UDOSTĘPNIJ

Znowu mamy głośno o Jerzym Urbanie. Skandalista, chodząca kontrowersja, człowiek wulgarny i wyrazisty. Dla jednych symbol plugastwa i upadku moralności, dla innych postać, która z niesamowitą odwagą gardzi wszystkim, co w jej przekonaniu na pogardę zasługuje. Robi to szczerze, dosadnie, a nierzadko wulgarnie. Dlatego jedni go nienawidzą, a inni kochają. Stosunek do Urbana może być tylko zerojedynkowy. Jest piętą achillesową polskiej lewicy, od której nierzadko się dystansuje. A przy tym doskonałym materiałem na chłopca do bicia dla prawej strony sceny politycznej. Urban obrywa z każdej strony, jednak każdy cios wywołuje w nim co najwyżej ironiczny uśmiech politowania. Chwilę później „Goebbels stanu wojennego” znowu atakuje, miotając na prawo i lewo, często uderzając poniżej pasa. Gdy jego przeciwnicy leżą na parkiecie i ujadają na niehonorowe zachowanie oponenta, ten pokłada się ze śmiechu, bo znów odniósł zwycięstwo.

Jerzy Urban ma przewagę psychologiczną nad niemal wszystkimi potencjalnymi wrogami. Do tego spore zaplecze finansowe, które pozwala mu na niezależność i nie zmusza do wchodzenia w tyłek komukolwiek. No i spore zaplecze intelektualne pełniące funkcję wielkiego oręża w antysalonowej ofensywie. Jest szczery do bólu, bo wie, że nawet jeśli czasem musi za tę szczerość zapłacić, to nie jest to kara dotkliwa. A przynosi kolejny rozgłos i jeszcze bardziej radykalizuje postawy zarówno jego zwolenników, jak i przeciwników.

Choć sympatyków libertarianizmu może to porównanie rozwścieczyć, Urban jest po lewej stronie tym samym, czym Korwin-Mikke po prawej. Jedyną różnicą jest fakt, że ten pierwszy nie angażuje się w czynną politykę. W pozostałych obszarach cechy i zachowania obu postaci są zbieżne.
Korwin-Mikke jest jednym z piewców tej myśli liberalnej i tego wzorca kapitalizmu, które są nie do przyjęcia w obecnym dyskursie publicznym. Lubi czasem palnąć na temat kobiet
i niepełnosprawnych coś, co nieopatrznie zrozumiane przez innych sprawia, że PR Korwina leci gwałtownie w dół. Lider świeżo założonej Konfederacji Nowej Polski broni swoich racji w sposób, który trudno nazwać zrównoważonym. Za często stosowany siarczysty język bywa skazywany na społeczny ostracyzm również przez tych ludzi, z którymi mógłby potencjalnie nawiązać współpracę. Korwin-Mikke się tym jednak nie przejmuje, bo nie zamierza współpracować z ludźmi miałkimi. Jest szczery i diabelnie charakterny. I pomimo swoich częstych wpadek, niepotrzebnych i możliwych do uniknięcia, nadal bardzo charyzmatyczny.

A Urban? Urban jest niemal lustrzanym odbiciem Korwina. Odważnie broni Polski Ludowej, co również jest dla większości społeczeństwa nie do przyjęcia. Agresywnie atakuje Kościół i „solidaruchów”. A przy tym wcale nie jest człowiekiem z układu. On układami gardzi, bez względu na kolor ich sztandaru. Publicystyka Urbana niejednokrotnie mieszała z błotem zarówno działaczy lewicowych, jak i prawicowych (w polskim rozumieniu podziału prawica-lewica). Redaktor naczelny „NIE” kpił z Kaczyńskiego, Napieralskiego, Tuska czy żony prezydenta Komorowskiego. Czasami za te kpiny lądował w sądzie na ławie oskarżonych. Ale na kanapie jednego z programów TVN siedział razem z Korwinem i rozmawiał na temat emerytur. Pomimo diametralnych różnic ideologicznych wywiązała się sympatyczna dyskusja między jednym i drugim. Bo swój pozna swego, a oni trzymają tę samą stronę w wojnie przeciwko hipokryzji, choć obaj są przeciwległymi biegunami w każdej innej kwestii.

Postacie te są fenomenami socjologicznymi Rzeczpospolitej Polski. Nie mają poparcia większości i nigdy mieć nie będą. Ale wąska grupa zwolenników będzie zawsze stała za nimi murem. Bo obaj symbolizują walkę z tym, co pewna część Polaków uważa za obrzydliwe – z obłudą, wazeliniarstwem i dwulicowością. Korwin reprezentuje w polityce to samo, co Urban w publicystyce – folklor. Mówią otwarcie o tym, co leży w ich duszach. Używając terminologii Freuda, ostentacyjnie prezentują te treści wyparte, przed którymi większość ludzi próbuje się bronić i które stara się kamuflować.

Korwin-Mikke i Urban stali się symbolami wolności słowa i obozu walczącego z powszechną ściemą. Dlatego ich poparcie zawsze będzie się utrzymywało na nie za wysokim, choć bardzo stabilnym poziomie. Po prostu jest w naszym kraju pewna grupa ludzi, którzy wolą szczerą, dosadną i bolesną prawdę od fałszu płynącego ze złotych ust. Wolą to nawet wtedy, gdy nie zgadzają się ani z formą, ani z treścią. Politycy, którzy na scenie mówią jedno, a za kulisami drugie, z oczywistych względów przestają być wiarygodni. Dlatego jest niemal pewne, że kto ze słabością mówi o Korwinie czy Urbanie, ten już dawno zrezygnował ze słuchania bohaterów polskiego parlamentu, którzy prowadzą wykalkulowaną politykę łechtania obywatelskiego ego.

UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułAmerykański „Playboy” zachwycony Magdaleną Ogórek
Następny artykułDzika wolność utopiona w błotach Woodstocku.
Paweł Jankowski
Konsekwentnie zawsze pośrodku. Ani wierzący, ani ateista- czyli agnostyk. Ani prawicowy, ani lewicowy- znaczy centrowiec. Zwolennik uczciwej oceny i przeciwnik podwójnych standardów. Fanatyk dobrej literatury i punk rocka. Poszukiwacz przygód i bokserski kibic.