Wybory samorządowe, które odbędą się pod koniec października, wzbudzają ogromne emocje, także moje, choć ani nie będę w nich uczestniczył, ani głosował. Wśród obietnic, milionów rzuconych na wiatr słów i niezwykle smacznej wyborczej kiełbaski moją uwagę przykuwa inna rzecz, a mianowicie dwukadencyjność.

Władza centralna odgrywa w naszym kraju bez wątpienia największą rolę. Mówię tutaj oczywiście o Radzie Ministrów i jej Prezesie, który faktycznie kieruje państwem i podejmuje najważniejsze z punktu widzenia jego stabilności, obronności, funkcjonowania i w ogóle istnienia decyzje.

Premierem zostaje zwykle lider zdobywającego większość w Sejmie ugrupowania lub największej partii koalicyjnej. Wyjątek stanowią rządy PiS. Zarówno w 2005, jak i 2015 roku na fotelu premiera nie zasiadał Jarosław Kaczyński (w pierwszym rządzie ostatecznie objął tę funkcję, ale na krótko i po zastąpieniu Kazimierza Marcinkiewicza). Ostatecznie ugrupowanie Kaczyńskiego słynie z odstępowanie od ustalonych konwenansów i precedensów i pomimo początkowego szoku, przestaje to dziwić. Nie ważne, przejdźmy do sedna sprawy.

Nie miałem pisać przecież o władzy centralnej, ale jak inaczej zacząć, jeśli to ona decyduje o wszystkim, co się w Polsce dzieje?

Wybory samorządowe i nieszczęsna dwukadencyjność

Zaplanowane na 21 października wybory są w tym roku niezwykle medialne, głównie za sprawą walki Zjednoczonej Prawicy o przejęcie władzy w Warszawie. Można odnieść wrażenie, że nie liczy się nic innego, oprócz Patryka Jakiego i odejścia ze stołecznego ratusza Hanny Gronkiewicz-Waltz.

Kilka miesięcy temu natomiast przyjęta została nowelizacja Kodeksu Wyborczego, która wprowadza szereg bardzo ważnych zmian, z których najgłośniejszą było zarezerwowanie głosowania korespondencyjnego dla niepełnosprawnych. Jest to jednak bez znaczenia w porównaniu do drastycznego odebrania mieszkańcom polskich miast i wsi wolności wyboru władzy regionalnej.

Chodzi mi o dwukadencyjność wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, której początek wyznaczą przyszłe wybory samorządowe. O ile w przypadku prezydenta RP, którego faktyczna rola polityczna jest nieznaczna, mogę się zgodzić na takie rozwiązanie, to jest to dla mnie nie do przyjęcia na stopniu lokalnym.

Już sama zmiana pokazuje, jak bardzo nieznaczące są samorządy, jeśli Sejm może decydować o takich sprawach za nie. Dwukadencyjność jest poważnym ograniczeniem mieszkańców regionów do samostanowienia i wyboru własnych, stabilnych władz.

Dlaczego jedynie Rada Ministrów ma mieć prawo do długoletnich rządów? Czyżby Prawo i Sprawiedliwość było zazdrosne o cieszących się popularnością przez kilka kadencji włodarzy, niepochodzących z jego środowiska, jak w Gdańsku, Warszawie i Krakowie? I dlaczego w takim razie chce odebrać samemu sobie taką możliwość?

Nie ma nic złego w długim rządzeniu, a jest to moim zdaniem nawet coś pozytywnego. Stabilność i ciągłość – to charakteryzuje dobre republikańskie rządy (nie mówię, że którykolwiek z rządów, które do tej pory mieliśmy, był dobry).

Agresywna i nieracjonalna centralizacja, strach przed regionalizmami i tradycyjnym polskim konfederacjonizmem przerażają mnie i martwią. Jeśli komuś się wiedzie, dlaczego odbierać mu szansę wypełniania posługi obywatelom jedynie w imię przeterminowanego „pluralizmu”? Nie o to chodzi we władzy i politycznych strukturach, by rozdawać je niczym prezenty każdemu, tylko dlatego, że ma do tego prawo.

Mikołaj Pilecki

Reaktor Pikio.pl, a z zamiłowania krytyk życia polityczno-społecznego. Nie głosuję i jak na razie nie zamierzam. Upolitycznienie wszelkich sfer życia jest patologią.

ZOBACZ TAKŻE:

  1. Odyniec: Metoda na wnuczka. Tekst-kampania społeczna
  2. Wieczorek: Gdzie się kończy wolność słowa? O książce, która nawet dla…
  3. Pilecki: Polityka i młodzi. Co z nimi nie tak?

Zobacz również