli Niemcy. Do dzisiaj tak mówię. – podkreśla – Młodzi Niemcy reagują na to bardzo różnie. Niektórzy chyba nie wierzą w to, o czym opowiadam, bo w ich domach milczy się na ten temat. Nie wiedzą, kim byli dziadkowie. – opowiada

Dziś pani Lidia stara się wieść normalne życie. W kręgu jej przyjaciół znajduje się wielu byłych więźniów obozu Auschwitz.

Pełną historię pani Maksymowicz można przeczytać w książce ‚Dobranoc Auschwitz’.

...

Zobacz również