UDOSTĘPNIJ

Sześć racji za socjaldemokracją

 

Kampania wyborcza do wyborów prezydenckich 2015 roku jest żenująca i przygnębiająca z wielu powodów. Polska scena polityczna nie tylko została zawłaszczona niemal całościowo przez prawicę (podzieloną – to jedyne pocieszenie), ale została wywłaszczona aż do bólu z jakichkolwiek merytorycznych wartości. Nikt nie oczekuje od kandydatów konwentu filozofów, ale pewne granice dobrego smaku zostały przekroczone.

Fatalna kandydatura pani Magdaleny Ogórek ma niewiele wspólnego z lewicą jak i z jakimkolwiek dyskursem nawiązującym do wartości socjaldemokratycznych. W obliczu uwiądu lewicy politycznej w Polsce (panie Grodzka i Nowicka nie zdobyły nawet podpisów) i rosnącej popularności wartości neoliberalnych i nacjonalistycznych, warto jeszcze raz przypomnieć pewne podstawowe argumenty i racje stojące po stronie – na chwilę obecną uśpionej i będącej w przelotnym kryzysie – socjaldemokracji.

Socjaldemokracja składa się z dwóch członów – demokracji liberalnej (czyli państwa wycofanego z kontrolowania oraz regulowania jaźni moralnych jednostek ) oraz solidaryzmu społecznego (czyli społecznej gospodarki rynkowej z mądrym interwencjonizmem państwowym). Niezależnie od tego jaką formalną, instytucjonalną formę przyjmą te dwa ‘człony’, stanowią one niezbywalny element socjaldemokratycznej idei.

 

  1. Racja moralna – państwo jako przedłużenie i proteza naszego ograniczonego instynktu moralnego.

Instynkt moralny – czyli poczucie bezzasadnego i nieobliczalnego poczucia odpowiedzialności za drugą osobę, dążenie do nie tylko ‘bycia z’, ale też ‘bycia dla’ – od dawien dawna było podstawową płaszczyzną w jakiej obraca się ludzka jednostka. Niezależnie czy mówimy o czasach starożytnych, średniowiecznych czy nowoczesnych, ujmowanie się za bliźnim w potrzebie stanowiło podstawowy popęd ludzki, często realizowany zupełnie nieświadomie. Dekalog czy różne systemy filozoficzne próbowały jedynie opisać, skodyfikować i oddać coś co tkwiło w głębinach ludzkiej wrażliwości. Nie był ten instynkt nigdy czymś oczywistym ani łatwym do interpretacji i towarzyszyło mu zawsze poczucie niepewności oraz ambiwalencji. Mimo to, nie da się zaprzeczyć, że pewna struna drga naturalnie w człowieku, nawet jeśli jest to drganie nierównomierne i nieoczywiste.

Nasz instynkt moralny ograniczał się od zawsze do sfery najbliższych nam osób. Czuliśmy przywiązanie i bezwzględną odpowiedzialność za naszą rodzinę, ukochanych, przyjaciół czy nawet zwykłych znajomych. Mieszkaniec średniowiecznej burgundzkiej wioski patrzył na świat tylko przez pryzmat swojej małej mieściny i do głowy by mu nie przyszło aby rozrywać szaty nad mieszkańcem Kordoby czy Londynu. Było to naturalne, bowiem losy tych jednostek nie miały ze sobą nic wspólnego.

