Molestowanie seksualne bardzo często dotyka przedstawicieli oraz przedstawicielki różnych grup zawodowych. Chciałam dziś jednak nieco czasu poświęcić temu, jak wygląda napastowanie, z którym można się spotkać podczas funkcjonowania w mediach jako redaktor lub dziennikarz. Nie chodzi mi oczywiście o miejsce pracy, w którym nikt nie zgodziłby się nigdy na podobnie oburzające praktyki, o czym jestem całkowicie przekonana. Warto jednak zaznaczyć, że takie sytuacje zdarzały się już w naszym kraju. Kto bowiem nie pamięta oskarżeń, które wysuwały pracownice chociażby TVN lub „Krytyki politycznej”? 

Ja zajmę się jednak raczej tematem internetowego odbioru tych, którzy dziennikarzami dopiero się stają lub są już nimi od wielu lat. W sieci bowiem nie potrzeba tego zadziwiającego, oburzającego rodzaju odwagi i pewności siebie, który popycha do czynienia seksistowskich uwag prosto w twarz. Łatwiej jest pozostać anonimowym, a co za tym często idzie – bezkarnym.

Wyrastanie na osobę publiczną jest ponoć naturalnie związane ze sporym ryzykiem. Ja, pomimo charakteru mojej pracy, nigdy osobą publiczną i rozpoznawalną się nie czułam. Mam nawet cichą nadzieję, że tak już pozostanie. Przez wiele lat sama powtarzałam sobie, iż chciałabym nie być oceniana jedynie przez pryzmat wyglądu, a ciężkiej pracy, którą każdego dnia wkładam w osiąganie postawionych sobie celów. W mediach bardzo łatwo jest jednak zdecydować się na odpuszczenie, odejście, przebranżowienie, gdyż małe zdjęcie oraz krótki opis pod artykułem wystarczy, aby stać się zadziwiającym obiektem, po który ktoś będzie próbował sięgnąć jak po zabawkę.

Tak, te komentarze to też molestowanie

Niestety ja także doświadczyłam przypadków molestowania. Nie chcę bać się używać tego słowa. Otrzymywałam ohydne wiadomości, obrzydliwe propozycje, snuto na moim prywatnym koncie na Facebooku pseudo-seksualne wizje ze mną w roli głównej. Pisano komentarze, ale także zwracano się do mnie na niezwiązanym z pracą zawodową profilu na portalu społecznościowym. Ktoś zadał sobie trud, aby odnaleźć mnie na Facebooku i opisać swoje fantazje. Ta determinacja wręcz mnie szokuje.

Tak, dziś wciąż jestem zadziwiona, jednak nauczyłam się wypierać to z głowy. Na początku mojej medialnej przygody, więc wcale nie tak dawno temu, po prostu się bałam, co było chyba w pełni uzasadnione. Próbowałam przed tym uciekać, nie czytać. Wtedy jednak dostawałam telefony od bliskich, którzy zmartwieni radzili mi, abym znalazła spokojną pracę, gdzie nikt nie będzie mi kazał „pokazać cycków” i „wylizywać śmietany” z wiadomej części ciała. Tak, to autentyki. Dla chętnych mam nawet screeny, które zachowałam na niechlubną dla autorów pamiątkę.

Z czasem nauczyłam się jednak całkowicie nie przejmować podobnymi docinkami, propozycjami, zaproszeniami i niby-seksualnymi wizjami pewnej grupy czytelników. Pomogło mi przede wszystkim najbliższe otoczenie, w tym oczywiście znajomi z redakcji, którzy bardzo wspierali mnie w pokonaniu strachu przed powrotem do pisania otwarcie, bez lęku i zastanawiania się, co usłyszę o sobie tym razem. Na duchu podniosło mnie także wielu rozsądnych internautów, stanowczo stających w mojej obronie. Nie dlatego, że ja to ja. Dlatego, że jak każdy człowiek zasługuję na zachowanie ludzkiej godności i szacunek.

Molestowanie w mediach: skala oburzającego zjawiska

W czasie licznych rozmów na ten temat dowiedziałam się jednak, że prawie wszystkie moje koleżanki mają dokładnie ten sam problem. Nie wiem, czy męska część znajomych także się z tym boryka, gdyż żaden z kolegów nie wspominał o podobnych sytuacjach. Jestem jednak przekonana, iż musiało do nich dochodzić i jest to równie oburzające oraz obrzydliwe. Chamstwo niektórych ludzi zapewne nie pozostawia w tej kwestii wyjątków. Problem okazuje się więc dużo bardziej powszechny, niż uprzednio mi się wydawało.

