Homeopatia i „leki” homeopatyczne to temat, który przewinął się w życiu chyba każdej osoby. Jednak mało kto tak naprawdę choć trochę zagłębił się w ten temat. Ja zrobiłem to za sprawą artykułu, który podesłał mi mój serdeczny przyjaciel, za co jestem bardzo wdzięczny. Teraz chciałbym się podzielić swoimi przemyśleniami na temat homeopatii po tej fascynującej lekturze.

Na początku warto by się zastanowić, co to dokładnie jest ta homeopatia. Według definicji dostępnej w internecie, gdy tylko wpisze się to słowo, w wyszukiwarkę otrzymujemy co następuje: „Homeopatia – forma medycyny niekonwencjonalnej zaproponowana po raz pierwszy w 1796 przez niemieckiego lekarza Samuela Hahnemanna”. Zapewne kilku osobom na samo hasło medycyna niekonwencjonalna wprost zaświeciły się oczy, ale obiecuję, dalej będzie jeszcze lepiej.

Po lekturze artykułu pod tytułem „Homeopatia. Wysokie stężenie absurdów” autorstwa Łukasza Lamży, który swoją drogą polecam przeczytać, z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że prawdy powtarzane przez homeopatów cytowanych w tekście śmiało można postawić gdzieś pomiędzy szczepionkami wywołującymi autyzm a płaską ziemią. Teraz pokrótce poznamy skalę absurdów podawanych przy produkcji i działania owych „leków”.

„Leki” homeopatyczne: dynamizacja i rozcieńczanie

Te dwa pojęcia stają się kluczowe, jeżeli chodzi o „leki” homeopatyczne. We wspominanym powyżej artykule podany jest przykład środka o nazwie Oscillococcinum, który przynajmniej w teorii zawiera płyn uzyskany z wątroby i serca kaczki. Jak na razie jeszcze nie jest tak źle.

Zacznijmy od rozcieńczania, które już samo powinno wystarczyć do obalenia wszelkich twierdzeń homeopatycznych. Mianowicie Oscillo ma oznakowanie jako 200K. Co to znaczy? Już spieszę z wyjaśnieniem. Ten tajemniczy na pierwszy rzut oka symbol oznacza ilość przeprowadzonych rozcieńczeń. Dokładniej rzecz ujmując, przyjmuje się, że po wylaniu zawartości np. fiolki, na jej ściankach zostaje 1% substancji, która się tam znajdowała. Jeżeli to samo naczynie ponownie napełnimy, ale rozpuszczalnikiem, takim jak woda destylowana, to otrzymujemy 1K. W przypadku tego konkretnego środka procedura powtarzana jest aż 200 razy! Oczywiście jedyny płyn uzupełniany w naczyniu to woda destylowana. Więc w jaki sposób nawet po kilku takich rozcieńczeniach w danej fiolce ma zostać choćby ślad pierwotnego płynu? Jest to zwyczajnie niewykonalne, a tym bardziej przy 200 rozcieńczeniach.

Teraz przejdziemy do dynamizacji, czyli zwyczajnego, choć niezwyczajnego potrząsania. Wszystko przez to, że „lek” homeopatyczny, aby zyskał swoje cudowne działanie, musi zostać zdynamizowany, czyli trzeba nim potrząsać. Od razu rozwieję wątpliwości i powiem, że mieszanie nie działa, to musi być koniecznie potrząsanie. Oczywiście zajmują się tym odpowiednie maszyny i dynamizacja następuje po każdym rozcieńczaniu. Dlaczego tak jest, nie mam pojęcia, podobnie jak rozmówcy pana Lamży. Teraz przejdźmy do dalszych absurdów, którymi homeopatia wypełniona jest po brzegi.

Homeopatia: pamięć wody

W tym momencie warto zapytać, jak to możliwe, że pomimo tak ogromnej ilości rozcieńczeń, woda zawarta w probówce wciąż w teorii ma działania płynu z wątroby i serca kaczki? Szczerze mówiąc homeopaci ponownie nie wiedzą do końca, a jedną z teorii jest ta o pamięci wody. Mianowicie polega ona na tym, że woda zapamiętuje to, jakie działanie ma substancja w niej rozcieńczona. Trzeba przyznać, że ta woda jest strasznie mądra, ponieważ część ludzi nie może zapamiętać swojego kodu pin do telefonu czy karty, a woda zapamiętuje to, jak działa płyn w niej rozcieńczony. No cud jak nic albo magia.

Jednak wciąż im dalej w las, tym więcej drzew i w tym momencie przechodzimy do mojej ulubionej teorii, na której opiera się homeopatia.

Homeopatia: zasada podobieństwa

Najlepiej do tego pasuje przysłowie, czym się strułeś, tym się lecz, ponieważ według zasad homeopatii substancje, które powodują objawy podobne do tych chorobowych, po rozcieńczeniu będą je leczyć. Teraz z polskiego na nasze. Każdy wie jakie efekty daje np. użądlenie przez pszczołę. Następuje obrzęk zaczerwienienie, ból. W myśl zasady podobieństwa, jeżeli z jadu pszczoły zrobimy „lek” homeopatyczny, to będzie on leczył choroby, której objawy podobne są do użądlenia przez tego owada.

