UDOSTĘPNIJ

Wybory samorządowe mają to do siebie, że praktycznie każdy może ogłosić się ich zwycięzcą. W ostatnich, tych z jesieni 2014 roku, wygrał zarówno PiS jak i PO ale ogromnym sukcesem jest z całą pewnością także wynik PSL. Jedyną partią, która nie mogła zrobić dobrej miny do aż tak fatalnej gry był Sojusz Lewicy Demokratycznej. A w zasadzie cała polska lewica i wszystko co z nią związane ? Janusz Palikot przestał istnieć politycznie (i zrzekł się swojej ?lewicowości?), a pojedyncze przypadki zwycięstw ruchów miejskich (oraz m.in. p. Biedronia) to tylko bardzo nikłe pocieszenie.

Pół biedy, gdyby był to tylko pojedynczy wynik. Cały problem leży w tendencji ? mimo, że od 2005 roku wszystkie wiatry wieją w teorii korzystnie dla lewicy, procentowy poziom poparcia dla SLD zatrzymał się na mizernych 8-9, i od dobrych paru lat nie zapowiada się na zmianę. Mało tego, nie widać absolutnie żadnej alternatywy, która miałaby jakąkolwiek realną wagę polityczną. Zieloni i ruchy miejskie istnieją, miewają jakieś chwile delikatnych wzlotów, ale nie oszukujmy się ? na nowych rządzących oni nie wyglądają. Krótko mówiąc ? z lewicą w Polsce jest dzisiaj bardzo źle i każda osoba o poglądach lewicowych zadaje sobie pytanie: co robić? Jedną z takich analiz przeprowadził ostatnio dawny szef mazowieckiej młodzieżówki SLD oraz były publicysta pikio.pl Błażej Makarewicz prezentując parę ciekawych spostrzeżeń (http://www.scenapolityczna.pl/czekajac-na-godota/).

Nie zamierzam wieszczyć tutaj upadku SLD, pluć na tą partię i proponować ?wyniesienie sztandaru?. Nie zamierzam także zajmować się dogłębnie kwestiami personalnymi, kto powinien przyjść a kto odejść. Jako osoba, która głosowała i głosuje na tę partię (nawet z krwawiącym sercem) nie miałbym z czegoś takiego zbytniej satysfakcji. Ale chciałbym zaproponować parę swoich spostrzeżeń, które chociaż w minimalnym stopniu mogą pobudzić ludzi lewicy (i nie tylko) do przemyślenia pewnych spraw i głębszej refleksji.

Krótki szkic historyczny

SLD jest partią post-PZPRowską. Patrząc na okres rządów Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w latach 1944(49) – 1989, moglibyśmy podzielić go z grubsza na dwa okresy. Ten pierwszy moglibyśmy nazwać okresem ?ideologicznym? i ?komunistycznym?, który to trwał od samych początków Polskiej Partii Robotniczej aż do antysemickich czystek w marcu 1968 roku (i był przedłużony aż do masakry robotniczej w 1970 roku). Okresowi temu towarzyszyła bardzo silna wiara w podstawowe założenia komunizmu i wiara w rewolucję społeczną jak i słuszność idei Marksa oraz Lenina. Ogromna część ówczesnych komunistów absolutnie szczerze wierzyła w słuszność postulatów kolektywizacji rolnictwa, nieograniczonej roli Partii i wyższości socjalizmu nad kapitalizmem. Nie była to wiara do końca naiwna ? jeszcze w latach ?60 poważni amerykańscy dziennikarze liberalni brali pod uwagę możliwe zwycięstwo ZSRR w zimnej wojnie i prymat gospodarki centralnie planowanej nad rynkową. Był to okres wielkiej Rewolucji, wiary w budowę nowego, lepszego świata pozbawionego wyzysku i biedy oraz stworzenia nowego człowieka, wyzbytego wszystkich wad minionego, burżuazyjnego świata.

