UDOSTĘPNIJ

Doktryna myślenia państwowego powoli wymiera.

Dziś szeroko rozumiany mainstream polityczno?medialny – do którego zaliczam cztery główne partie i lojalne wobec nich tytuły prasowe oraz stacje tv – zużywa zasoby państwa, jego instytucji i nie zamierza zrezygnować z czegokolwiek, by to państwo wzmocnić. Dominuje dyktat idei dominacji partyjnej, brakuje natomiast szerokiego frontu myślenia państwowego. Co z tego wynika ?

Bardzo dużo.

Jako kraj, nie mamy wiążącej i obiektywnie skonstruowanej racji stanu, która służyć mogłaby w dłuższej perspektywie. Mamy co prawda jej zarys, ale założenia poszczególnych partii w detalach dość istotnie się różnią.

Od lat szwankuje to co jest główną domeną państwa i nie tylko jego. Wystarczy wymienić sfery: sądownictwa, administracji, służby zdrowia, systemu edukacyjnego, służb ścigania i wywiadu, a nade wszystko gospodarki.

Co by nie powiedzieć, wszystkie wymienione sfery w gruncie rzeczy stanowią tzw. system naczyń połączonych.
Sprawnie funkcjonująca doktryna państwowa poważnie szwankuje i w istocie rzeczy niemal już wymarła.

Nic więc dziwnego, że na podsłuchanej rozmowie przedstawicieli elit państwowych mogliśmy usłyszeć frazy o tylko teoretycznym funkcjonowaniu Rzeczypospolitej, a w kontekście inwestycji z obrazowym określeniem tej materii jako kupy kamieni.

W przeszłości, przynajmniej wg mojej oceny, mieliśmy dwie szanse (okresy polityczne), w których można było w istotny sposób podnieść jakość państwowych instytucji, wypracować szeroko akceptowaną i stosowaną przez kolejne rządy, funkcjonującą ponad podziałami doktrynę państwową ? minął on jednak bezpowrotnie. Obecne konflikty, klimat umysłowy towarzyszący sprawom publicznym, wreszcie oczekiwania społeczeństwa uniemożliwiają istotny jakościowo wysiłek państwowy.

Pierwsza okazja, czyli rządy koalicji AWS-UW była znacznie bardziej obiecująca. Po pierwsze dlatego, że doszło do zawiązania koalicji pomimo znacznie większych różnic niż te, które dzieliły PO i PiS. Po drugie, zasoby polityczne i chęć wprowadzania zmian była znacznie większa, a opór wobec rządu mniejszy niż osiem lat później. Dowodem niech będzie choćby skala przeprowadzonych w latach 1997?2001 reform: obok tych, które reformami nazwano, także tych, które zrazu lokowano w ich cieniu, by wymienić tylko powołanie IPN czy CBŚ.

Oczywiście ten argument odwołuje się do skali, nie zaś do sensowności wszystkich wprowadzonych wówczas zmian. Gabinetowi Jerzego Buzka zabrakło jednak od samego początku jasnej myśli przewodniej, czegoś co ustanawiałoby nadrzędną wobec wszystkich wprowadzanych zmian logikę. Za brakiem idei nadrzędnej przyszło zmarnowanie politycznego kredytu zaufania, i właśnie za roztrwonienie kapitału poparcia i błędy w kluczowych reformach liderzy koalicji AWS-UW zapłacili wysoką cenę w wyborach. Ale to tylko część rachunku. Długofalowa ocena zaniedbań w tworzeniu instytucji nowego państwa widoczna będzie z odleglejszej perspektywy. I obawiam się, że bardziej obciąży ?reformatorskie? rządy tamtego okresu niż gabinet Cimoszewicza czy Millera.

PiS bez szans na skonstruowanie nowej wizji państwa.

Druga okazja, drugi moment, w którym można było podjąć budowę nowej, opartej na pewnej jasnej wizji państwa, pojawił się w momencie kreowania koalicji PO-PIS. Jak wiemy, mówiąc oględnie nic z tej koalicji nie wyszło.

Prawo i Sprawiedliwość wysuwając się na czoło władzy oraz nowo stworzonej koalicji obejmowało rządy, postulując zmiany godzące nie tylko w interesy elity władzy, lecz także realnych grup społecznych. Stało się ? od pierwszej chwili ? obiektem bardzo ostrych i często niesprawiedliwych ataków. Niestety PiS nie tylko nie umiało łagodzić sporów z establishmentem medialnym, ale nauczyło się je niezwykle wprawnie podsycać. Co ułatwiło mu ? trzeba to koniecznie powiedzieć ? przejęcie elektoratu wyraziście antyestablishmentowych koalicjantów: Samoobrony i LPR. Jednocześnie jednak bieżąca taktyka podporządkowana zarządzaniu konfliktami całkowicie pogrążyła strategiczny zamiar przebudowy państwa.

