Zbigniew Wodecki odszedł z tego świata półtora roku temu. Był to nieprawdopodobny cios dla artystycznego świata, który stracił jednego ze swoich najwybitniejszych przedstawicieli. Po tych kilkunastu miesiącach od jego śmierci możemy zdecydowanie lepiej poznać to, jak wyglądało życie mistrza.

Zbigniew Wodecki pozostawił po sobie lukę, której nikt nigdy nie będzie w stanie zapełnić. Życie artysty pełne było zbiegów okoliczności i ciężkiej pracy, które wspólnie doprowadziły go na sam szczyt. Nie oznacza to jednak, że w jego życiu wszystko było tak kolorowe.

Zbigniew Wodecki był zawiedziony swoim życiem?

Śmierć Zbigniewa Wodeckiego stała się dla pewnych osób możliwością, do prześwietlenia życia legendarnego muzyka. Jedną z nich stał się Kamil Bałuk, współautor książki „Wodecki. Tak mi wyszło”. Udało mu się dotrzeć do wielu ważnych chwil z perspektywy artysty, które jednak nie zawsze należały do tych najlepszych.

– A ja chciałem (…) sprawdzić, czy uda mi się znaleźć Wodeckiego, który o coś walczył, miał marzenia, które się nie spełniły. I okazało się, że miał je niemal w każdej dekadzie życia. Może nawet znalazłem tych niespełnionych marzeń aż za dużo, bo Wodecki w moim reportażu bywa często smutny i zawiedziony. Jako publiczność takiego go nie znaliśmy – powiedział Bałuk w rozmowie z Olgą Gitkiewicz.

W życiu Zbigniewa Wodeckiego było wiele zbiegów okoliczności, które pozwoliły mu zaistnieć w kluczowych momentach kariery. Jednak często zderzało się tak, że były one jednocześnie przytłaczające. Tak było na przykład z wielkim hitem „Chałupy welcome to”.

– W połowie lat osiemdziesiątych Irena Santor odrzuciła propozycję nagrania tej piosenki. Akurat Wodecki był z nią w trasie i przyjął tę propozycję, bo on akceptował rzeczy, które do niego przychodziły. I znowu hit. Tylko że znowu to nie jego kompozycja. To go musiało trochę denerwować  skomponował setki piosenek, a najbardziej znany pozostał z tych napisanych przez kogoś innego – opowiada Bałuk.

DALSZA CZĘŚĆ TEKSTU POD GALERIĄ

Żona Wiśniewskiego wyjawiła prawdę o ich związku. Tego się nie spodziewaliśmy!

Zbigniew Wodecki pogodził się z tym przed śmiercią

Zbigniew Wodecki od jakiegoś czasu był już pogodzony z wieloma rzeczami, ale wolał nie mówić o tym głośno.

– Niektórzy jego znajomi nie mogli znieść tego, że Wodecki jest utalentowanym kompozytorem, fenomenalnym multiinstrumentalistą, a ludzie znają go tylko z Pszczółki Mai, i uważają, że nie jest w stanie tworzyć rzeczy artystycznie śmiałych. I Wodecki się w końcu z tym pogodził. Przestał je robić – dodaje autor książki.

Kamil Bałuk zdradził również, jak wyglądały ostatnie chwile mistrza.

– Kiedy poszedł na zabieg do szpitala, odwołał tylko kilka najbliższych koncertów. Chociaż rekonwalescencja powinna trwać kilka tygodni, Wodecki czwartego dnia po operacji planował występ. Kładł się do szpitala i jeszcze dzwonił do Rafała Stępnia, z którym pracował nad płytą Dobrze, że jesteś, żeby zmienił tonację w jakiejś piosence i że już zaraz wraca i nagrywa wokale. Płyta wyszła, ale po jego śmierci. Zgarnął na koniec dwa Fryderyki, zdobył pierwsze miejsce na liście Trójki, położył się na chwilę do szpitala. I tak się to skończyło. W biegu. Na szczycie – można przeczytać na portalu Gazeta.pl.

ZOBACZ TAKŻE

  1. Tego nikt nie wiedział o Janie Pawle II. Szokujące fakty z przeszłości 
  2. Dlaczego Rodowicz to robi? Wszyscy zachodzą w głowę 
  3. Dramatyczne i smutne wyznanie Bończyk. „Nigdy mi to nie wyszło” 
  4. Znaki zodiaku, które są prawdziwymi BESTIAMI w łóżku

Kuba Wojewódzki ukrywał to przez lata! Teraz odkrył się przed światem