Po 1956 roku i tajnym referacie Chruszczowa ta wiara ostygła. Ogromne wrażenie zrobiła także radziecka interwencja na Węgrzech, która dla wielu postawiła pod znakiem zapytania moralną wyższość Związku Radzieckiego nad światem Zachodu. Reputacja ZSRR została nadszarpnięta ? ale reputacja marksizmu w żadnym wypadku. Okres między 1956 a 1968 (czyli między destalinizacją a ?praską wiosną? i polskim Marcem) to szczytowe lata marksizmu rewizjonistycznego i poszukiwań odpowiedzi w pracach młodego Marksa, Trockiego czy zachodnio-europejskich marksistów-egzystencjalistów. W Polsce nie dążono już może do radykalnej rewolucji społecznej, ale zachowano całą komunistyczną otoczkę, czego nieśmiertelnym symbolem są przemówienia towarzysza Władysław Gomułki. Przepełnione odniesieniami do ?idei socjalizmu?, ?wilczej natury niemieckiego imperializmu?, ?bandytach reakcyjnych? oraz wielu innych kwiecistych sformułowań, stanowią po dziś dzień pierwsze skojarzenie z polską ?lewicą?.

Momentem przełomowym był Marzec 1968 roku. Jak stwierdził prof. Andrzej Walicki, w marcu 1968 roku skończył się w Polsce komunizm. Ten proces znalazł swoje ukoronowanie w zmianach na szczycie partii po Grudniu 1970 roku. Polska była wtedy już innym krajem.

Skończył się komunizm oraz ideologia. Owszem, pozostała otoczka sprowadzona tylko i wyłącznie do pustej retoryki (w która nie wierzyli nawet jej piewcy) i zachowania aparatu władzy ? ale poglądy nie odgrywały już żadnej roli. Liczyło się już tylko posłuszeństwo Partii i znajomości w jej szeregach. PRL przestał być państwem komunistycznym ? stał się autorytarną, pragmatyczną dyktaturą, której jedynym celem jest nie stracenie władzy. Za wszelką cenę.

Ten drugi etap charakteryzuje epokę Gierka oraz generała Jaruzelskiego. Pragmatyzm, technokratyzm i koncentrowanie się na bieżących, przyziemnych kłopotach ? miała być to ?pokuta? za rozbuchany idealizm lat wcześniejszych. Legalna polska ?lewica? zaczęła się cała czerwienić na przywołanie tyrad Gomułki czy próby wprowadzenia w Polsce komunizmu. Próbowała to odpokutować skierowaniem się w stronę przyziemnych, ludzkich problemów. PRL przestał się odnosić do sfery jakichkolwiek wartości i jedynym uzasadnieniem dla jego istnienia stała się możliwość radzieckiej interwencji. Ten czynnik, wespół z paroma innymi, doprowadził do wewnętrznego uwiądu w Partii i załamania się systemu w późnych latach ?80.

Złe wnioski z historii

SLD jest spadkobiercą tego późniejszego, skrajnie odideologizowanego i pragmatycznego PZPRu. Ta spuścizna niesie za sobą jedną główną cechę: skrajny wstręt do wszelakich ?ideologii? oraz wszystkiego co tylko z nimi związane. SLD cały czas stara się odpokutować swój skrajny dogmatyzm lat 1944-1968 pretendując do miana ściśle technokratycznej partii, zajmującej się konkretnymi problemami społeczeństwa. Samo pomówienie wszelkiej ?ideologizacji? przywołuje od razu trudne i niewygodne wspomnienia epoki Bieruta i Gomułki.

Ten technokratyzm spełniał swoją rolę, dopóki na horyzoncie widniał jakiś cel, który taką politykę usprawiedliwiał. W roku 1993 chodziło o zwolnienie szaleńczego tempa reform po transformacji ustrojowej. Społeczeństwo było zmęczone środowiskami solidarnościowymi i SLD jawiło się jako jedyna realna alternatywa. W 2001 roku chodziło o wejście Polski do Unii Europejskiej. Była to wartość sama w sobie i nadawała sens działaniom tej partii. Problem pojawił się, gdy transformacja ustrojowa się zakończyła, a Polska weszła już do Unii. Czego to SLD teraz chce, do czego dąży, o co mu chodzi?

