UDOSTĘPNIJ

Bez cienia wątpliwości na przykład Aleksander Łukaszenka nigdy nie zostałby wybrany prezydentem Białorusi, gdyby na ulicach Mińska i innych miast i miasteczek jego sztab rozdawał ulotki mówiące o tym, że za jego rządów będą brutalnie łamane podstawowe wolności obywatelskich. W 1994 roku u naszego wschodniego sąsiada szalała inflacja, masowo zwalniano ludzi z pracy. Łukaszenka przekonywał, że wie, jak rozwiązać wszystkie bolączki zwykłego Białorusina. Zwyciężył w wyborach, ale już niedługo później dla wszystkich było jasne, że państwo dla niego znaczy tyle, co kołchoz, którym zarządzał przed laty, a obywatele to samo, co podlegli kołchoźnicy. Mają pracować, milczeć i cieszyć się, że nikt się nimi nie zainteresuje! W ten sposób demokracja została na Białorusi pogrzebana zanim jeszcze urodziła się na dobre.

Podobnie Rosjanie na próżno w 2000 roku na plakatach wyborczych Władimira Putina mogli szukać zapowiedzi totalnej oligarchizacji gospodarki, zamordyzmu albo prezentacji planu ataków na sąsiednie kraje z Gruzją, czy później Ukrainą na czele. Natomiast obywatele Federacji z łatwością mogli się z materiałów wyborczych dowiedzieć na przykład, że prezydent będzie prowadził krucjatę przeciw korupcji. No cóż, wyszło, jak wyszło, ale niech nikt się nie waży krytykować Putnia, bo podzieli los Borysa Niemcowa, Anny Politkovskaya i tysięcy innych niewinnych obywateli, którzy padli ofiarą opresyjnego aparatu państwa. Niby pozornie nadal funkcjonują tam instytucje państwa demokratycznego, z parlamentem na czele, ale każdy doskonale wie, że władza absolutna w Rosji należy do jednego człowieka, niezależnie od tego, czy w danej chwili jest akurat premierem czy… prezydentem. O tym zresztą, wbrew opinii wyborców, ona sam decyduje.

Oczywiście wykolejenie demokracji zdarza się nie tylko w krajach postradzieckich. Dla wielu do dzisiaj pozostaje zagadką, jak to się stało, że w ciągu zaledwie kilku lat prezydent Recep Erdoğan wepchnął Turcję na tory państwa autorytarnego. Bezpodstawne aresztowania, dotkliwe pobicia, pokazowe procesy polityczne wymierzone w opozycję i dziennikarzy, setki tysięcy ludzi represjonowanych, to dzisiaj codzienność kraju, który jeszcze do niedawna stawiany był za wzór demokratycznych przemian i aspirował do członkostwa w Unii Europejskiej. Erdogan zapowiadał, że umocni demokrację w Turcji. Zamiast tego wbił ostatni gwóźdź to jej trumny.

Nieżyjący natomiast już Hugo Chavez doszedł do władzy w Wenezueli w 1998 roku pod hasłem przeobrażenia kraju w państwo prawdziwej „sprawiedliwości społecznej”. Rzeczywiście to był moment, w którym uczynienie z Wenezueli nowoczesnego, dostatniego i demokratycznego państwa wydawało się możliwe i bardzo prawdopodobne. Niestety, ta historyczna szansa została całkowicie zmarnowana przez populizm, marnotrawstwo, korupcję i nepotyzm. Dzisiaj Wenezuela, pogrążona w głodzie i skrajnej biedzie stoi na krawędzi wojny domowej, a sąsiednia Kolumbia już teraz przygotowuje się na przyjęcie uchodźców.

Co łączy tych przykładowych przedstawicieli władzy autorytarnej? Ano to, że i Łukaszenka, i Putin, i Erdoğan, i Chavez nie doszli do władzy w wyniku przewrotu wojskowego, zamachu stanu albo rewolucji? Mamiąc populistycznymi obietnicami obywateli, dostali od nich mandat do sprawowania władzy w demokratycznych wyborach. Potem natomiast do tej demokracji odwrócili się tyłem, że szkodą dla swoich obywateli, że szkoda dla swoich państw. Fakt ten dowodzi, że praworządność i demokracja nikomu nie są dane raz na zawsze. Ponadto, z tej lekcji wynika również i to, że o istnieniu demokracji nie przesądzają wybory, ale… sposób sprawowania władzy.

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas

Zobacz również