UDOSTĘPNIJ

Wyniki wyborów prezydenckich z ostatniego maja oraz postępujący kryzys Platformy Obywatelskiej, wskazują bardzo wyraźnie, że PO nie będzie w stanie utrzymać władzy po jesiennych wyborach parlamentarnych. Co prawda zwycięstwo Andrzeja Dudy pokazało, że polska polityka potrafi być szalenie nieprzewidywalna, ale postępujący regres PO wydaje się być więcej niż prawdopodobny. Porażka PO będzie z kolei oznaczała pewne dojście do władzy PiSu, kwestią dyskusyjną jest jedynie koalicjant.

Jak na zbliżanie się PiSu do władzy powinna patrzeć osoba o poglądach liberalno-demokratycznych? Czołowe media tego nurtu (z Gazetą Wyborczą na czele) przyjęły taktykę trzymania PiSu z dala od władzy za wszelką cenę. Sama możliwość dojścia partii p. Kaczyńskiego do władzy wzbudza przerażenie i wywołuje groźbę orbanizacji czy nawet putinizacji Polski. Taktyka taka jest nie tylko coraz mniej skuteczna, ale wręcz kontrproduktywna, robiąc z PiSu ofiary ‘brutalnej kampanii nienawiści’ i czyniąc z nich – zupełnie niezasłużenie – ofiary liberalnych mediów.

Czy rządy PiSu są zagrożeniem dla porządku liberalno-demokratycznego? Tak, jak najbardziej. Wszelkie teorie o tym, że PiS się zmienił i ‘ucywilizował’ są zwykłymi mrzonkami – Jarosław Kaczyński cały czas marzy o IV RP i o zaprowadzeniu w Polsce porządków na modłę węgierską. Ciężko zresztą uwierzyć, aby mogło się to kiedykolwiek zmienić.

Sęk w tym, że Jarosław Kaczyński będzie mógł dokonać transformacji ustrojowej jedynie będąc silnym politycznie. Aby zmienić konstytucję, czy przeforsować nawet mniej kontrowersyjne zmiany ustrojowe, musi posiadać samodzielną większość – w pierwszym przypadku ponad 300 (!) głosów, w drugim co najmniej 231. A przecież rządzenie w koalicji nie musi dawać ani tej pierwszej ani tej drugiej większości.

Twierdzę więc rzecz następującą: zamiast panicznie bać się p. Kaczyńskiego, należy dopuścić PiS do władzy – ale taki PiS, który nie będzie miał większości konstytucyjnej i który będzie miał jak najmniejszą większość zwyczajną oraz jak najsłabszą pozycję w koalicji. Nie tylko nie będzie to oznaczało końca świata, ale będzie miało wręcz zbawcze skutki dla polskiego liberalizmu i lewicy.

 

Cała III RP na barkach lewicy i liberałów

„Moralna czystość” środowisk PiSowskiej prawicy zasadza się na fakcie, że przez 26 lat III RP cały ciężar sprawowania władzy brały na siebie środowiska szeroko pojętej lewicy (SLD) oraz liberałów (Unia Demokratyczna, Unia Wolności, PO). Przypatrzmy się uważniej – w latach 1989-1993 rządzą rozmaite koalicje solidarnościowe, ale głównie obracają się one wokół środowisk liberalnych, tak jak w przypadkach rządów Tadeusza Mazowieckiego, Jana Krzysztofa Bieleckiego czy Hanny Suchockiej. Jedyny moment, gdy do głosu dochodzi radykalnie antyPRLowska solidarnościowa prawica to krótki epizod rządu Jana Olszewskiego. Wbrew słynnej legendzie nikt tego rządu nie obalił – obalił się on sam, prowadząc najbardziej nieudaczną politykę w historii III RP (co opisywałem w jednym ze swoich artykułów [1]). Był to jednak krótki epizod – nie trwał on nawet całych 6 miesięcy.