Nowoczesność, a już szczególnie forsowna globalizacja XX wieku, wywróciła to jednak do góry nogami. Za sprawą gwałtownego rozwoju nowoczesnych technologii, międzynarodowego handlu, migracji, przepływu informacji oraz rozrostu wielostopniowej biurokracji łączącej ze sobą rozmaite spoiwa aparatów państwowego i instytucji prywatnych – wszystko weszło ze sobą w stan wzajemnego oddziaływania i nieuświadomionych relacji. Skutki naszych działań nie ograniczają się już jedynie do granic naszej wioski czy miasteczka, ale często mają reperkusje pośrednio globalne. Urzędnik pracujący w sekretariacie firmy chemicznej w małym amerykańskim mieście (jakże zwykły, kochający swoją rodzinę mieszczanin!) podpisuje bezwiednie umowę na eksport jednej z substancji chemicznych do szanownego instytutu badawczego. Tenże szanowny instytut badawczy prowadzi szereg badań naukowych, spośród których jeden z nich zostaje sprzedany rządowi amerykańskiemu, który ma w tej substancji interes – chodzi mianowicie o obronność kraju. W taki oto sposób nasz kochający ludzkość urzędnik przyczynił się do eksterminacji części ludności Jemenu (o którym może nawet nigdy nie słyszał), którzy to zginęli w ataku amerykańskiego drona, używającego w swym paliwie powyższej substancji. To oczywiście przypadek skrajny. Pokazuje on jednak jak trudno obecnie o realne wycenienie konsekwencji naszych czynów. Szczególnie jeśli przechodzą one przez wielopoziomowy proces rozczłonkowania i biurokratyzacji.

Nie chodzi tylko o konsekwencje szeroko rozłożone geograficznie, ale też w czasie. Obecne bezwiedne korzystanie ze zdobyczy technologicznych ma skutki długofalowe. Zniszczenie środowiska naturalnego, zubożenie ograniczonych surowców naturalnych – przed takimi problemami staną pokolenia, które przyjdą po nas. Mamy środki aby czynić krzywdę moralną nie temu bliźniemu, który siedzi obok nas, ale też temu który urodzi się za 200-300 lat. I skwapliwie z tego korzystamy.

Skutki naszych działań są długofalowe i ogólnoświatowe – ale nasz instynkt moralny jest cały prowincjonalny, staroświecki i ograniczony. Ponosimy odpowiedzialność moralną wobec osób, których nigdy nie widzieliśmy i nie zobaczymy, ale nie poczuwamy się do żadnej odpowiedzialności ze swojej strony.

Rozwiązanie tego problemu może być tylko polityczne. Jeśli nie możemy rozszerzyć naszego instynktu moralnego to musimy skorzystać z protezy, czyli przedłużenia sztucznego. Te oferują nam organizacje polityczne, a najbardziej skuteczną z nich jest cały czas państwo. Ale już nie to państwo, które próbowało narzucić nam sztuczną, zadekretowaną odgórnie wizję moralności ‘właściwej’ i jedynie słusznej. Państwo, które szanuje autonomię moralną jednostek, ale też ‘rozszerza’ ją na obszary dotąd dla jaźni tej niedostępne.

 

  1. Demokracja liberalna jako arbiter i gwarant bezpieczeństwa w ponowoczesnych sporach międzyplemiennych.

Jak dowodziłem w jednym ze swoich artykułów[1], najbliższe lata mogą przynieść nam rosnącą temperaturę jeśli chodzi o spory światopoglądowe. Wszystko to z powodu rosnącej popularności ‘plemion ponowoczesnych’, które to oferują nam namiastkę stabilności w niestabilnych czasach. Zdejmują one z nas ciężar budowania swojej tożsamości od podstaw, oferując gotową matryce i wzór, do którego musimy się jedynie dostosować. W skrajnie zindywidualizowanym i sprywatyzowanym świecie oferują namiastkę solidarności i komunitaryzmu.

Plemiona te są agresywne i nietolerancyjne, ponieważ to właśnie te emocje dają im asumpt do istnienia. Muszą one udowadniać swoją gotowość bojową, ponieważ wiedzą, że w innym wypadku utracą sens swego istnienia i rozpłyną się w społecznym chaosie. Wyrazistość ‘radykalnych katolików’ jak i ‘wyzwolonych lewicowców’ to odpowiedź na brak wyrazistości otaczającego świata, coraz bardziej płynnego, rozczłonkowanego i niedookreślonego. Wyrazisty okrzyk bojowy daje nam poczucie przynależności i sensu życia, nawet jeśli tylko tymczasowego.