Partia rzecze więc: chcemy sprawnie działającej służby zdrowia (a kto tego nie chce?), dużo dobrych dróg (ktoś w polskiej polityce jest przeciwko?) i sprawnej administracji (jak wyżej). Wszystko to są słuszne postulaty, ale nie składają się na spójną, atrakcyjną opowieść. Postulaty socjalne ma już PiS (co tam, że są one wykorzystywane tylko instrumentalnie jako wabik na wyborców), a postulat liberalizmu światopoglądowego ma już Platforma (w n i e z w y k l e umiarkowanym wydaniu). Co jednak najważniejsze ? obie partie mają w i z j ę Polski.

Ta wizja może być szkodliwa, uproszczona czy kulawa, w zależności od poglądów danej osoby. Ale to właśnie ta wizja przesądza o atrakcyjności tych partii, a nie ich programy polityczne których i tak nikt nie zna ani nie czyta. PiS stoi za niezwykle wyrazistą i dobitną wizją IV RP ? ?rewolucji moralnej?, dekomunizacji, umocnienia władzy wykonawczej i państwa policyjnego. Ale też Platforma jest niezwykle zideologizowana. Ten ?brak ideologii? jaki bardzo otwarcie promuje partia pana Tuska oraz pani Kopacz może się wydawać nieco mylący, ale przecież opowieść Platformy jest też spójna i atrakcyjna. To to umiarkowanie, administrowanie bieżącymi problemami kraju, otwarcie na inność i tolerancja są wizją Polski, która idealnie sytuuje się jako przeciwieństwo wizji PiSowskiej.

Obecnej polityki nie określają już z góry narzucone podziały klasowe, religijne czy narodowe. Granice się rozmazały i każdy może sobie ?stworzyć? swoją tożsamość opartą na wielu częściach składowych. Obecne społeczeństwa mają raczej charakter plemienny ? każdy z nas szuka przynależności do swego rodzaju ?plemienia?, czy są to plemię smoleńskie, plemię korwinistów czy plemię ?młodych, wykształconych, z dużych miast?. SLD nie posiada swojego plemienia ? stary elektorat postPRLowski kruszy się w mgnieniu oka, a nowi wykluczeni idą pod sztandary o wiele bardziej wyrazistego PiSu. Młodzi liberałowie preferują nieco konserwatywną Platformę, która nie zaskoczy jednak na pewno romansem z prezesem Kaczyńskim. Po Leszku Millerze można się tego niestety spodziewać. SLD jest partią z dobrym programem i niezłymi kadrami ? tylko, że partię tą mało kto po prostu popiera. Dla młodych ludzi są to po prostu ?flaki z olejem?, bez wyrazistości i bez przebicia.

Polacy, wbrew wszelkim pozorom, nie są zbytnio racjonalnym narodem. Obecne SLD przypomina nieco Tadeusza Mazowieckiego w 1990 roku, który dziwi się czemu przegrywa ze Stanem Tymińskim. Wszak program jest świetny, więc czemu Polacy wolą tani populizm? Ano dlatego, że program pełni rolę drugorzędną wobec wizji ideologicznej, których Polakom tak brakuje. Te wizje dają im pan Kaczyński oraz pan Tusk. Środowiska post-PZPRowskie zostawiły je za sobą gdzieś w 1968 i teraz wstydzą się do jakichkolwiek nowych przyznać. Tą ?wizją? nie jest już po 2004 roku ?Polska w Europie?. Polska lewica musi wymyślić się na nowo.

Dyskurs wyprany z wartości

Razem z pragmatyzmem i technokratyzmem polska polityczna lewica dopuściła się jeszcze jednego błędu, stanowiącego logiczną konkluzję tamtych dwóch. Jest nim odrzucenie ze swojego słownika takich słów jak ?moralność?, ?dobro?, ?zło?, ?solidarność? czy ?braterstwo?. Proszę zauważyć, że gdy mowa o tym czy coś jest moralne czy też nie, możemy mieć prawie pełną pewność, że słowa te padają z ust kościelnego hierarchy albo ewentualnie prawicowego polityka. Lewica reaguje na tego typu dyskurs jak na jakiś anachronizm. Lewicowy dyskurs także stał się do bólu pragmatyczny, ulegając modzie ekonomizacji rzeczywistości, która ogarnęła większość zachodniego świata od lat ?70 XX wieku. To co się liczy to wzrost gospodarczy, wydajność i skuteczność. Na takie wartości, których nie da się zmierzyć, miejsca już brakuje.