Po tym mamy pełną kadencję lewicy (1993-1997). Na następne 4 lata do władzy dochodzi prawica, ale: 1) prezydentem jest człowiek lewicy, 2) AWS rządzi przez większość czasu w koalicji z liberałami, 3) w szeregach prawicy nie odgrywają znaczącej roli bracia Kaczyńscy, czyli sztandarowe postaci nurtu ‘postsolidarnościowej prawicy’. Ciężko o AWSie mówić więc w sposób poważny jako o wyrazicielu interesów tych środowisk.

Lata 2001-2015 to nieustanne rządy lewicy i liberałów, z krótką przerwą w latach 2005-2007. Dojście do władzy PiSowskiej prawicy było jednak krótkie, a sam p. Kaczyński praktycznie zrzekł się po tym władzy.

Podsumowując: na 26 lat III RP prawica rządziła przez okrągłe… 2,5 roku. Cała reszta historii III RP to rządy środowisk szeroko pojętej lewicy i centrum.

Jakie są tego konsekwencje? Ano takie, że doszło do całkiem naturalnego „zużycia się” i erozji środowisk lewicowo-liberalnych. Długo sprawowana władza jest niesamowicie niebezpieczna, albowiem niszczy ideowość partii i zmusza je do obrony status quo, które same budowały. Zmęczenie społeczeństwa tymi samymi nazwiskami, oderwanie się polityków od problemów zwykłych ludzi, rosnąca arogancja i przypadki korupcji oraz nepotyzmu, bronienie szarej, nudnej i coraz bardziej doskwierającej codzienności oraz nazywanie jej ‘wielkim sukcesem’… I być może rzecz najgorsza – zanurzenie się w pragmatyzmie i niemożność stworzenia ideowej kontralternatywy. Lewica i liberałowie zanurzyli się w bagnie przeciętności jaki sprowadza skrzętnie sprawowana władza i są jednoznacznie kojarzeni przez większość opinii publicznej z „establishmentem”.

To nieprawda, że w PO czy SLD jest strasznie dużo złodziei. Jest ich tyle samo ile byłoby w mniej więcej każdej innej, profesjonalnej partii. Problem tych partii polega na tym, że tak długo sprawowały władzę, że te powszechne mechanizmy mogły się urzeczywistnić. Władza korumpuje każdego bez wyjątku – dlatego czymś bardzo zdrowym jest tą władze raz na jakiś czas stracić.

Tymczasem PiS stoi na straży nieskalanej moralności i przykładnej uczciwości. Ale nie dlatego, że są tam bardziej uczciwi politycy. Tylko i wyłącznie dlatego, że politycy prawicy nie mieli szansy zasmakować prawdziwej polityki. Czyli trzymania kontroli nad rozpasanym aparatem partyjnym w którym ten i tamten próbują coś sobie załatwić na boku; użerania się z koalicjantem; forsowania ustaw, aby spiąć budżet państwa; tropienia korupcji i kolesiostwa w swoich własnych szeregach… Te dwa lata spędzone z Samoobroną i LPRem to był zaledwie przedsmak, chociaż dał PiSowi mocno w kość. Jeżeli chcą, to niech dostaną jeszcze więcej.

To, o co apeluję to więc rodzaj pewnej sanacji moralnej i ideowej środowisk liberalnych i lewicowych. Nie należy do tego jednak podchodzić ideologicznie, tylko zupełnie praktycznie. Środowiska liberalne i lewicowe przypominają postrzępiony papier, który będzie się rwał niezależnie od najlepszych chęci. Tymczasem prawica rośnie w swoją ‘moralną niezłomność’ i im dłużej jest pozbawiona władzy, tym dalej ten proces zachodzi. Trzeba tą tendencję odwrócić, inaczej PiS zdobędzie w końcu samodzielną większość. To czysty pragmatyzm.

