Sytuacja polityczna w Turcji coraz bardziej się pogarsza. Przed referendum, w którym obywatele zadecydują, czy chcą oddać niemal nieograniczoną władzę prezydentowi Erdoganowi, skrajnie nastawione frakcje zaczynają coraz mocniej się ścierać. Część chce zakończenia wojny z ISIS, część wzywa do wykorzystania tego, by rozpocząć wojnę… z Europą.

Prorządowe media, muzułmańscy przywódcy religijni oraz zwykli obywatele – wszyscy jednym głosem mówią o zakończeniu walk z ISIS. Jak się okazuje, nie chodzi wcale o straty osobowe, czy materialne, a o zaprzestanie udzielania pomocy Europie. Daleko posunięci ekstremiści twierdzą nawet, że Ergodan powinien zdecydować się na użycie swojej armii i broni przeciwko państwom kontynentu oraz zagrożeniom wewnętrznym, czyli w największej mierze Kurdom.

„Nie jesteśmy strażą graniczną Europy, oddziałem antyterrorystycznym, ani agencją powstrzymywania napływu uchodźców” – grzmią tureckie media. W społeczeństwie zaczynają się pojawiać coraz szersze tendencje izolacyjne względem Europy oraz niechęć do jakiejkolwiek formy współpracy. Turkowie mówią bowiem, że czują się wykorzystani przez inne państwa i nie zamierzają dalej się na to zgadzać.

„Jest wielki, historyczny, podły plan zaatakowania nas, który widzimy w Niemczech, Holandii, Szwajcarii i prawie całej Europie. Musimy się przygotować na wszelkie formy obrony, w tym z użyciem broni jądrowej. Zachodni świat jest stary i pogrąża się w stagnacji. Nie jest tak silny i zdeterminowany jak po dwóch wojnach światowych. Przyszłość świata ukształtuje się w konfrontacji między Wschodem i Zachodem” – piszą tureckie media, usiłując coraz silniej rozszerzać antyeuropejską propagandę. Podobne słowa padają z ust tamtejszych imamów.

Sytuacja jest o tyle niebezpieczna, że nawoływania brzmią jak podżeganie obywateli do rozpoczęcia kolejnej wielkiej wojny. Na razie muszą oni jednak zdecydować o najbliższej przyszłości, co dokona się już 16 kwietnia podczas referendum.

...

Zobacz również