Idąc dalej tokiem tego rozumowania do czego posłuży roztwór homeopatyczny zrobiony z alkoholu? Oczywiście odpowiednio rozcieńczony i zdynamizowany będzie leczył kaca albo zaburzenia równowagi. Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się. Jednak kluczowym słowem w całej tej teorii jest słowo podobieństwo, ponieważ objawy nie muszą być identyczne. Wystarczy, żeby były podobne. Czyli wyżej wymienionym roztworem jadu pszczoły można wyleczyć różyczkę, bo przecież i jedno, i drugie powoduje zaczerwienienie.

Dawki leków

Warto wspomnieć jeszcze o pojęciach dawek, które funkcjonują w medycynie. Otóż zacznijmy od dawki minimalnej. Jest to minimalna ilość substancji aktywnej, która daje nam efekt działania na organizm człowieka. Dalej mamy dawkę leczniczą, która jest optymalna dla naszego ciała i wywołuje zamierzony efekt leku, oraz dawkę toksyczną i śmiertelną. Czyli takie, które wywołują skutki uboczne lub też śmierć.

Jak można się łatwo domyślić dawka środka w „leku” homeopatycznym jest znacznie poniżej dawki minimalnej, a w niektórych przypadkach wręcz nie można stwierdzić, że dana substancja jeszcze jest obecna w roztworze.

DALSZA CZĘŚĆ TEKSTU POD GALERIĄ

10 wczesnych symptomów choroby Alzheimera, których możesz nie dostrzegać

Homeopatia: podsumowanie

Ech naprawdę w tym momencie zastanawiam się, czy ludzie produkujący takie środki naprawdę w to wierzą i uznają za prawdę objawioną, czy po prostu chcą wyciągnąć od ludzi pieniądze. Osobiście nie wiem i nie jestem pewien, która z tych opcji bardziej mnie przeraża. Wiem za to, co najbardziej mną wstrząsnęło. Mianowicie chodzi o fakt, że ludzie wykształceni medycznie, mam oczywiście na myśli lekarzy, przypisują swoim pacjentom takie środki jako leki. Sam w dzieciństwie na przeziębienie brałem Oscillo, które moja mam kupiła w aptece, a którego nie można nazwać inaczej jak kulkami cukru nasączonymi wodą destylowaną, którą potrząsała jakaś maszyna.

Przeraża mnie fakt, że „leki” homeopatyczne sprzedawane i przypisywane są jak normalne lekarstwa, które muszą przechodzić rygorystyczne badania skuteczności i nie tylko. Zastanawiam się dodatkowo, co kieruje takim lekarzem, który widząc dziecko z grypą, zaleca rodzicom właśnie taki specyfik. Owszem nie jestem lekarzem, ale mam odrobinę zdrowego rozsądku i wiedzy medycznej, żeby wiedzieć, że woda z cukrem nie leczy. Nie ważne ile razy była wstrząsana.

Skuteczność homeopatii

Dodatkowo same badania opublikowane w magazynie Lancet wykazują, że „leki” homeopatyczne wykazują taką samą skuteczność co placebo. Wiec co tak naprawdę nas leczy? Środek, za który musieliśmy zapłacić w aptece, czy nasz mózg, który spodziewa się danego efektu i go wywołuje.

Co bardziej spostrzegawcze osoby zauważą, że za każdym razem, gdy używałem stwierdzenia lek homeopatyczny, to słowo lek było zawarte w cudzysłów. Nie jest to oczywiście dzieło przypadku, ponieważ moim zdaniem tego typu środki nie powinny być traktowane jako leki. To bardziej przypomina suplement diety, który i tak zadziała, jeżeli my tego oczekujemy, czyli w jakichś 50% przypadków. Dlatego jakim prawem stawia się niemalże na tej samej półce przebadane środki, których działanie potwierdzone jest szeregiem badań i kapsułki z cukru, które ktoś nasączył wodą destylowaną? Oczywiście każdy ma prawo wierzyć w co chce i nie mam zamiaru nikomu tego prawa zabierać, ale nazywanie czegoś takiego lekiem jest zwyczajnie nieetyczne, a tym bardziej przepisywanie takich środków przez lekarzy jako lekarstwa.

Karol Zaborowski
Redaktor portalu Pikio.pl. Absolwent ratownictwa medycznego na Uniwersytecie Medycznym w Lublinie. Człowiek ciekawy świata, komentujący to, co go otacza.

ZOBACZ TAKŻE:

  1. Chudolińska: Pani Martyno – pracuję dla pieniędzy
  2. Guziewska: Pewna przykra amputacja
  3. Pilecki: Konwencja PiS, czyli jak zniekształca się pojęcie wolności

9 wczesnych objawów raka, które wszyscy ignorują

Zobacz również