UDOSTĘPNIJ

Nie trzeba być socjologiem, ani psychologiem, by dostrzec, że my Polacy jesteśmy narodem niezwykle podzielonym. Nie zmienia tego fakt, że nasze społeczeństwo zalicza się do homogenicznych pod względem narodowościowym (przynajmniej oficjalnie) religijnym. Jednocześnie wielu z nas ma przekonanie o własnej racji w kluczowych kwestiach, przez co kompromis jawi się jako porażka. Jako że politycy są reprezentantami narodu i z niego się wywodzą, również są dotknięci tymi przywarami. Demokracja, jako reżim polityczny posiada różne klasyfikacje i odmiany. Jednymi z nich są  demokracja westminsterska i konsensualna.

Demokracja westminsterska oznacza koncentrację władzy na poziomie centralnym oraz w rękach zwycięskiej partii politycznej, która nie musi dzielić się z nikim owocami swego zwycięstwa. Model ten, którego podstawą jest podział na ?większość? i ?mniejszość?, nie wymaga stosowania skomplikowanych procedur negocjacyjnych ani konieczności uzgadniania rozbieżnych bądź przeciwstawnych interesów. Stosuje się go w krajach charakteryzujących się tym że przynajmniej 80% społeczeństwa posługuje się tym samym językiem i wyznaje tę samą religię. Co pierwszego warunku, nie ma wątpliwości, że go jako naród spełniamy i żadne regionalizmy niczego tutaj nie zmieniają, bo zarówno Kaszubi, jak i Ślązacy mówią biegle po polsku. Co do drugiego warunku, sytuacja jest już bardziej skomplikowana. Już słyszę te głosy oburzenia: Jak to? Przecież 95 procent Polaków to katolicy!’

Po pierwsze, nawet formalnie, nie 95 jak kiedyś, tylko 88, po drugie, naprawdę uważacie że fakt bycia polanym wodą święconą i nasmarowania krzyżmem czyni z kogokolwiek katolika? Albo że można wierzyć sondażowym deklaracjom?
Błagam, bądźmy poważni. Większość Polaków nie ma pojęcia, co to znaczy być katolikiem. Wydaje im się, że jeśli wierzą w Boga, pójdą raz w roku do kościoła i bezrefleksyjnie odbębnią rytuały przejścia w postaci chrztu, Pierwszej Komunii, bierzmowania i ślubu („bo tak trzeba”, „bo wszyscy tak robią” i „co ludzie powiedzą?”), to daje im prawo do nazywania siebie katolikami. Tymczasem tak powinni określać jedynie ci, którzy akceptują wszystkie nakazy Kościoła i sumiennie ich przestrzegając. Śmiało można więc powiedzieć, że katolicy stanowią jakieś 30 procent ludności Polski. A reszta to chrześcijanie bezkonfesyjni, prawosławni, protestanci, agnostycy, ateiści bezwyznaniowcy, własnowiercy (?Wierzę, ale po swojemu?), socjaliści i socjaldemokraci (ok. 30 procent), liberałowie… Dlaczego postawiłem w jednym rzędzie poglądy religijne filozoficzne i polityczne ? Bo one wzajemnie  siebie wykluczają . Trudno być lewicowcem i katolikiem jednocześnie, albo liberałem i katolikiem, pomimo że w pewnością niektórzy za takich się uważają.

Chodzi mi krótko mówiąc o to, że Polacy za bardzo się od siebie różnią by demokracja westminsterska mogła się tu sprawdzić. Inaczej na świat patrzą młodzi, inaczej starsi. Inaczej weterani ?Solidarności?, inaczej działacze lewicy. Inaczej rzemieślnicy, rolnicy, inaczej przedsiębiorcy. Inaczej samotne matki, inaczej szczęśliwi małżonkowie z pięciorgiem dzieci. Mimo tego większość z tych grup nie jest przez władzę reprezentowana. Kiesy władza się zmienia, reprezentowany jest ktoś inny, a dyskryminowany ten, który niedawno był na piedestale.
Dlatego w kwestiach drażliwych, aczkolwiek ważnych społecznie panuje dyktatura większości. I to większości sejmowej, która niekoniecznie odzwierciedla proporcje jakie istnieją miedzy poszczególnymi grupami w społeczeństwie. Dzieje się tak głównie dlatego, że większość osób uprawnionych do głosowania z tego prawa nie korzysta. Za to zawsze korzystają z niego wyborcy konserwatywni, prawicowi. Od 9 lat w Polsce rządzi prawica, skutkiem czego brak nam ustawy o związkach partnerskich,  bo ich wiara na to nie pozwala, nie mamy ustawy bioetycznej, bo jak tylko próbuje się coś w tym kierunku zrobić do głosu dochodzą ludzie pragnący narzucić swój punkt widzenia całemu społeczeństwu a oni są w większości (politycznie) i nie muszą iść na kompromis z mniejszością . Tych ludzi nie obchodzi społeczeństwo, jego potrzeby, tych ich własne racje. Myślą sobie: My rządzimy, my mamy władzę i będzie tak, jak nam jest wygodnie. Koalicje rządowe tworzy się tylko z tą myślą, aby mieć minimalną większość parlamentarną. Trudnych spraw się nie porusza, bo nie i już.

