UDOSTĘPNIJ

Bone Tomahawk garściami czerpie z motywów kina grozy, by idealnie wpleść je w konwencję klasycznego westernu. Brutalni kanibale spotykają tu prawych i moralnych kowboi, a krew cieknie strumieniami nie tylko z ran zadanych rewolwerem. Całość, okraszona dobrymi dialogami i czarnym humorem w stylu Quentina Tarantino, prezentuje się może nie innowacyjnie, ale na pewno ciekawie i zachęcająco.

Ostatnimi czasy w amerykańskim kinie śmiało można mówić o renesansie westernu. Prawdziwą falę widowisk spod znaku colta i ostrogi wywołał Quentin Tarantino, wskrzeszając gatunek w 2012 roku, gdy na ekrany wchodził jego autorski Django (poruszający problemy rasizmu i niewolnictwa), a cztery lata później utwierdził widzów w przekonaniu, że western to niezwykle plastyczny nurt, reżyserując Nienawistną Ósemkę (krwawy kryminał w stylu Agathy Christie). Od 2012 roku amerykańscy twórcy od podstaw starają się zreinterpretować i odnowić historie o kowbojach, owocem czego jest m.in. Slow West, gdzie Dziki Zachód ukazany jest w podobnej estetyce, co świat przedstawiony u Wesa Andersona; trudno też nie wspomnieć o Eskorcie, w której Terry Lee Jones (reżyser i scenarzysta) wprowadza nietypowe dla tego nurtu wątki feministyczne. I to właśnie na tej fali S. Craig Zahler wyprodukował swój pierwszy w karierze film – Bone Tomahawk.

Już początkowe sceny produkcji zwiastują brutalną konfrontację przypadkowych kowbojów z troglodytami, żywiącymi się ludzkim mięsem i choć na samą walkę przyjdzie widzom czekać przez dobre półtora godziny, to reżyser umila ten czas, serwując rewelacyjne dialogii, których nie powstydziłby się sam – wspomniany już wcześniej – Qeuntin Tarantino. Czarny humor miesza się z błyskotliwymi ripostami i niespodziewanymi wywodami pseudointelektualnymi. Sam zarys postaci i ich osobowość stanowią ironiczne źródło żartów – oto ramię w ramię, colt w colt stają ze sobą zdystansowany wobec rzeczywistości szeryf (Kurt Russel), jego dobrotliwy i prostoduszny zastępca-staruszek (Richard Jenkins), pyszałkowaty pogromca Indian (Matthew Fox) oraz mąż porwanej przez ludożerców kobiety (Patrick Wilson) – dodatkowo ten ostatni ma złamaną nogę, co tylko potęguje liczbę kłoptów, z jakimi przyjdzie im się zmierzyć w trakcie wyprawy. Ich wymiany słowne może nie wywołują parskanięć śmiechem, lecz z pewnością są ciekawym umileniem przydługawej podróży po pustynno-skalnych krajobrazach Dzikiego Zachodu.

Jednak Bone Tomahawk’owi daleko do komedii. To idealny kolaż westernu w konwencji kina drogi i pełnokrwistego horroru, przywodzącego na myśl słynną produkcję Wesa Cravena – Wzgórza mają oczy. Zarówno pustynne krajobrazy, skalne odludzia, jak i samo plemię troglodytów, zamieszkujących jaskinie, przypominają wspomnianą produkcję amerykańskiego mistrza grozy, a nagromadzenie scen o wysokim poziomie brutalności tylko wzmaga to uczucie. Mimo to Bone Tomahawk to przede wszystkim western o męskim honorze, odwadze i oddaniu, w którym kanibale stanowią tło do wyeksponowania powyższych cech.

Wyprawa po uprowadzoną żonę odbywa się pośród wspaniałych zdjęć krajobrazu. Operator, Benji Bakshi (wcześniej odpowiedzialny za ujęcia w niesławnych produkcja kina klasy C, np. Pająk gigant), dbale oddaje ogrom pustkowia, przez które podróżuje czwórka kowbojów. Panoramiczne ujęcia jałowych stepów wydają się miażdżyć miniaturowe (kręcone z oddali) postacie – wszystko to jeszcze bardziej wzmaga poczucie osaczenia i bezradności wobec zagrożenia z zewnątrz.

Bone Tomahawk to krwisty stek w karcie współczesnych westernów. Na szczęście, całość została wywarzona z takim dystansem, aby zadowolić zarówno fanów Dobrego, złego i brzydkiego, jak i maniaków ekranowych historii z dreszczykiem.

Moja ocena: 6/10

PLUSY:

~ świetne dialogii, których w większości nie powstydziłby się sam Quentin Tarantino;

~ wyczucie konwencji – dobre połączenie westernu z brutalnym horrorem, a całość podlana odpowiednią dawką humoru;

~ dobre ujęcia, podkreślające walory krajobrazu Dzikiego Zachodu;

~ liczne sceny gore – wszystkie stosunkowo realistyczne, wpasowujące się w klimat filmu;

MINUSY:

~ film trwa ponad 2 godziny – to trochę za długo, zważywszy, że niektóre sceny zwyczajnie nużą;

~ zbyt krótka konfrontacja z kanibalami, na którą widz czeka przez całą produkcję;

~ opóźniona polska dystrybucja – film trafił na amerykańskie ekrany już w 2015 roku;

Kornel Nocoń

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas

Zobacz również