UDOSTĘPNIJ

„Wiemy świetnie, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę! Byliśmy głęboko przekonani, że przynależność do NATO i Unii zakończy okres rosyjskich apetytów. Okazało się, że nie, że to błąd” – to słowa śp. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego wypowiedziane podczas konfliktu rosyjsko-gruzińskiego w 2008 roku, kiedy to Rosja drogą militarną wywalczyła sobie silne polityczne wpływy na gruzińskim terytorium.

„Jutro mieszkańcy półwyspu obudzą się w innym świecie. To jeszcze nie Rosja, ale już nie Ukraina” – czytamy dzisiaj na internetowym portalu Rzeczypospolitej. Jak wynika z pierwszych, niepotwierdzonych jeszcze do końca informacji, za przyłączeniem Krymu do Rosji na prawach podmiotu Federacji Rosyjskiej opowiedziało się ponad 90% ludności półwyspu.

Ostatnimi czasy można usłyszeć wypowiedzi, jakoby następnym celem Rosji miała stać się Republika Litewska – a oficjalny powód będzie podobny do klasycznego chwytu, jaki stosuje Federacja Rosyjska zanim przystąpi do aneksji cudzego terytorium. Jest to sprawdzony schemat, który nasz wschodni sąsiad zastosował już podczas II wojny światowej i do tej pory stosuje skutecznie, czyli pretekst „zapewnienia bezpieczeństwa swoim obywatelom”.

Cóż, wedle danych statystycznych, mniejszość rosyjska na Litwie to prawie 6% ogółu społeczeństwa (większa jest tylko mniejszość polska, która stanowi ponad 6,5% ogółu obywateli).
Jak prognozował kilka dni temu Tomasz Terlikowski, jednym z najbliższych celów Putina może być właśnie Litwa.

Czy będziemy mieli do czynienia z odbudową Związku Radzieckiego, czy grozi nam agresja ze wschodu?

Niektórzy Czytelnicy zapewne uznają, że jako autor rozpędziłem się tutaj za nadto, a Polska, jako członek UE i NATO jest w pełni bezpieczna (podobnie jak Litwa), a tak w ogóle to żadna wojna w Europie nie wybuchnie.

Otóż, wyjaśniam – nie twierdzę, że wybuchnie. Takiej pewności nie ma. Jednak uważam że cała sytuacja prowokowana wyraźnie przez Rosję, może okazać się bardzo trudnym egzaminem dla Zachodu, który będzie musiał działać bardzo sprawnie i umiejętnie.

Żeby nie pozostać gołosłownym, powołam się w tym miejscu na konkretną ekspertkę – T. Delpech, wybitną francuską politolog, panią dyrektor do spraw strategicznych w Commissariat ? l’énergie atomique, członkinię rady londyńskiego Institute for Strategic Studies i tak dalej i tak dalej (można by tytułować jeszcze długo).

Delpech w swojej książce „Powrót barbarzyństwa w XXI wieku” pisze następująco:

Tukidydes, wciąż najcenniejszy przewodnik każdego, kto rozmyśla o historii, utrzymuje, że niektóre epoki cechuje swoiste rozpasanie namiętności ludzkich. Jeśli tak jest rzeczywiście, to nasze czasy są jedną z tych epok, podobnie jak lata trzydzieste ubiegłego wieku […].

Książka francuskiej pisarki nie jest jednak prognozą stuprocentowo pewnej katastrofy. Stanowi raczej przestrogę i zwraca uwagę, iż ludzie zawsze mieli wystarczającą ilość sygnałów, żeby odwrócić tragiczny bieg wydarzeń. Problem w tym, że nie potrafili w porę ich zrozumieć, zrozumieć i skutecznie przeciwdziałać.

UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułNormalność podana na tacy, a Polak woli być nędzarzem?
Następny artykułRatujmy naszą historię
Mateusz Rojewski
Student I roku prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim, działacz młodzieżówki Prawa i Sprawiedliwości, konserwatysta. Hobby i zainteresowania: publicystyka, sport, historia, polityka, prawo. Zachęcam też do polubienia mojej strony na Facebooku, jak również do obserwowania profilu na Twitterze. :)