 

Nie przeholować

Dopuszczenie do władzy słabego PiSu ma jeszcze drugi cel – niedopuszczenie do władzy PiSu silnego. Powiedzmy sobie otwarcie – większość konstytucyjna PiSu byłaby prawdziwą tragedią, która mogłaby doprowadzić do anihilacji lewicy na długie, długie lata. Poprzez orbanizację Polski, czyli m.in. zmianę ordynacji wyborczej i zasad finansowania kampanii wyborczych, podporządkowanie sobie sądownictwa i jeszcze silniejsze uzależnienie mediów publicznych (jak zrobił to Orban na Węgrzech), prawica mogłaby zdobyć monopol władzy na dobrych parę kadencji. Ale nie potrzeba nawet zmian w konstytucji, już samodzielna większość zwyczajna PiSu pozwoliłaby na częściowe urzeczywistnienie wizji IV RP. Jest to wizja ponura i dla liberalnego demokraty ze wszech miar niepożądana.

Rozróżnijmy te dwie kwestie – z jednej strony silna większość, która pozwala na zmiany w konstytucji, trzymanie przeciwników w szachu i zajmowanie się ‘przejmowaniem’ państwa na zasadzie ‘winner takes all’. Z drugiej, sklecona koalicja, która zmusza do zajmowania się bieżącymi sprawami państwa, gaszenia konfliktów i szamotania się z koalicjantem. Wszystkie dotychczasowe partie rządzące w Polsce działały dotąd w tym drugim schemacie. Nawet SLD w 2001 roku nie udało się osiągnąć samodzielnej większości (choć było blisko). Niech PiS obejmie więc władzę na tych samych zasadach, na jakich obejmowali ją inni. Bez gnębienia ale i bez ‘forów’.

Im dłużej PiS jest w opozycji, tym większa szansa, że uda się mu dojść do władzy według tego pierwszego schematu. Aby powstrzymać ten bardzo niedobry scenariusz trzeba PiS do władzy zaprosić jak najszybciej. Nie chodzi tu o skompromitowanie prawicy (potrafi się ona kompromitować sama, bez niczyjej pomocy) tylko o dopuszczenie jej na tych samych warunkach, co poprzednie ekipy rządzące, aby pokazała na co ją stać i wyłożyła karty na stół.

 

PiS do władzy, Kaczyński premierem

Dojście PiSu do władzy jest jednak obwarowane jednym warunkiem – mianowicie, premierem musi zostać koniecznie Jarosław Kaczyński. Nie wydaje się być to rzeczą wcale oczywistą, jako że coraz częściej słyszymy o możliwości wystawienia na pozycję premiera Beaty Szydło. Byłoby to dla prezesa PiSu rozwiązanie bardzo wygodne (premier mógłby odegrać rolę ‘zderzaka’, a właściwa władza znajdowałaby się na drugim planie), ale dla państwa polskiego jak najgorsze.

Ten wariant rządzenia był stosowany w pierwszych latach polskiej demokracji, a w 2005 roku PiS do niego wrócił wystawiając w roli prezesa rady ministrów Kazimierza Marcinkiewicza. Jest to rozwiązanie patologiczne, ponieważ prowadzi do wytworzenia się swoistej dwuwładzy na linii rząd-partia. Tworzą się dwa ośrodki władzy – jeden rządowy, a drugi partyjny. Z tą szkodliwą praktyką skończył Leszek Miller, który w 2001 roku wziął pełnię władzy i pozostając szefem partii został też premierem. W jego ślady podążył Donald Tusk i było to rozwiązanie zdecydowanie optymalne. Istnieje dzięki temu jedno, ścisłe centrum decyzyjne i zminimalizowana jest szansa na bunt członków własnej partii. Lider ma wszystko pod kontrolą.

Takie rozwiązanie wymaga jednak odwagi, której Jarosławowi Kaczyńskiemu może zabraknąć. Rolą lewicy i wszelkiego anty-PiSu jest tutaj postawienie twardego żądania: skoro i tak realnym centrum rządzenia będzie Jarosław Kaczyński, to niech rządzi z otwartą przyłbicą, a nie będąc ukrytym zza kulis. Niech sygnuje swoim własnym imieniem i nazwiskiem projekty własnego rządu, zamiast desygnowania w swoje miejsce nic nieznaczących marionetek. Nie dajmy się zwieść ‘liberalną’ twarzą PiSu, bo PiS partią liberalną nie był i nie jest. Niech więc pokażą swoją prawdziwą twarz.

