UDOSTĘPNIJ

Temat, który chciałbym poruszyć niewątpliwie objęty jest pewnym tabu w kraju między Odrą i Bugiem. Niezaprzeczalne jest bowiem, że związkowcy z logiem „Solidarności” na strojach roboczych oraz transparentach w dominującym dyskursie medialnym jawią się jako „architekci wolności”. Wszyscy widzieli przecież choćby w telewizji przeskakującego przez płot Wałęsę i kilka innych protestów na szeroką skalę (przyznam, że często myślę, iż w większości z nich sam wziąłbym wówczas udział). Jak się okazuje to wystarczy, by w „wolnej Polsce” dokonywać swoistej sakralizacji wszelakich związków zawodowych.

Aby przybliżyć nieco swoje rozważania chciałbym zacząć od kwestii samej formy strajków organizowanych przez dzisiejszą „Solidarność”. Często zdarza się, że mimo braku stosowania na ulicach przemocy bohatersko walczący o swoje prawa związkowcy używają ciekawych środków ekspresji, by wyrazić swoje niezadowolenie. Do najbardziej popularnych należą głośne, często niecenzuralne okrzyki, gwizdki, petardy hukowe oraz palenie wszystkiego, co odpowiednio mocno zatruje ludzi w pobliżu (najczęściej opon). Wszystko to w sposób rzetelny (niestety tylko w aspekcie wizualnym) pokazują wszystkie media, dokładnie opisując w tym samym momencie merytoryczne postulaty związkowców. W miażdżącej części przypadków sytuacja taka przedstawiona jest jako normalna i niebudząca żadnych zastrzeżeń.

Te same media po upływie kilku tygodni lub miesięcy potrafią jednak skupić się już na równie ważnej kwestii – bandyckich wyczynach kibiców piłkarskich . Często okazuje się, że stadionowi chuligani odpalili kolorowe race świetlne w celu przyozdobienia oprawy na meczu lub patriotycznego pochodu. To „karygodne” zachowanie niemal zawsze spotyka się z medialnym napiętnowaniem – przy okazji wzmaga się przy tym dyskusja nad „zaostrzeniem kar dla pseudokibiców” i „programami podniesienia bezpieczeństwa na stadionach”. Nierzadko porusza się także kwestię zagrożenia dla dzieci na stadionach… Na szczęście gdy protestują górnicy i stoczniowcy na ulicach miast dzieci nie ma, a bohaterscy związkowcy zachowują się wzorowo. Wiemy jednak, że przecież czasem muszą zwrócić na siebie uwagę i nie ma w tym nic złego, gdy robią to paląc opony pod urzędami publicznymi.

Pamiętajmy jednak, że związkowcy chcą przede wszystkim walczyć o swoje prawa – nawet, jeśli ich prawem jest utrzymywanie przez państwo zupełnie nierentownej kopalni. W tym momencie proponuję, by kioskarze również założyli swój związek zawodowy i domagali się utrzymywania przez państwo kiosków, które nie przynoszą zysków! Sam wówczas chętnie postawię kiosk (najlepiej w możliwie zacisznym miejscu, by nikt mi nie przeszkadzał) i wywalczę prawo do finansowania mojej działalności przez państwo.

W głównym nurcie medialnym nawet pies z kulawą nogą nie zajmie się losem pracowników prywatnych fabryk, w których pracuje się równie ciężko jak w kopalni, zarabia znacząco mniej, a stabilność zatrudnienia jest całkowitą abstrakcją „dzięki” nadużywanemu outsourcingowi i wieloma innymi praktykami pracodawców, które z punktu widzenia pracownika mają wyłącznie złe strony. Często za to możemy w telewizji zobaczyć transparenty górników z hasłami takimi jak „żądamy chleba” (5000 zł nie starczy!) czy łzy żony górnika, któremu grozi utrata pracy (łzy żony pracownika prywatnej fabryki są równie autentyczne, lecz nikt ich nie pokazuje).Być może uczepiłem się tych górników (ich przykład jest po prostu najbardziej wyrazisty), lecz zaznaczam, że bardzo szanuję ich ciężką i niebezpieczną pracę.

Ostatnia kwestia, jaką chciałbym poruszyć to sprawa nierówności samych związkowców. Oczywiście działacze związkowi w firmach prywatnych objęci są okresem ochronnym i pewnymi przywilejami, ale mimo to ich pracodawca może nie patrzeć zbyt przychylnie na to, iż z nim „wojują” i znajdują się oni w dużo gorszej sytuacji, niż związkowcy pracujący w budżetówce. Bowiem dla tych drugich pracodawcą jest państwo, które w najgorszym wypadku nie zareaguje na określony protest. Nie występuje w tej sytuacji psychologiczne napięcie między związkowcem i pracodawcą, gdyż państwo nie posiada emocji w przeciwieństwie do szefa prywatnej firmy.

Niestety dla państwa i mediów mimo tego, że jest rok 2014 nadal istnieją „równi i równiejsi”…