Tym sposobem to prawica oraz Kościół zyskały w Polsce monopol na wartości. To biskupi katoliccy tłumaczą co jest moralne a co nie, a lewica patrzy na to wszystko stukając się w głowę. Sęk w tym, że moralność wcale nie równa się religii. Ba! patrząc na postępowanie hierarchów kościelnych w sprawach takich jak afera doktora Chazana, można zaryzykować stwierdzenie, że często moralność ma z religią bardzo niewiele wspólnego. Czemu lewica nie przestanie się bać takiego języka? Owszem, mamy swoje na sumieniu (szczególnie w latach 1944-1970), ale prawica też wcale święta nie jest. Poza tym ? jest jeszcze spuścizna lewicy demokratycznej i opozycyjnej. Duch Sierpnia ?80 jest w Polsce cały czas niezagospodarowany. Co z takimi ludźmi lewicy jak Jacek Kuroń czy Karol Modzelewski? Nie wiem czy chcieliby oni popierać partię post-PZPRowską. Ale wydaje mi się, że przynajmniej część z nich byłaby w stanie poprzeć mądrą, rozsądną partię lewicową w Polsce. Partię, która wraca do języka wartości, moralności i solidarności. Języka, który na polskiej lewicy leży i dogorywa.

Co na sztandarze?

W jednym z poprzednich artykułów na pikio.pl pisałem już o socjaldemokracji jako mariażu liberalizmu z solidaryzmem (http://pikio.pl/solidarny-liberalizm-argument-za-socjaldemokracja/). Czy można z tego stworzyć spójną, atrakcyjną narrację? Tego nie wiem. Ale mogę zaproponować parę pomysłów i idei.

  1. Idee

Po pierwsze ? polska partia lewicowa (SLD albo i nie) musi stać na straży demokracji liberalnej. Te słowa muszą zostać wykute w kamieniu i postawione na wzniesieniu. Jesteśmy l i b e r a ł a m i w tym względzie, że uważamy sferę moralności za święte miejsce każdego człowieka, gdzie państwo nie ma dostępu. O moralności można i trzeba dużo mówić, ale nigdy nie wolno niczego wymuszać. Prawo do suwerennych decyzji moralnych jest świętym prawem każdego człowieka. Wszelkie hasła mówiące o tym, że ?rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana?, że taka wolność decyzji może doprowadzić do ?chaosu?, ?tragedii społecznej? i ?nieprzewidzianych skutków? albo nawet ?upadku naszego modelu cywilizacyjnego/kulturowego? są sloganami, które padały też przy próbach emancypacji osób czarnoskórych czy wprowadzeniu powszechnego prawa wyborczego. Nigdy się nie sprawdziły. Z całym szacunkiem ? teraz szanse na to nie są o wiele wyższe.

Co niezwykle ważne ? musimy uważać, aby ten liberalizm ogarniał też osoby o poglądach konserwatywnych. Zawsze będzie istnieć pewien zakres rasizmu, antysemityzmu, nacjonalizmu czy homofobii. Nie ma co rozpalać pochodni i ruszać na polowanie czarownic. Wiele osób myśli o liberałach jako o ludziach z ?tęczową swastyką?, którzy chcą wymusić swoje przekonania na innych. Nic z tych rzeczy. Liberalna demokracja obejmuje wszystko ? chyba, że ktoś chce ograniczać wolność innych albo obalić ten system. Wtedy włącza się w pełni naturalny mechanizm samokontroli. Masz pełne prawo uważać aborcję za morderstwo i jej nie dokonywać ? albo uważać za coś obojętnego moralnie i jej dokonać. Właśnie po to powinna ona być zalegalizowana, abyś sam mógł wybrać. Tak, także ty konserwatysto, ponieważ jesteś oczkiem w głowie liberalnego demokraty. I nikt ci krzywdy naprawdę nie chce zrobić.

Z tego powodu jakiekolwiek mariaże z PiS odbiegają w przedbiegach. I nie ma tu mowy o ?realpolitik?. Polska lewica miała dosyć ?realpolitik? przez ostatnie 70 lat i właśnie zbiera tego owoce.

