UDOSTĘPNIJ
fot. Wikimedia Commons/Own work; Lis Tomasz

Między Tomaszem Lisem a Krystyną Pawłowicz od dłuższego czasu trwa spór. W pierwszej połowie zeszłego roku posłanka PiS-u postanowiła wytoczyć proces redaktorowi naczelnemu polskiego wydania „Newsweeka”. Jego wynik zaskoczył dziennikarza.

W kwietniu w „Newsweeku” pojawił się artykuł „Bulterierka prezesa”, w którym posłanka Pawłowicz została porównana do psa gończego. Polityk zapowiedziała wtedy pozew o naruszenie dóbr osobistych wobec autorów artykułu i redaktora naczelnego tygodnika.

– On ją spuszcza z łańcucha, ona warczy, szczeka i gryzie. Potem prezes mówi „siad”, „do budy”, a ona kładzie po sobie uszy i wykonuje polecenia – napisano w artykule. Krystyna Pawłowicz w wypowiedzi dla SuperEkspresu stwierdziła, że nie pierwszy raz jest atakowana przez „Newsweek”. Dotąd nie chciała się bronić, tym razem jednak podjęła inną decyzję.

– Kiedy ostatnio napisano mój obelżywy życiorys, przyprawiono mi gębę, przyrównano do zwierząt, postanowiłam zareagować – powiedziała posłanka.

Sąd przyznał Pawłowicz rację i zasądził na jej rzecz 40 tysięcy zł kary + 7 tys. kosztów sądowych, które ma zapłacić Tomasz Lis. Co ciekawe – wyrok został wydany zaocznie, bowiem oskarżony nie pojawił się na rozprawie.

Tomasz Lis wyjaśnia, że o całym procesie dowiedział się dopiero po wyroku, kiedy jego konto zajął komornik. Jak twierdzi, korespondencja wysyłana była pod zły adres, przez co nie był on zawiadomiony o terminie rozprawy. Zapowiada wniosek o ponowny proces.

Posłanka PiS-u odpiera te argumenty i twierdzi, że redaktor Lis nie pojawił się na rozprawie ze strachu. Wyjaśnia też, że korespondencję sądową dostarczano prawidłowo, na adres, który Tomasz Lis podał w Sądowym Rejestrze Czasopism.

– Korespondencję o procesie przyjęli domownicy i podpisywali się pod jej odbiorem – dodaje Pawłowicz.

ZOBACZ TAKŻE:

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas

Zobacz również