 

Szansa na nowe rozdanie

Jest jeszcze jeden, bardziej dalekosiężny powód, aby dopuścić teraz PiS do władzy. Poza 1) powstrzymaniem rosnącej siły PiS i 2) możliwości ideowej rekonwalescencji i rehabilitacji liberalizmu oraz lewicy, chodzi także o 3) zrobienie gruntu pod nową partię prawicowo-konserwatywną i zakończenie procesu tworzenia się ‘nowego rozdania’.

Teoria o tym nowym rozdaniu jest oczywiście w powijakach i jest mocno niepewna. Nie należy się spieszyć z śpiewaniem pogrzebowych marszy PO oraz SLD. Mimo to, można zauważyć znaczący ferment polityczny, który może (ale nie musi) zmienić zupełnie kształt polskiej sceny politycznej i doprowadzić do pierwszej w historii III RP całościowej zmiany pokoleniowej.

Zarówno liberalna PO jak lewicowe SLD zużyły się władzą. Wydatnie przyczynił się do tego fakt, że ani PO nie prowadziła polityki liberalnej ani SLD lewicowej. Obie partie prowadziły politykę centrową i na wskroś pragmatyczną, przez co erozja ideowa tych formacji jest niezwykle głęboka. Czy uda się temu coś zaradzić? Być może, ale coraz niklejsze są na to nadzieje.

Wiele wskazuje na to, że miejsce PO może zająć NowoczesnaPL p. Petru, tworzona pod ideowymi auspicjami Leszka Balcerowicza, z kolei pozycję SLD zagarnąć może nowa partia lewicowa Razem. Co oznaczałoby wejście do polskiej polityki tych dwóch nowych formacji? Przede wszystkim epokę w której osią sporu nie byłyby stare konflikty personalne ‘postsolidarnościuchów’ i ‘postkomunistów’ tylko spory merytoryczne między osobami o różnych poglądach na rolę państwa w gospodarce, idee sprawiedliwości społecznej czy kwestie obyczajowe.

Jest młoda alternatywa liberalna i młoda alternatywa lewicowa. Brakuje już tylko alternatywy prawicowo-konserwatywnej. A to dlatego, że PiS się jeszcze nie zużył, cały czas czeka w kokonie politycznej niewinności, który został trochę tylko nadszarpnięty przez lata 2005-2007. Czas, aby ten kokon spadł i aby PiS można było rozliczać nie z ich moralitetów ‘jak być powinno, gdyby nie złodzieje z PO’, tylko z tego jak jest pod ich rządami.

(Oczywiście, za ‘alternatywę prawicowo-konserwatywną’ nie uważam partii takich jak Ruch Narodowy albo KORWiN. Jeśli tak ma wyglądać młody, ideowy konserwatyzm to Boże uchowaj.)

 

——————————————————

W ostatnich wyborach prezydenckich głosowałem na Bronisława Komorowskiego i – gdyby trzeba było – zrobiłbym tak jeszcze raz. W najbliższych wyborach parlamentarnych zamierzam głosować albo na partię Razem albo na SLD, zależnie od tego, która mnie bardziej przekona. Niezależnie od powyższych wywodów, chcę zaznaczyć, że ja głosować na PiS nie będę. Uważałbym to za głęboko sprzeczne z moimi ideowymi pryncypiami i z moim sumieniem.

Głosować na PiS więc nie będę – ale jeśli PiS wygra to bardzo się ucieszę. Chyba w przeciwieństwie do p. Kaczyńskiego, który wygranej (moim zdaniem) się boi.

 

Mateusz Kuryła

[1] http://pikio.pl/glupota-liberalow-czyli-wszystkie-bledy-iii-rp/

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas

Zobacz również