Sprawa porwanej przez handlarzy ludźmi modelki Chloe Ayling, która wstrząsnęła światową opinią publiczną, zdaje się coraz bardziej komplikować. Śledczy odkryli bowiem kilka rozbieżności w zeznaniach ofiary oraz oprawcy polskiego pochodzenia, a także nowe fakty z przeszłości, które mogą wskazywać na fakt, iż w rzeczywistości nie doszło do żadnego porwania.

Historia przedstawiona przez modelkę i młodą mamę była naprawdę tragiczna, więc od razu poruszyła serca tysięcy ludzi współczujących jej koszmaru, przez który przeszła. Śledczy podeszli jednak do sprawy w bardzo obiektywny, chłodny sposób, starając się ustalić oficjalną i przede wszystkim prawdziwą wersję zdarzeń. Jak się bowiem okazuje, jest ona dużo bardziej skomplikowana, niż mogło się początkowo wydawać.

Pierwszym faktem, który zadziwił osoby badające sprawę, był ten mówiący o wypuszczeniu Ayling, ponieważ ma ona małe dziecko. Dla wielu osób nie jest prawdopodobne, aby taki argument przekonał porywaczy, którzy na co dzień zajmują się sprzedażą kobiet. Poza tym, jak się okazało, w czasie przetrzymywania modelki przez oprawców, zabrali ją oni na zakupy oraz na śniadanie w restauracji, podczas których miała ona wiele okazji, aby uciec albo poprosić o pomoc. Kobieta jednak nie zdecydowała się na żaden z tych kroków.

Problemem dla śledczych są także rozbieżności w zeznaniach na temat liczby napastników oraz wątpliwość związana z tym, jak porywacze mogli wstrzyknąć modelce środki odurzające, skoro miała na sobie skórzaną kurtkę. Oprócz tego polski porywacz twierdzi, że między nim i ofiarą doszło do zbliżenia seksualnego, a kobieta stanowczo temu zaprzecza.

Być może właśnie z tych powodów Ayling straciła chwilowo paszport i nie może wrócić do Wielkiej Brytanii, skąd pochodzi. Czas pokaże, co ostatecznie ustalą zajmujący się sprawą funkcjonariusze.

ZOBACZ TAKŻE

...

Zobacz również