Czegoś jednak polskim plemionom brakuje. Kiedy członkowie ‘plemienia smoleńskiego’ lamentują nad słabym stanem państwa polskiego, które nie jest w stanie obronić własnego prezydenta, można to zbyć jako czepialstwo. Ale jeśli podobne argumenty wysuwa przeciwna, lewicowa strona, narzekające na słabe państwo, nie potrafiące wyegzekwować laickości państwa – to chyba coś jest na rzeczy. Wszyscy to widzimy – państwo polskie jest raczej słabe i nie do końca sprawne. Nie ma tragedii, i w przeciwieństwie do tego co chce prawica, wcale nie jesteśmy płynącym ku przepaści Titanikiem. Winy za to nie ponosi ani Platforma Obywatelska, ani reszta ekip rządzących, to kwestia kilkusetletniego zacofania i zastoju. Ale problem jest realny.

Słaba demokracja liberalna (która na dodatek sama się zastanawia czy oby na pewno jest ‘liberalna’) nie gwarantuje poczucia bezpieczeństwa u zamieszkujących ją plemion. Potrzebne jest sprawne państwo, sprawna liberalna demokracja, która sprawi, że żadne plemię nie zgarnie całej puli i nie narzuci innym plemionom swoich reguł gry. Takich mechanizmów, po 25 latach, cały czas nie wypracowaliśmy.

 

  1. Wolność indywidualna – problemy wspólne.

Liberalna demokracja oferuje nam wolności indywidualne, o których w poprzednich stuleciach nikt nie mógł sobie nawet pomarzyć. Ceną za tak daleko posuniętą wolność są jednak problemy społeczne, które stanowią efekt nieskoordynowania poszczególnych ‘małych wolności’ wobec ładu światowego.

Na prostym przykładzie: w dzisiejszym wolnym społeczeństwie mamy możliwość dowolnego poruszania się jakimkolwiek prywatnym transportem. Jeśli tylko nas na to stać, możemy jeździć trzema różnymi samochodami o różnych porach dnia i nocy, póki tylko nie zbraknie nam paliwa (i pieniędzy na nie). Ceną za tą indywidualną wolność jest jednak problem społeczny: tłok, hałas i zanieczyszczenie powietrza. Cechą problemu społecznego jest to, że żadna jednostka w pojedynkę nie może się z nim uporać. Nawet najbogatszy biznesmen nic nie zaradzi na trujące właściwości spalin wydobywających się z rur wydechowych.

Są z tego problemu trzy wyjścia. Pierwszy, to ignorować problem i żyć swoistym ‘carpe diem’. Efekt tego będzie jednak taki, że za parędziesiąt/kilkaset lat utracimy najprawdopodobniej naszą wolność indywidualną, ponieważ stan zniszczenia środowiska zacznie być zbyt szkodliwy dla ludzi, dojdzie poza tym do zaburzeń w całym ekosystemie. Co najgorsze – nie będzie już z tej sytuacji odwrotu.

Drugie wyjście to zniesienie wolności, czyli wprowadzenie swoistego autorytaryzmu. Wszyscy możemy jeździć tylko transportem publicznym (i to tylko 14 przejazdów tygodniowo), a transport prywatny jest zdelegalizowany i ewentualnie ściśle reglamentowany. Trzymamy problem zanieczyszczenia pod kontrolą.

I w końcu trzecie, socjaldemokratyczne wyjście. Zachowujemy wolność ‘większą’ (czyli każdy jeździ gdzie chce i jak chce), ale rezygnujemy z wolności ‘mniejszej’ (płacimy pewien niewielki podatek, który nikomu finansowo nie zaszkodzi, a pozwoli na walkę z problemem zanieczyszczenia na poziomie ogólnokrajowym/ogólnoświatowym). Tyrania państwa sprowadzi się do pobierania jakichś paru procent naszego dochodu.