  1. Gospodarka

Po drugie ? gospodarka. A właściwie radykalne zmiany w polskiej gospodarce. Żadna rewolucja, tylko porządny, całościowy plan, który przez 4 lata zreformuje efektywnie wiele chorych elementów naszej ekonomii. Musi być to plan lewicowy ? i tu pies pogrzebany. SLD nigdy całkiem lewicowej polityki gospodarczej nie prowadziło. Owszem, na tle innych ekip rządzących była to polityka w miarę rozważna i rozsądna, dzięki której zaliczyliśmy największy wzrost gospodarczy w naszej historii (głównie dzięki wybitnemu polskiemu ekonomiście, jakim jest prof. Grzegorz Kołodko). Ale polityka gospodarcza polskiej lewicy nigdy nie była wystarczająco odważna, aby odpowiedzieć na fundamentalne problemy naszego systemu gospodarczego.

Te dwie sfery są ze sobą ściśle połączone. Demokracja liberalna jest tworem względnie delikatnym, który opiera się na poparciu swoich obywateli. W momencie gdy system ekonomiczny w kraju (tak jak w niektórych dziedzinach u nas) jest niewydolny, pojawia się oburzenie społeczne i złość. Teraz widzimy to na ulicach Warszawy 13 grudnia i nie możemy tego bagatelizować. Nawet jeśli populiści w stylu pana Kaczyńskiego przerzucają te złe emocje na urojone problemy (zmowa okrągłostołowa etc) to ich geneza jest jak najbardziej prawdziwa. Mają one swoje korzenie w głębokich niesprawiedliwościach społecznych. Jeśli nie będzie się na nie reagować, mogą w końcu rozsadzić albo mocno podkopać system liberalnej demokracji. A powtórki z Węgier nie chce chyba żaden rozsądny człowiek lewicy.

Zmiany ekonomiczne, którym powinna przewodzić lewica powinny dążyć przede wszystkim do rozkręcenia popytu wewnętrznego, przede wszystkim przez podniesienie skandalicznie niskich płac (które w ogóle nie nadążają za znacznym wzrostem produktywności naszej pracy) i przejście od modelu konkurencyjności kosztowej (tania siła robocza) do konkurencyjności opartej na innowacyjności. Nie trudno stać się łakomym kąskiem dla inwestorów tnąc koszty pracy. Ale tego typu konkurencyjność może bardzo szybko się skończyć, jeśli tylko np. złoty zacznie zyskiwać na wartości. Oparcie na zaufanej, narodowej marce jest o wiele bardziej rozsądnym modelem konkurencyjności.

Niskie płace stanowią tymczasem przeszkodę na drodze unowocześniania naszej gospodarki. Jaki sens jest dla pracodawcy w kupowaniu nowych maszyn i technologii, jeśli wyniesie go to drożej niż utrzymywanie nisko płatnych robotników? Niskie płace oznaczają też, że pracownik nie jest w stanie pójść do kina, teatru czy nawet do fryzjera. Obniżają się jego wydatki konsumpcyjne. Uderza to naturalnie w inne firmy, z których usług nasz pracownik mógłby teoretycznie skorzystać. To jest nakręcająca się spirala recesji, która sprawia, że nawet kraje ze zbilansowanymi budżetami nie mogą wydostać się z marazmu gospodarczego.

Tu pojawia się rola państwa ? ?wpompowanie? środków do gospodarki, aby ta ruszyła z miejsca. I najlepiej nie w stronę wielkich korporacji, tylko do zwyczajnych gospodarstw domowych, które muszą na co dzień oszczędzać najwięcej, a stanowią o żywotnej roli naszej gospodarki. Wszystko to przy pomocy demonizowanego i przerażającego społeczeństwa długu publicznego. Nie ? długu publicznego nie należy się bać i jeżeli jest on trzymany pod kontrolą i środki z niego spożytkowane idą w celu skutecznego napędzenia koniunktury, to zaciągnięty w czasie recesji dług spłaca się w czasie boomu gospodarczego. Model ten przećwiczyły już europejskie kraje lat 1930tych i wszystko wskazuje na to, że po 2008 ten keynesowski model znowu powraca do łask. ?Zaciskanie pasa? bywa być może niezbędne w przypadku krajów takich jak Francja (gdzie wydatki socjalne są rzeczywiście niezwykle wysokie), ale raczej nie w przypadku Polski czy większości krajów europejskich.

