UDOSTĘPNIJ

Kilka dni temu mieszkańcom Chicago rozrywki dostarczył człowiek, którego większość nazwałaby bez wahania idiotą. Nik Wallenda spośród wszelkich dostępnych na tym świecie uciech, ukochał sobie chodzenie na linie zawieszonej między dwoma punktami, tak na oko ponad sto metrów nad ziemią. Bez zabezpieczeń. Jego spacer z jednego wieżowca na drugi czujnie obserwowała na dole gawiedź, nie szczędząc swoich gardeł w donośnym dopingu. Jasne, można powiedzieć, że wszyscy zebrani przyszli z zamiarem podziwiania odwagi w przełamywaniu ludzkich barier. To jest oczywiście wersja poprawna politycznie. Prawda jest jednak inna ? tłumek na dole cały czas się zastanawiał nad jednym: pyrgnie czy nie? Granice tabu zostały przesunięte tak daleko, że właściwie jedną z niewielu rzeczy jaka może zrobić na motłochu wrażenie jest śmierć na żywo. Spektakularne rozkwaszenie się na jednej z ulic, którą na co dzień przemierzają setki mieszkańców w drodze do roboty.

Nie pyrgnął.

Sukces pana Wallendy był wiadomy i tylko naiwni łudzili się, że tego dnia cykną fajne foto na fejsbuczka. Wielu pewnie pomyśli, że sytuację tego ?linochodziarza? można porównać przykładowo do rządzących, takiej Ewy Kopacz, ciągle balansującej na granicy żenady i kompromitacji. Otóż nie. Szalonego amerykańca od metaforycznych linoskoczków odróżnia fakt, że ten był do swojej próby przygotowany perfekcyjnie. Gdy jego koledzy zajmowali się piciem piwa czy zaliczaniem kolejnych dam, ten uparcie trenował. Na koniec przespacerował się na linie bez zabezpieczeń, z zawiązanymi oczami i dla niego było to mniej więcej tak wymagające jak dla ZUSu capnięcie połowy pensji uczciwego obywatela.

Póki co naszym rządzącym z łatwością przychodzi jedynie tworzenie absurdalnych aktów prawnych, jak chociażby ta ostatnia ustawa czipsowa. W przeciwieństwie do wielu, takie sztuczne próby rozwiązywania problemów bardzo mnie bawią. Zastanawiam się tylko dlaczego tak trudno jest niektórym zrozumieć, że nie można mieć wpływu na wszystko i lepiej pewne rzeczy pozostawić same sobie.

Kształtowanie rzeczywistości poprzez prawo jest oczywiście kuszące, ale nadmierne korzystanie z tego przywileju oczywiście prowadzi do totalitaryzmu i tym podobnych niegodziwości. Wczoraj do gazu szli Żydzi, jutro pójdą grube dzieci a pojutrze elektorat opozycyjny.

Na razie jednak trzeba bronić ustawy czipsowej i w PSLu doszli do wniosku, że jako mięso armatnie najlepiej sprawdzi się rzecznik prasowy Krzysztof Kosiński, który wraz z Przemysławem Wiplerem toczył dyskusję na antenie TVN24. Uważny telewidz mógł wyciągnąć z tego jeden podstawowy wniosek: źle się musi dziać u przaśniaków, skoro do kontaktów z mediami został oddelegowany gość będący czarnym koszmarem logopedów. Aż przypomina się scena z ?Dnia Świra?, gdzie Adaś Miauczyński klął na wymowę i akcentowanie w nowoczesnych mediach.

Kosiński to typowy przypadek do osądzenia przed ?komisją do spraw zbrodni przeciwko językowi polskiemu?. Jest on prawdopodobnie jedynym człowiekiem, który stawia kropkę po każdym wyrazie: ?Trzeba. Zobaczyć. W sposób. Jasny. Na. Dane. Chociażby. O. Otyłości. I. Nadwadze. W Polsce?. Aż dziw bierze gdzież taka perełka się tyle czasu uchowała. Powiew nadziei dla wszystkich dotkniętych wadami wymowy. Brawo! Przez ponad 20 lat PSL nie zrobił tyle, ile teraz przez 10 minut telewizyjnego programu. I to jeden człowiek!

Naturalna dociekliwość każe mi mimo wszystko zastanowić się nad innymi możliwymi przyczynami zwichniętej płynności wypowiedzi rzecznika. Być może jest to po prostu niezdolność do samodzielnego formułowania myśli? Albo krótka pamięć? Dlatego też nie zdziwiłbym się jakby w słuchawce słyszał podpowiedzi od samej peeselowskiej eminencji Waldemara Pawlaka. No a pan Waldemar sami wiecie ? Usainem Boltem mowy to on nie jest.

Na drugim biegunie mamy Przemysława Wiplera, który od wczoraj za sprawą wrzuconego nagrania przestał być awanturnikiem i chuliganem, a stał się ofiarą pseudopolicji. Cała ta afera mam nadzieję wyjdzie wszystkim na dobre. W końcu niektórzy zostaną zmuszeni do refleksji nad tym czy może procent ?policjoli? wśród policjantów nie jest większy niż kiboli wśród kibiców. Zajmowanie się kibicami futbolu, którzy (bez obrazy) są marginesem jeśli chodzi o wagę spraw publicznych, a olewanie patologii w jednej z podstawowych służb w państwie zakrawa na paranoję.

Tak czy inaczej przez ostatni rok cała opinia publiczna gapiła się na Przemysława Wiplera jak na tego linochodziarza. Kilka razy się zachwiał i w większości popularnych mediów byli pewni: pyrgnie. A sam poseł-nieawanturnik zrobił na złość ? nie pyrgnął. Może jego zachowanie było głupie i niepotrzebne. Może lepiej by było, gdyby się nie wmieszał w interwencję pseudoglin. Racjonalność ma w tym momencie drugorzędne znaczenie. Na pewnym poziomie poseł Wipler nie różni się niczym od Nika Wallendy ? ten sam pierwiastek szaleństwa, którego widok niektórych fascynuje, a innych uważających to za głupotę ? odrzuca. Tacy ludzie jednak zawsze będą bardziej wartościowi od miałkich przeciętniaków. I ze swojej liny nigdy nie zlecą.