Chciałoby się rzec: nie można zjeść ciastka i mieć ciastko. To co odróżnia tą rację od racji numer jeden to fakt, że nie odnosi się ona do jakichś wyższych, górnolotnych wartości takich jak moralność (może ktoś jest rzeczywiście na to nieczuły i ma to gdzieś), ale do twardych realiów. Pełna wolność, bez ponoszenia kosztów tej wolności jest n i e m o ż l i w a do utrzymania. To samo tyczy się wolności gospodarczej, która siłą rzeczy generuje nierówności dochodowe. Aby zachować tą wolność, musimy płacić podatki, który będą niwelować te nierówności. Bez tego, prędzej czy później może nam zagrozić rewolucja i wybuchy niezadowolenia społecznego.

 

  1. Wyrównywanie szans na starcie – redystrybucyjna korekta kapitalizmu.

Sielankowa wizja w pełni wolnorynkowego kapitalizmu, zakłada, że majątek w tym ustroju jest efektem wytężonej pracy danej jednostki, sprawiedliwie wynagrodzonej przez siły rynkowe. Problem w tym, że bez redystrybucji państwowej w postaci progresywnych podatków, taka wizja staje się coraz bardziej utopijna.

Podstawowy problem: zakładając, że w pierwszym pokoleniu biznesman X dorobił się pokaźnego majątku swoją wytężoną pracą, a robotnik Y zapewnił sobie tylko skromne utrzymanie, na miarę własnych możliwości – wszystko sprawia wrażenie, że jest OK. W drugim pokoleniu jest jednak sporo gorzej – dziecko biznesmena X startuje bowiem w z góry uprzywilejowanej pozycji wobec dziecka robotnika Y. Nasz X2 może pójść do elitarnej szkoły i zapewnić sobie nienaganne wykształcenie. Nie musi się martwić o zdrowie, bowiem stać go na leczenie prywatne. No i co najważniejsze – startuje z pokaźnym kapitałem początkowym, który może w spokoju pomnażać. Nie musi być wcale pracusiem. Wystarczy grono dobrych doradców na których go stać, odrobina uwagi administracyjnej, wiedza gdzie inwestować a gdzie nie (co ważne – ma CZYM inwestować) i jego kapitał będzie rósł proporcjonalnie szybciej od kapitału jego taty. W trzecim i czwartym pokoleniu akumulacja będzie jeszcze szybsza, bo znowu punkt startowy będzie jeszcze wyżej.

Z kolei nasz Y2 nie mógł był liczyć na kapitał początkowy ze strony swojego ojca. Idzie więc do szkoły publicznej, i to na dodatek tej ‘gorszej’ publicznej, albowiem mieszka w biednej dzielnicy a na transport go nie stać. Ale szkoła nie tylko jest kiepska – nasz Y2 rzadko do niej uczęszcza bowiem nie stać go na leczenie prywatne i musi stać w kolejkach do gorszej jakości lekarzy. Pomimo dobrych chęci, nie udaje mu się więc poprawić jakości swego życia. Tego ‘szklanego sufitu’ nie mogą też przebić jego potomkowie w drugim czy trzecim pokoleniu.

W ustroju wolnorynkowym, siłą rzeczy najwięcej zależy nie od naszej indywidualnej pracy, ale od miejsca i okoliczności w których się urodziliśmy. Redystrybucja podatkowa służy więc wyrównaniu szans na starcie, a więc idzie w parze z postępowymi hasłami liberalizmu. Pieniądze bogatszego podatnika (załóżmy, że te 40 albo 50%) idą na infrastrukturę, która pozwoli chociaż częściowo doszlusować jego biedniejszemu koledze (który też przecież płaci! tylko że zaledwie 20-25% podatku).

