UDOSTĘPNIJ

Ku mojej panslawistycznej rozpaczy relacje polsko-ukraińskie nadal są dalekie od choćby poprawnych. I nie chodzi tu wcale o oficjalne stanowiska polityków, bo teoretycznie zarówno polskie elity, od prawicy do lewicy, jak i ukraińska władza, deklarują chęć współpracy. Polska teoretycznie miała odgrywać rolę pomostu między Ukrainą a Unią Europejską. Wspólnie organizowaliśmy Euro 2012. Ale w niektórych polskich i ukraińskich głowach tkwi nieciekawy obraz sąsiada. Co sprawiło, że oba narody, w gruncie rzeczy tak blisko spokrewnione etnicznie
i kulturowo, dały się podzielić i wepchnąć w szpony wzajemnych uprzedzeń?

Jeśli w Polsce słowo „Ukraina” źle się kojarzy, to głównie ze względu na inne hasła, które sieć skojarzeniowa podsuwa nam automatycznie na myśl – „Wołyń”, „Bandera”, „rzeź”, „Prawy Sektor”. Trudno zapomnieć o zbrodni, jakiej dopuścili się szowiniści spod znaku OUN-UPA na wielu niewinnych polskich cywilach. Tak naprawdę ta kwestia całkiem niedawno stała się przedmiotem pogłębionej analizy historycznej i socjologicznej. Wcześniej okryta płaszczem tabu, tkwiła głównie w umysłach ludzi, którzy z Wołynia czy ze Lwowa musieli uciekać.
Pewnym truizmem zatem jest stwierdzenie, że za współczesną niechęcią wobec Ukrainy stoi pełna goryczy historia. Tak samo zresztą jak współczesna niechęć do Rosji, której nie potrafimy wybaczyć rzezi Pragi, syberyjskich kibitek czy Katynia.

Drugi powód jest już dużo mniej oczywisty. Nasze zakodowane w głowie „Pogarda nach Osten”. Tak naprawdę nie jesteśmy odosobnieni w tej postawie, bo jest to tendencja co najmniej ogólnoeuropejska. Tak samo jak przez wiele lat Niemcy spoglądali (a być może nadal spoglądają) z rezerwą na nas, azjatycką hordę ze wschodu, tak samo wielu z nas – Polaków – dzisiaj spogląda na Ukraińców. Przez wiele lat Polak mieszkający w Niemczech musiał się trudzić, by udowodnić, że zasługuje na równe traktowanie. Że niekoniecznie przyjechał kraść samochody, że potrafi być człowiekiem na poziomie i ciężko pracować. I to nierzadko za małe pieniądze.

Teraz to ukraińscy uchodźcy, którzy pojawili się choćby w mojej rodzinnej miejscowości, muszą wkładać podobny wysiłek w tę samą walkę o swoje dobre imię. A łatwo wcale nie mają. Wielu Ukraińców, przybyłych do Polski w poszukiwaniu ziemi obiecanej, godzi się pracować za nieprzyzwoicie niskie wynagrodzenie. Zanim legalną pracę podejmą, nierzadko muszą stawić czoło wyzwaniom aparatu administracyjno-biurokratycznego. A kto powiedział, że pani za biurkiem będzie miła i empatyczna, że weźmie pod uwagę ich trudną sytuację, być może nawet wojenne traumy? Daj im Boże, ale znając realia, to… gdzie kończy się państwo, tam zaczyna się człowiek. Czyli gdzie zaczyna się państwo, tam kończy się człowiek.

Temat tego poczucia wyższości wobec tych, co na wschód od nas, był już trochę trawiony przez media przy okazji futbolowej potyczki Poznania z Wilnem. Kibice Kolejorza postanowili wrzucić wszystkich Litwinów do wora z napisem „chamy” i kazali im klękać przez polskimi „panami”. A my, normalni ludzie, z zażenowania złapaliśmy się za głowy.
Cóż, to jak traktowana jest polska mniejszość na Litwie, może, a nawet powinno, budzić nasze zastrzeżenia. Ale przyjęcie postawy postsarmackiego buraka nie jest sposobem na wyrzyganie swojej złości, słowo daję. Tak samo jak obligatoryjna pamięć o naszych rodakach, którzy ginęli z rąk banderowców, nie oznacza piętnowania wszystkich Ukraińców.

A jak to wygląda z perspektywy Ukrainy? Dlaczego nasi wschodni sąsiedzi nas nie lubią, jeśli faktycznie nie lubią? Z powodu bardzo prozaicznego. Dla Ukrainy byliśmy i jesteśmy tym samym, czym dla nas Niemcy. Narodem, który budził niepokój o nasz narodowy byt, który z innym krajem naszą ojczyznę podzielił, i który, cholera jasna, zawsze wypływał na wierzch! Trudno nam pewnie taką perspektywę zrozumieć, że niby my na wierzchu, ale porównując do Ukrainy, która dopiero po upadku ZSRR wywalczyła sobie odrębny narodowy byt, a dziś jest pogrążona w chaosie i konfliktach…

Dla nas, Polaków, Bohdan Chmielnicki to zdrajca, a Jeremi Wiśniowiecki wielki bohater. A dla radykalnego Ukraińca? Ten pierwszy to przywódca romantycznego zrywu Kozaków przeciw niewdzięcznym i wyzyskującym Lachom. Ten drugi – oprawca wieszający i nabijający na pal wielu niewinnych ludzi. Rzeź wołyńska była haniebnym aktem terroru wymierzonego w bezbronną ludność. A jednak Bandera jest częścią ukraińskiej pamięci narodowej – tak samo jak dla nas choćby wspomniany Wiśniowiecki. Więc radykalni Polacy i radykalni Ukraińcy będą nadal pielęgnować pamięć o swoich idolach, doprowadzając się nawzajem do furii. I podtrzymując niepotrzebne międzynarodowe niesnaski. Ani jedna, ani druga strona nie pojmie swojej etycznej niekonsekwencji i hipokryzji. Szkoda, bo przecież najpierw jesteśmy Słowianami, a dopiero później oddzielnymi nacjami – na szczęście są normalni Polacy, Ukraińcy, Rosjanie czy Litwini, którzy to rozumieją. Pozostałym zalecam popularną maść.

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułPalikot wypuścił spot. Złamał prawo?
Następny artykułPaństwo a Ojczyzna
Paweł Jankowski

Konsekwentnie zawsze pośrodku. Ani wierzący, ani ateista- czyli agnostyk. Ani prawicowy, ani lewicowy- znaczy centrowiec. Zwolennik uczciwej oceny i przeciwnik podwójnych standardów. Fanatyk dobrej literatury i punk rocka. Poszukiwacz przygód i bokserski kibic.

Zobacz również