UDOSTĘPNIJ

Mimo, że Unia Europejska jest specyficzną organizacją międzynarodową, członkostwo w niej nie unieważnia najbardziej podstawowych zasad rządzących stosunkami międzynarodowymi. Cały czas pozostają one sferą ścierania się interesów narodowych, zaś struktury europejskie to tylko jeszcze jedna płaszczyzna tej rywalizacji. W minionych wyborach wybraliśmy prezydenta, który doskonale rozumie, że zamiast płynięcia w głównym nurcie powinniśmy prowadzić politykę podmiotową, nastawioną na polską rację stanu.

W tym kontekście należy spojrzeć na propozycje zmian traktatowych, z którymi David Cameron objeżdża europejskie stolice. Problem w tym, że zamiast bardzo potrzebnej reformy instytucji unijnych, kładzie on nacisk na podważenie fundamentów tego, co w Unii jest dobre, czyli wspólnego rynku. Swoboda przepływu towarów, osób, usług i kapitału to bez wątpienia osiągnięcie integracji, które ma więcej zalet niż wad. Bezpośrednio wymierzone w Polaków propozycje ograniczenia możliwości pracy poza państwem pochodzenia nie są dobrym punktem wyjścia do rozmów o zmianach traktatowych, w szczególności z polskim prezydentem.

Wiele spraw w Europie wymaga zmian. Dążąc do realizacji federacyjnych mrzonek Unia Europejska odeszła od swoich korzeni. Jeśli David Cameron poważnie myśli o reformie Wspólnoty w duchu wzmocnienia roli państw narodowych, to w pełni go w tym popieram. Bez wątpienia o zbyt wielu sprawach, które mogłyby pozostać w gestii państw narodowych, obecnie decyduje się w Brukseli. Nie ma potrzeby ujednolicania ustawodawstw 28 krajów w niemal każdym aspekcie życia. W szczególności dotyczy to takich państw, jak Polska, które bez własnego ośrodka decyzyjnego w sprawach gospodarczych nie dogonią Zachodu. Nie może być jednak mowy o ograniczaniu wspólnego rynku, którego powinniśmy w sposób zdecydowany bronić.

Współpraca europejska jest naszemu kontynentowi potrzebna. Ona mogłaby istnieć i świetnie funkcjonować nawet bez Parlamentu Europejskiego czy Komisji, ale nie bez wspólnego rynku, z którego wszystkie państwa członkowskie czerpią profity.

Jest wiele spraw kluczowych dla Polski, które można próbować załatwić przy okazji dyskusji o zmianach traktatowych. Dotyczy to choćby kwestii polskiej ziemi, która powinna pozostać w polskich rękach. Okres przejściowy, w ramach którego możemy utrzymywać zakaz wykupu ziemi przez cudzoziemców, skończy się wraz z początkiem 2016 r. To oczywiste, że Polacy nie mają szans w bezpośredniej konkurencji kapitałowej z obywatelami państw zachodnioeuropejskich. Nie będzie to dla nas komfortowe, gdy bogaci Niemcy zaczną na masową skalę dokonywać wykupu ziem w zachodniej Polsce. To fundamentalna kwestia, którą powinni zrozumieć nasi europejscy partnerzy.

Inną sprawą pozostaje kwestia przyjęcia euro. Stosownymi protokołami dołączonymi do traktatów przed zmianą waluty zabezpieczyły się Wielka Brytania oraz Dania. Polska, przynajmniej w teorii, jest zobowiązana do przyjęcia euro w momencie, kiedy po stosownej procedurze zostanie stwierdzone, że spełniliśmy kryteria. Reforma Unii powinna iść w tym kierunku, by państwa mogły w pełni samodzielnie decydować w tej kwestii. Jednocześnie nie można dopuścić do tego, by euroland stał się elitarnym klubem podejmującym decyzje w imieniu reszty Wspólnoty.

Za przykłady dalszych kwestii godnych dyskusji przy okazji brytyjskich propozycji reform mogą posłużyć sprawy polityki klimatycznej czy też przyszłości polskiego przemysłu. Unia Europejska nie powinna być organizacją, która blokuje rozwój swoich państw członkowskich pod pretekstem ekologicznych mrzonek. Musimy mieć pełną swobodę w decydowaniu o tym, w oparciu o jakie źródła energii chcemy oprzeć nasze bezpieczeństwo energetyczne. To samo dotyczy przemysłu, który w przypadku Polski nie podniesie się z kolan bez bezpośredniego wsparcia państwa.

Nikt nie chce, by Polska była postrzegana w Europie jako kraj konfliktowy. Problem w tym, że pod unijną frazeologią niemieckiej kanclerz i francuskiego prezydenta kryją się konkretne interesy narodowe ich państw. Unia Europejska stanowi dla nich tylko wygodne narzędzie na obecnym etapie historii. Ekipa Platformy Obywatelskiej zdaje się zapominać, że jesteśmy w Unii po to, by nam to przynosiło konkretne korzyści. Bo jeśli nie po to, to po co?