Redystrybucja jest korzystna i wskazuje na to znany paradoks[2]. Załóżmy, że mamy dwie grupy – A i B i po pierwotnym podziale dochodowym relacja ich dochodów to 20:5. Grupie A fiskus potrąca 40% podatku i grupa ta zostaje z 12 jednostkami dochodu. Drugiej grupie urząd skarbowy potrąca 20%, więc zostają im 4 jednostki. Dysproporcja dochodów spada więc z 4:1 do 3:1. Ale to nie wszystko, teraz państwo inwestuje pobrane pieniądze w dobra publiczne. Niech będzie to budownictwo mieszkaniowe, z którego korzystają zarówno bogaci jak i biedni. Na cel ten idzie całe 9 jednostek (8 od bogatszych i 1 od biedniejszych). Więcej, bo 6, trafia do grupy bogatych, których stać na budowę większej ilości domów i mieszkań. Transfer pozostałych trzech skierowany jest do biedniejszych jednostek, których stać na budowę mniejszej ilości mieszkań, często o gorszym standardzie życia. Po tych zabiegach bogatsi mają dochód dyspozycyjny w wysokości 18 jednostek (20-8+6), a biedniejsi w wysokości 7 jednostek (5-1+3).

Paradoks polega więc na tym, że dysproporcja dochodów między obiema grupami maleje (z 20:5 do 18:7, a więc z wielokrotności 4,0 do wielokrotności 2,57), a jednocześnie większość wydatków publicznych trafiła do kieszeni bogatszej grupy. A to wszystko jest możliwe tylko i wyłącznie dzięki opodatkowaniu progresywnemu.

 

  1. Dalekosiężne spojrzenie państwa vs krótkowzroczny interes prywatnych przedsiębiorców

Wszelkiego rodzaju przedsięwzięcia podejmowane przez prywatnych kapitalistów cierpią na jedną, zasadniczą wadę – są one zorientowane na krótkoterminowy oraz w miarę pewny zysk. Nie można o to mieć do nich pretensji, fakt ten jednak sprawia, że otwiera się szeroka nisza dla rozmaitych funkcji państwa.

Na chwilę obecną, najważniejszym czynnikiem jest chyba rozwój naukowo-technologiczny. To on decyduje w ogromnym stopniu o konkurencyjności gospodarki jak i o stopniowej poprawie warunków naszego życia. Sęk w tym, że jego rozwój nie jest możliwy zarówno w drodze wyłącznie państwowych jak i wyłącznie prywatnych inwestycji i badań – i rozsądny mecenat państwa połączony z inicjatywą prywatną przesądza często o sukcesie danego kraju. Nieprzypadkowo najwięcej pieniędzy na rozwój B&W (badań i wdrożeń nowych technologii) wydają Szwecja (3,62 procent PKB) i Finlandia (3,84 procent PKB). Czemu nie można liczyć tylko na kapitalistów prywatnych? Ano, nie są oni po prostu zbyt chętni na to aby łożyć pieniądze na badania i wdrożenia, które nie przynoszą w miarę szybkiego i pewnego zwrotu. Jest to dla nich po prostu nieopłacalne.

Tymczasem duża część naprawdę przełomowych odkryć miała miejsce dopiero po wielu latach prób oraz błędów i na krótką metę była skrajnie nieopłacalna. Ale w momencie, gdy do przełomu doszło, wszystko zwracało się z nawiązką. Tymczasem prywatni przedsiębiorcy nie mogą sobie pozwolić na ryzyko wieloletnich prób i doświadczeń bez gwarancji ich sukcesu (a tego nigdy do końca nie ma). Tak było chociażby z internetem, który zawdzięczamy wieloletniemu finansowaniu rządu amerykańskiego, który mógł sobie pozwolić na taką pozorną nieracjonalność. O tym, że było warto, wie każdy kto czyta ten tekst.