W banalnym uproszczeniu: początkowo wyższy dług publiczny, potem wyższe płace, wyższa konsumpcja, wyższy popyt wewnętrzny, wyższy wzrost, niższy dług. A dług trzymany w ?ryzach? do około 90% PKB, ponieważ w takiej wysokości gospodarce na pewno nie szkodzi.

A kto ma walczyć o te wyższe płace, tak ważne dla zdrowia naszej gospodarki? Tutaj pojawia się miejsce dla silnych związków zawodowych, które niestety w Polsce są demonizowane mimo, że walczą o interesy zdecydowanej większości naszego społeczeństwa. Prezes banku albo działacz związków pracodawców to ?niezależny ekspert?, spróbujmy sobie wyobrazić działacza związkowego, którego ktoś przedstawia w ten sposób.

Aby walczyć o wyższe płace, potrzebna jest jednak pewna doza bezpieczeństwa. Człowiek, który składa dzięki Bogu za to, że został zatrudniony na umowę śmieciową, bez odprowadzania składek ani podstawowych zabezpieczeń (jak np. płatny urlop) nie będzie się kwapił do poprawy swojego położenia. Może zostać wyrzucony z pracy na kiwnięcie palcem. Potrzebujemy silniejszej pozycji pracownika względem pracodawcy ? mniej elastycznego zatrudnienia (a jeśli już to obudowanego świadczeniami socjalnymi), możliwości darmowych szkoleń w małych i średnich przedsiębiorstwach (w dużych nie ma z tym raczej problemu) i większego współdecydowania pracowników o planach firmy. Rozmowa każdego tygodnia/miesiąca z szefem i innymi pracownikami o tym jakie plany ma firma? To powinna być oczywistość.

Praca to nie wszystko, rzeczą którą dotyka każdego śmiertelnika bez wyjątku są podatki. W Polsce są one po prostu… niskie, a już na pewno niesprawiedliwie rozłożone. Polacy na rzecz fiskusa oddają rocznie 32,4% dochodu narodowego (dane za Eurostat). U Szwedów jest to 46 procent, u Duńczyków 47 procent, a u Niemców 40 %. Średnia unijna to 38,8%. Mniej podatków od nas płacą tylko Bułgarzy, Rumuni, Słowacy, Łotysze i Litwini. Mało tego, podatki w Polsce bezustannie… maleją. W 2007 roku płaciliśmy o 2,5% PKB podatków więcej. W 1995 roku ? o 4,7% PKB więcej.

Potrzebujemy więcej zarabiać ? ale też płacić wtedy wyższe podatki.

Problem jest nie tylko z wysokością ale także ze strukturą podatków. W Polsce dominują podatki pośrednie czyli głównie VAT i akcyza, zatem te które najmocniej uderzają w najbiedniejszych. Czas nareszcie odwrócić tę tendencję i rozpocząć powolny trend w kierunku podwyższenia PITu (i być może CITu) a zmniejszenia VATu i akcyzy. Polityka SLD szła w odwrotnym kierunku i partia ta niechlubnie przyczyniła się do wprowadzenia w Polsce de facto podatku liniowego (tylko dwie stawki podatkowe, z czego lwia część Polaków płaci pierwszą).

I w końcu ? sposób traktowania przez fiskusa poszczególnych podatników. Trzeba zrewidować ulgi podatkowe dla wielkich korporacji i dążyć do tego, aby mali i średni przedsiębiorcy przestali być traktowani jako potencjalni złodzieje, kiedy równocześnie pozostawia się otwarte drzwi dla korporacyjnych molochów.