Można sądzić, że trudno jest znaleźć w sobie odwagę, aby przekazywać ludziom własne poglądy. Jak się jednak okazuje, jeszcze większe obciążenie stanowi ostateczne pokazanie pod nimi swojej twarzy. Nie jest to jednak typowy syndrom strachu przed reakcją i wejściem w dyskusję. Mój lęk, a później przede wszystkim także złość, skupiały się na tym, że wielu osób nie obchodziło, co mam do powiedzenia. To wszystko jedynie przez małe, umieszczone pod tekstem zdjęcie, o którym lepiej było porozmawiać.

Nie wiem, jak odczuwają to inni redaktorzy i redaktorki, dziennikarze i dziennikarki. Dla mnie było to uczucie poniżające, uprzedmiotawiające, niszczące wizję świata roztoczoną przez moją mamę, w której każda kobieta może sięgnąć po to, o czym marzy, nie dzięki wyglądowi i towarzyskiemu lawirowaniu, a dzięki ciężkiej pracy, nieprzespanym nocom, kompetencjom, zdobywaniu wykształcenia oraz pokładom sił odnajdowanych wtedy, kiedy już nie wiadomo, gdzie ich szukać. Pokładach znajdujących się nie w życiowym partnerze, ładnych prezentach i bajecznym życiu, a w samej sobie, gdzieś bardzo głęboko.
Żałuję, że ja tej siły nie mogłam znaleźć od razu. Musiałam do niej troszkę dorosnąć, dojrzeć, lepiej poznać siebie. Chociaż sądzę, że znaczna większość z nas jest w stanie to zrobić, pragnę wyartykułować jedną, ważną myśl.

Molestowanie to „niewinne żarty”? Bzdura!

Fakt, iż po jakimś czasie zaczynamy sobie radzić z napastowaniem, nie oznacza, że nie powinno ono stać się czymś realnie piętnowanym. To, że nauczyłam się nie myśleć o szokujących komentarzach na swój temat, nie usuwa problemu. Wciąż borykam się z nim ja i miliony innych osób. Obrzydliwe, ohydne, uprzedmiotawiające, pseudo-seksualne wiadomości, które otrzymuje zapewne większość osób zatrudnionych w mediach, są po prostu niedopuszczalne i godne najwyższej pogardy. Dyskutujmy o przekonaniach, racjach, argumentujmy oraz rozwijajmy się przez to do granic, które chyba w sumie nawet nie istnieją. Rozwijajmy się więc bez końca. Nie opierajmy jednak negacji czyichś słów na seksistowskich twierdzeniach, mających sprowadzić drugą osobę do kategorii bezmyślnego przedmiotu.

To, co w internecie, wcale nie pozostaje w internecie. Przypadki podobnej formy napastowania najczęściej bolą i ranią ofiarę jedynie na początku. Tym, kto naprawdę sam i na własne życzenie upokarza się w tej sytuacji, jest osoba artykułująca podobny, obrzucający bełkot, którego nikt naprawdę nie chce słuchać.

Czy nic już się nie zmieni?

Mam nadzieję, że już wkrótce obudzimy się w świecie, w którym dziennikarki i dziennikarze nie będą musieli z lekkim obrzydzeniem i lękiem sprawdzać skrzynki mailowej, wiadomości na prywatnych profilach na portalach społecznościowych, komentarzy pod tekstem. Naprawdę nie interesuje mnie, że dla kogoś moja twarz, którą zobaczy na awatarze, jest mniej lub bardziej atrakcyjna i już ma plan, co zrobiłby z moim tyłkiem. Marzę jedynie o tym, aby zaczynająca swoją przygodę z mediami młoda osoba nie wystraszyła się jak ja, kiedy po raz pierwszy dowiedziałam się, na jak wymyślne sposoby ktoś chciałby mnie gwałcić. Mnie, moich współpracowników, kolegów, przyjaciół, ale także innych ludzi w branży, których to także zapewne nie ominęło. Spotkajmy się i porozmawiajmy o polityce, gospodarce, sytuacji międzynarodowej, nie o mojej fryzurze. Możemy się nawet pokłócić, i tak będę wdzięczna oraz odetchnę z ulgą.

ZOBACZ TAKŻE:

  1. Pilecki: Wybory samorządowe; dwukadencyjność i co o niej uważam
  2. Odyniec: Metoda na wnuczka. Tekst-kampania społeczna
  3. Zaborowski: Jak łatwo zapomnieć o bezpieczeństwie na wakacjach

Gwiazdy, które zostały oskarżone o gwałt lub molestowanie [ZDJĘCIA]


Gwiazdy, które zostały POBITE. Kim byli sprawcy? [ZDJĘCIA]

loading...

Zobacz również