Takich sfer jest oczywiście więcej. Jedną z nich jest przemysł. W większości krajów zacofanych i peryferyjnych (takich jak Polska w latach ’30 i ’40) rządy mają często zwyczaj zamykać się na kapitał zagraniczny i rozbudowywać przemysł własnymi, krajowymi siłami stosując protekcjonistyczne polityki ochronne. Jest to w dużym stopniu logiczne – żaden przedsiębiorca nie zainwestuje w przemysł ciężki, który nie przynosi szybkich i oczywistych zwrotów finansowych. Otwarcie się na kapitał zagraniczny i siły wolnorynkowe oznacza tkwienie w zacofaniu i peryferyjności, które wyraża się modelem opartym na eksporcie surowców, jedzenia i ew. taniej siły roboczej i importowaniu zaawansowanych technologii konsumowanych przez wąską elitę. Tylko pod parasolem ochronnym państwa i przy pomocy jego środków, można wybudować własny przemysł i pozwolić aby rozwinął się do konkurencji z przemysłem zagranicznym.

Polska jako kraj peryferyjny ma cały czas ten problem. Za czasów PRLu zbudowaliśmy znaczny kapitał przemysłowy, który po 1989 został w całości roztrwoniony. Nasze fabryki były jak najbardziej przestarzałe i niekonkurencyjne – ale to nie był powód aby sprzedawać je za bezcen. Co najmniej część z nich można było zmodernizować i przygotować do konkurencji z przemysłem zachodnioeuropejskim. Ale do tego potrzebny był mecenat państwa, które w 1989 roku abdykowało ze swojej podstawowej roli. Nie wygląda na to, żebyśmy wyciągnęli jakieś wnioski z tego błędu.

 

  1. Budowa solidarnej wspólnoty – Rzeczy Pospolitej, „rzeczy wspólnej”.

Rosnąca popularność skrajnej prawicy i haseł nacjonalistycznych wskazuje na pewien oczywisty fakt – mimo wszechobecnej neoliberalnej retoryki, cały czas brakuje nam poczucia wspólnoty i solidarności. Wartości te wcale nie dochodzą do lamusa, a w dzisiejszych sprywatyzowanych czasach przybierają wręcz na aktualności.

Niestety, lewica abdykowała z apelowania do tego typu wrażliwości. Dała się porwać wizji ‘trzeciej drogi’, neoliberalizmu, nieograniczonego konsumpcjonizmu i technokratyzmu. W sposób naturalny, niszę tą wypełniają więc ruchy skrajnie prawicowe, oferujące wspólnotowość – ale wspólnotowość ekskluzywną, opartą na wykluczeniu. Na jej celowniku są ‘komuchy’ (a więc nie tylko czołowe postacie systemu, ale też szeregowi obywatele, którzy śmieli kolaborować z PZPR), mniejszości narodowe (kiedyś Żydzi, dzisiaj muzułmanie – w Polsce póki co de facto nieobecni), ‘odpady społeczne’ (czyli ci groźni złodzieje, którzy czyhają na to aby okraść uczciwych obywateli) czy mniejszości seksualne („róbcie co chcecie w łóżku, ale wara od okazywania swoich dewiacji w miejscach publicznych! tylko normalni mogą to robić”).

Gdzie jest kontrpropozycja lewicy – także wspólnotowość, ale inkluzywna i otwarta na Innego? Gdzie jest projekt wspólnoty, ale wspólnoty zarówno dla antykomunisty jak i dawnego członka PZPR; zarówno dla Polaka jak i ateisty, muzułmanina i Żyda; dla człowieka będącego w społeczeństwie jak i poza nim; na hetero, homo i transseksualistę? Na pewno gdzieś jest, ale w wymiarze politycznym jest martwa.