Ostatni postulat ? państwo opiekuńcze. Zarówno SLD jak i spora część lewicy dała sobie wmówić, że nie stać nas na państwo opiekuńcze. Jeszcze większą bzdurą jest to, że to niby ?rozbuchany socjal? doprowadził do kryzysu w Europie. To nie jest tylko kłamstwo. To jest dokładna odwrotność realnego stanu rzeczy. Proszę sobie spojrzeć na bilanse budżetowe państw europejskich w latach 2007-2008. Wszystkie (!!!) poza Grecją miały zrównoważone budżety, a Hiszpania czy Irlandia notowały wręcz nadwyżki budżetowe. Jeśli tutaj szukamy powodów obecnego kryzysu to opieramy się po prostu na własnych wyobrażeniach. Za powód kryzysu Ha-Joon Chang (znany ekonomista z Cambridge) podaje spadek wpływów podatkowych wywołanych recesją, co zostało jeszcze wzmocnione przez ratowanie zadłużonych banków z publicznych pieniędzy. A impuls wyszedł z Ameryki i tamtejszego kryzysu z pożyczkami sub-prime.

Kraje o największym ?socjalu? jak Niemcy i Szwecja wyszły z kryzysu zdecydowanie najlepiej. A to dlatego, że państwo opiekuńcze nie jest dobrobytem rozpieszczonych, bogatych Europejczyków, którzy postanowili zafundować sobie raj na Ziemii. To konieczność stabilnej gospodarki. Powód jest zasadniczy i już o nim pisałem ? pobudzanie popytu wewnętrznego. Pieniądze na zabezpieczenia socjalne to nie zwykły wydatek, ale inwestycja która się zwraca. Człowiek, który czuje się bezpiecznie, ma więcej czasu na rodzinę i jest szczęśliwy ? lepiej pracuje. I tu nie potrzeba bardzo zaawansowanych badań.

Niekiedy wydatki socjalne trzeba ciąć, nie ma co do tego wątpliwości. Bywają kraje, które przesadzają z długiem publicznym co prowadzi do spirali zadłużeniowej i konieczności radykalnych cięć. Ale Polska ma dokładnie odwrotny problem. Średnia unijna jeśli chodzi o wydatki publiczne na służbę zdrowia to 8,4% PKB. Polska ? 4,8% PKB. Walka z bezrobociem? UE ? 1,7% PKB, Polska ? 0,4% PKB. Może polityka mieszkaniowa? Nie do końca ? w UE średnia to 3,4% PKB, w Polsce 1,1% PKB.

W Polsce nie ma ani państwa opiekuńczego ani ?socjalu?. I to jest źródło naszych problemów ? których nie mają ani Niemcy ani Szwedzi.

Podsumowanie

Przed polską lewicą ciężka, długa droga… i być może to jest dobra wiadomość. Polska lewica od roku 1945 miała jak z górki ? niekwestionowana władza w latach 1944-1989, po tym powrót do władzy już po 4 latach, prezydent rządzący lat 10… Teraz nadszedł czas, aby polskie środowiska lewicowe nareszcie zaczęły walczyć o swoje, a nie liczyć na pomoc Moskwy, Unii albo postsolidarnościowej beznadziei. To oznacza jednak konieczność wykształcenia jasnej tożsamości i zadania sobie poważnych pytań. Polska lewica była zawsze kompetentna, ale zarazem pozbawiona wyrazistości. A w dzisiejszej polityce to kwestia życia i śmierci.

 

(Sporą część danych oraz pomysłów dot. polityki gospodarczej zasięgnąłem z książki p. Rafała Wosia „Dziecięca choroba liberalizmu” która gorąco polecam)