To kosztowało PiS nie tylko utratę władzy, lecz także utratę tej tożsamości, jaką miało w latach 2004?2005. Nadało mu cechy formacji, której polityczną identyfikacją jest walka z establishmentem, a nie zamiar instytucjonalnego wzmocnienia państwa.

Partie polityczne zaliczane obecnie do tzw. głównego nurtu nie tylko nie mają pomysłu na realizację projektu przebudowy państwa, tak by instytucjonalnie było ono silniejsze, ale co gorsza w wielu aspektach są wręcz antyinstytucjonalne. Widać to nawet w sposobach samoorganizacji partii i tutaj zwrócić szczególną uwagę należy na silnie spersonalizowane reguły zarządzania, którymi same się kierują.

W tym kontekście wspomnieć również należy o sposobie funkcjonowania społecznych organizacji propaństwowych ? oparte są raczej na doraźnej mobilizacji, na swego rodzaju pospolitym ruszeniu, na podsycanych nieustannie emocjach zamiast obiektywnie istniejącej, ponadczasowej idei, niezależnej od koniunktury politycznej.

Logika konfliktu partyjnego

Kryzys myślenia państwowego jest cechą całej obecnej elity politycznej. Zauważmy, że po pracach komisji śledczej badającej aferę Rywina nie tylko nie naprawiono mediów publicznych, ale pozwolono, by działy się w nich rzeczy wielekroć bardziej kompromitujące i groteskowe niż w pierwszej dekadzie III Rzeczy pospolitej. Fotel szefa telewizji przechodził z rąk do rąk, prezesami zostawały osoby bez elementarnych kwalifikacji, a w tle tych przepychanek zawiązywano egzotyczne koalicje PO-LPR i PiS-SLD.

Kryzys myślenia państwowego objawił się także po katastrofie CASY i prezydenckiego tupolewa. Nie tylko gdy chodzi o reakcję organów państwowych zaraz po obu zdarzeniach, lecz także o długofalowe wnioski, o nowe procedury i zmiany instytucjonalne. Co więcej, także w sferze, która stanowi podstawę zaufania do państwa jako ?dobra wspólnego?, ówczesny hegemon ? Platforma Obywatelska ? nie wpadł na pomysł, by choć jedno z opróżnionych po katastrofie smoleńskiej stanowisk państwowych powierzyć osobie związanej z PiS. Państwotwórcze emocje, jakim ulegaliśmy w pierwszych dniach po 10 kwietnia 2010 r., zostały ośmieszone jeszcze latem tamtego roku, kiedy obsadzano urzędy, gdy rozstrzygano sprawę upamiętnienia ofiar katastrofy. Zawsze zwyciężała logika konfliktu partyjnego.

To ta ?nowa polityka?, ten swoisty ?kodeks partyjny?, czyli podział na ?my i oni?, a nie ?nowe państwo? będzie dorobkiem elit, które w 2005 r. zostały wyniesione do władzy. Dziś szeroko rozumiany mainstream, czyli cztery główne partie i ich satelity medialne ? nie jest liberalny czy konserwatywny, nie jest nawet socjaldemokratyczny czy chadecki, lecz anarcho-etatystyczny. Niestety, jasno trzeba sobie to powiedzieć – zużywa on zasoby państwa i jego instytucji i nie zamierza zrezygnować z czegokolwiek, tak by to państwo wzmocnić. A czy używa do tego argumentów i emocji wyjętych z tekstów patriotycznych czy modernizacyjnych, to już naprawdę mało znacząca różnica.

Niezależnie jaki ustrój sobie obierzemy za obowiązujący w naszym kraju, na pierwszym planie pojawiają nam się różnego rodzaju elity (intelektualne, polityczne, etc.) zdolne myśleć i brać odpowiedzialność za losy państwa. Losy obecne, ale i przyszłe. W obliczu powszechnie panującego cynizmu, braku elementarnej etyki życia politycznego i publicznego ciężko spodziewać się by obecne pokolenie elit było w zapewnić pożądane zmiany.
Wiele mówi się o demokracji w naszym kraju, o tym jak powinna funkcjonować. Podstawowy problem leży jednak w tym, że nie mamy elity zarówno politycznej, medialnej jak i instytucjonalnej wystarczająco zainteresowanej budowaniem silnego i sprawnie funkcjonującego państwa, zamiast tego panuje dość silny oportunizm, zaś debata publiczna na ważne dla społeczeństwa sprawy odsuwa się na dalszy plan. W konsekwencji tego wprowadzane zmiany (o ile się pojawiają) nie mają przymiotu jakościowego, a tylko kosmetyczny i mimo szumnie głoszonych i górnolotnie brzmiących haseł o 25-leciu polskiej demokracji porusza się ona (z nielicznymi wyłomami) na biegu jałowym.