W wielu krajach jest inaczej. Model odmienny od demokracji westminsterskiej. W Holandii, Austrii i Szwajcarii obowiązuje model demokracji konsensualnej. To znaczy, że po każdych wyborach tworzone są wielopartyjne koalicje, tak aby jak największa cześć populacji była reprezentowana przez rząd. W tych państwach respektuje się również prawa szeroko pojętych mniejszości, konieczność obrony praw mniejszości leży u podstaw nadania tamtejszym konstytucjom szczególnej formy prawnej, obejmującej również taki tryb ich uchwalania i zmiany, który nie doprowadziłby do dominacji woli wąskiej większości. Konstytucje w modelu demokracji konsensualnej maja postać specjalnego aktu prawnego, uchwalonego i zmienianego w ramach specjalnej procedury, wymuszającej osiągnięcie kompromisu pomiędzy różnymi grupami społecznymi i ich reprezentantami (kwalifikowana większość, konieczność aprobaty przez rządy regionalne, oddzielne głosowanie w reprezentacjach mniejszości etnicznych..

Bynajmniej nie chodzi o to by na polski grunt przeszczepiać całą koncepcję Aranda Lijpharta dotyczącą demokracji konsensualnej, ale o to, byśmy nauczyli się żyć w zgodzie ze sobą nawzajem, byśmy potrafili odpuszczać, dla dobra wspólnego. Nie powinniśmy być zapatrzeni jedynie we własny punkt widzenia. Zamiast tego trzeba przyjąć pragmatyczny styl uprawiania działalności społecznej. Dla przykładu: czy narkotyki są czymś dobrym? Oczywiście nie, powiecie, i dlatego ich posiadanie jest nielegalne. Ale czy alkohol jest dobry? Ilu ludzi przez niego straciło życie? Porównajcie sobie. Czy Holendrzy legalizując marihuanę zapomnieli o ludziach uzależnionych od narkotyków. Nie, po prostu uznali to za mniejsze zło, dzięki któremu udało się zmniejszyć liczbę narkomanów, bo część z nich nie zaopatruje sie już u dilerów, którym zależy na tym by kupowali coraz więcej coraz silniejszych narkotyków. Dodatkowo, państwo posiadające monopol na ich produkcje czuwa nad ich składem chemicznym. Tak samo jest z aborcją, eutanazją. Proliferom wydaje się, że dzięki penalizacji aborcji uratują życie ?dzieci nienarodzonych?.

Tymczasem  tak nie będzie, bo kobieta nie chcąca być matką i tak nią nie będzie, w skrajnych przypadkach dopuszczając się dzieciobójstwa. Oprócz tego część z nich umrze na skutek aborcji przeprowadzonych źle i w spartańskich warunkach. Ale kogo to obchodzi? Ważne, że nasze (czytaj, tych co mają rację) jest na wierzchu. Prawica mogłaby zaprosić lewicę do rządu, wtedy poprawiłoby się może samotnym matkom, ubogim, pracownikom, gejom i lesbijkom, ale także osobom starszym, dzieciom, młodym małżeństwom. Bo wtedy polityka przestałaby polegać na przerzucaniu się odpowiedzialnością, zwalaniem winy na poprzedników, rozgrzebywaniem historii, ignorowaniem społeczeństwa. Gdyby władzą podzieliły się wszystkie partie obecne w parlamencie, musiałyby się jakoś dogadać. Gdyby nie było aż tak twardego podziału na władzę i opozycję,  politycy nie mogliby się krytykować bezmyślnie, tak jak często robi to zwłaszcza opozycja spod znaku PIS. Musiałaby to robić w sposób przemyślany, konstruktywny. Wzrosłaby  kultura dyskusji i kultura polityczna. Pytanie tylko, kiedy my, naród zawzięty i kłótliwy, dorośniemy do takiego rozwiązania.