Mateusz Kuryła

8 KOMENTARZY

  1. K… keynesowskie brednie zostały już obalone dawno temu. Przecież większość krajów świata ingeruje w gospodarkę próbując stymulować gospodarkę. Oczywiście kończy się to katastrofą. Jesteś świadomy tego, że zwiększając podaż pieniądza przez kredyty, tylko przesuwasz konsumpcje w czasie? Przecież kredyty trzeba spłacać i przez to po zaciągnięciu kredytu konsumpcja się zmniejsza. Mamy prawie 200% nieoficjalnego długu(publiczny + emerytury) więc w jaki sposób chcesz pożyczać i utrzymywać dług poniżej 90%? Wiesz że roczna obsługa długu to ok. 50mld? Wiesz o tym, że pieniądze na pobudzanie gospodarki bierze się z opodatkowania zwykłych ludzi? Wiesz o tym, że jak zabierze się pieniądze przedsiębiorcy(klientom), da się je państwu które zrobi później u niego zakupy, to tylko pogorszysz sytuację przedsiębiorcy? Jak zabiorę ci 1000 zł, a później za te 1000zł zrobię u ciebie zakupy, to w rzeczywistości oddajesz mi swój produkt za darmo? Dodatkowo ponosisz straty, ponieważ wytworzenie produktu kosztuje. I później przez to bankrutujesz bo nie jesteś wstanie się utrzymać. To ma być stymulowanie gospodarki? Równie dobrze można by kazać przedsiębiorcom wyrzucać swoje produkty na ulicę. Jesteś świadomy tego, że podnosząc płacę minimalną wypniesz najbiedniejszych na bezrobocie / prace na czarno? Dobrobyt buduje się na pracy a nie na dotacjach. Ale żeby można było się rozwijać, trzeba mieć wolność działania czyli niskie podatki i mało regulacji. Czy wiesz o tym, że twoi idole uważają, że dobrą drogą do stymulowania gospodarki jest wojna? http://en.wikipedia.org/wiki/Military_Keynesianism

    Podatki w Polsce wcale nie maleją. To ludzie spierdalają za granicę i przez to wpływy do budżetu maleją. Ludzie otwierają sobie firmy w UK i tam płacą podatki. Coraz więcej spraw załatwia się pod stołem. Wiele podatków się omija. Podwyższając PIT zarżniecie małe firmy(duże wogle go nie płacą). Grecja i Hiszpania oszukiwała w księgowości na potęgę i przez to miała ,,nadwyżki". A takie ultra-socjalistyczne państwa jak Niemcy czy Szwecja są znacznie bardziej wolnorynkowe niż Polska. Socjalizm to nie tylko podatki i zasiłki, ale także regulacje prawne. http://www.heritage.org/index/heatmap
    http://en.wikipedia.org/wiki/Index_of_Economic_Freedom
    Tam możesz sobie porównać Polskę z innymi krajami europejskimi. Polska jest na 50 miejscu w rankingu wolności gospodarczej, Niemcy na 18 a Szwecja na 20. Polska jest bardziej socjalistycznym państwem niż Szwecja. Ale wy lewicowi intelektualiści oczywiście tego nie widzicie. Dla was liczą się tylko zasiłki aby można było żyć i żreć na czyjś koszt.

    Przecież PiS jest bardziej lewicowy niż SLD. Czemu więc nie zwracasz się do tej partii? Myślisz że jak ktoś chodzi do kościoła to już jest prawicowcem? Nazywanie wybitnym ekonomistą profesora Bełkotko jest absurdem. Powoływanie się na książkę Wosia która została totalnie zaorana przez Robert Gwiazdowski jest po prostu śmieszne. Reszty nawet nie chce mi się komentować, bo to są po prostu absurdy o których wielu wybitnych ekonomistów z szkół przeciwstawnych do Keynesizmu napisało już wiele książek. Zapoznaj się z dziełami takich osób jak Adam Smith, Milton Friedman, Ludwig von Mises i Friedrich Hayek i przestań powtarzać te brednie.

  2. Szanowny Panie Mateuszu.
    Proszę sobie odpowiedzieć na kilka poniżej postawionych pytań:
    1. Jaki jest cel komunizmu i czym się różni od anarchizmu ?
    2. Proszę poczytać trochę II i III tomu Kapitału Marksa i nie pisać bzdur, że gospodarka planowa jest wyznacznikiem "komunizmu" – patrz państwa Ameryki Południowej.
    3. Popełnianie przez Pana klasycznego błędu: tzn. mieszanie języka państwowego z narodowym prowadzi do kolejnych emocjonalnych "błędów". Komunizm się buduje i się do niego dorasta. (błędem polskiej lewicy było i jest nieumiejętność oceny na jakim stopniu rozwoju jest polskie społeczeństwo – przywoływanie przykładów innych społeczeństwa jest kolejnym "błędem" bo próbą wykazania jak u nich jest dobrze.

    Życzę powodzenia
    Jarema Zajda

ZOSTAW ODPOWIEDŹ