UDOSTĘPNIJ

W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku było w dobrym tonie chodzenie na mszę za ojczyznę. Tak jak dzisiaj modnym jest chodzenie w hipsterskich okularach. W przykościelnych salkach katechetycznych kłębili się brodaci działacze na zebraniach zwoływanych celem obalenia ustroju totalitarnego. Na stolikach stały tranzystorowe radiomagnetofony grundiga – symbol tajności obrad. W późniejszych czasach kombatanci walki z komunizmem często twierdzić będą, że reżymowe służby specjalne podsłuchiwały i inwigilowały bez wiedzy, zgody i podstępnie. Podczas mszy za ojczyznę czytania mieli sławni wtedy – jakby to napisać, żeby nikogo nie urazić i nie być samemu posądzonym o.. no wiadomo o co – działacze z dużym zarostem. Z grubsza msza za ojczyznę polegała na tym, jej istotą było to,  że brodaci działacze robili sobie PR pod przyszłe kampanie wyborcze. Ot. A tłum przychodził pośpiewać sobie zakazane piosenki, potrzymać palce V w górze, a po wyjściu z świątyni podzielić się ze znajomym wiadomością, że ruskie zamordowały nie 50., ale 150. milionów Polaków. Wolna europa podawała przedwczoraj.

Potem moda minęła. Piszę o tym, bo natrafiłem dzisiaj na ciekawą i wielce pouczającą powiastkę, która niekoniecznie wiąże się z powyższym, ale oddaje charakter tamtych (?) czasów.

W latach osiemdziesiątych w małej osadzie Modliborzycach, pewna sędziwa matrona, nazwijmy ją, dajmy na to M., mającą żółtaczkę, nerwicę oraz męża handlującego złotem i tandetą sprowadzaną ze Związku Radzieckiego, dostała od niego w prezencie, jako dowód miłości, nowiutkie i modne futro z lisa polarnego. Dama ta, naturalnie, postanowiła pokazać się publicznie w nowym odzieniu, więc poszła, bodajże trzeci raz w życiu, do kościoła (kościół w małych miasteczkach to jedyne miejsce obok siedziby kół gospodyń wiejskich spotkań i wymiany myśli), a weszła tam w chwili, gdy pobożny lud śpiewał „WIITAAAMYY CIĘĘ KRÓLOOOWOO”… To nagłe i niepodziewane powitanie jej skromnej osoby tak na nią podziałało, że niewiele się zastanawiając przebiła się przez tłum wiernych, a następnie wdrapała po trzech stopniach na ołtarz i jednym gestem uciszyła wszystkich, i ze łzami w oczach rzekła: „Jeszcze nikt nigdy tak szczerze i godnie mnie nie przywitał. Dziękuję bardzo wszystkim. Wieczorem zapraszam was na kawę, herbatę oraz ciasto”. Następnie rozpłakawszy się wybiegła z kościoła, ale wcześniej przystanęła przy konfesjonale, gdzie siedział ksiądz i szepnęła mu: „A Ty bratku, jak już się wysrasz, też przyjdź”.

D. Polniak

Zobacz również