Ale problem jest jeszcze głębszy. W swojej najnowszej książce ‘Inna Rzeczpospolita jest możliwa’ doktor Jan Sowa porusza temat państwa jako dobra wspólnego, czyli Rzeczpospolitej jako ‘res publiki’. Jest to szacunek do instytucji państwa, poczucie że wszyscy ponosimy odpowiedzialność za jego działanie i że jest ono naszą rzeczą w s p ó l n ą. W Polsce takiego poczucia praktycznie nie ma, a państwo traktowane jest z pogardą – raz za to, że jest za słabe, a drugi raz za to że jest zbyt grabieżcze wobec swoich obywateli.

Społeczeństwo polskie jest obecnie wobec siebie nie tylko dramatycznie nieufne, ale pozbawione jakichkolwiek spajających je więzów. To chyba jeden z pierwszych przypadków w historii, kiedy spełniła się przepowiednia pani Thatcher – problem nie leży w tym że nie jesteśmy społeczeństwem obywatelskim. Problem leży w tym, że my w ogóle nie jesteśmy s p o ł e c z e ń s t w e m. Stwierdzić, że Polacy to są jednostki i rodziny jest teraz chyba czymś słusznym. Jest to jednocześnie katastrofa społeczna, przejawiająca się w utracie obiektu który by nas spajał. Tym obiektem nie powinna być rasa, ani naród – tylko Rzeczpospolita, res publica.

My nigdy Rzeczypospolitej nie zbudowaliśmy. Tzw. ‘pierwsza Rzeczpospolita’ wcale Rzeczpospolitą nie była. To był ustrój państwowy, który należał do wąskiej grupy 10% szlachciców, którzy eksploatowali pozostałe 90% nieświadomego państwowo (i narodowo) społeczeństwa. Zabory przyniosły nam dalsze poczucie obcości wobec organizmu państwowego. Tzw. ‘druga Rzeczpospolita’ też Rzeczpospolitą nie była – nie udało się nam uchwalić reformy rolnej i włączyć do tej ‘rzeczy wspólnej’ milionów potencjalnych obywateli. PRL to znowu państwo jako organizm częściowo obcy. Po dziś dzień mienimy się ‘Rzeczpospolitą’ chociaż ta szczytna nazwa nie ma żadnego odbicia w rzeczywistości.

Nie tylko nie czujemy, aby państwo należało do nas, było ‘rzeczą wspólną’ ale mamy też świadomość słabości jego instytucji. Słabość państwa polskiego nie jest winą III RP ani PRLu ale sięga aż do czasów I RP, co najmniej od czasów powstania Chmielnickiego. Sarmackie elity państwa zrezygnowały z modernizacji państwa na rzecz zachowania swoich przywilejów i celebrowania swojego szlacheckiego stylu życia. Rozbiory Polski nie były niesprawiedliwością dziejową – były raczej logicznym wynikiem polskich słabości i kubłem zimnej wody, który częściowo nas obudził.

Mając słabe i obce państwo musimy na powrót je sobie zwrócić. A nawet nie zwrócić – musimy tą Rzeczpospolitą powolutku, krok po kroczku, zbudować. Szansą na to była wielka rewolucja komunistyczna 1980 roku. W ten przekorny sposób Jan Sowa nazywa karnawał Solidarności. Jest to oczywiście nazwa prowokacyjna, ale faktem jest, że rok 1980 powinien dla polskiej lewicy stanowić zasadniczą cezurę. Jeśli szukamy gruntu pod nową Rzeczpospolitą, to możemy ją znaleźć w coraz bardziej zapomnianym, socjalistycznym ruchu solidarnościowym. Wizja Jana Sowy w której będzie to Rzeczpospolita samorządna wydaje mi się utopijna. Zastanówmy się raczej jak nawiązać do sprawdzonego już w Europie modelu socjaldemokratycznego.

Mateusz Kuryła

[1] http://pikio.pl/korwinisci-lewicowcy-narodowcy-i-lgbt-o-plemionach-ponowoczesnych/

[2] Grzegorz W. Kołodko, „Dokąd zmierza świat. Ekonomia polityczna przyszłości”, Prószyński i S-ka, 2013

Zobacz również