Egzamin na prawo jazdy to w Polsce prawdziwy koszmar. Trasy egzaminacyjne wyjątkowo często zahaczają o źle oznakowane „miejsca pułapki”, a podczas manewrów egzaminatorzy nierzadko czepiają się nawet kilku centymetrów.  To ma się jednak zmienić.

Już pod koniec 2015 roku Najwyższa Izba Kontroli wzięła pod lupę polskie egzaminy na prawo jazdy. Okazuje się, że zdanie w Polsce jest w porównaniu z resztą Europy piekielnie trudne. I nie chodzi wcale o to, że na drogi wypuszczamy jedynie najlepszych kierowców.

Przygotowane przez NIK wykresy jasno pokazują, że choć zdanie egzaminu jest u nas nie lada wyzwaniem, to poziom bezpieczeństwa na drogach pozostaje żałośnie niski. Co więcej, młodzi kierowcy – do 24 lat i stażem do 2 lat – są w Polsce sprawcami co piątego wypadku drogowego. Na niskiej zdawalności nie korzysta więc absolutnie nikt, oczywiście poza samymi ośrodkami egzaminacyjnymi.

Średnia zdawalność egzaminu praktycznego a bezpieczeństwo na drogach

Dlaczego tak się dzieje? WORD-y po prostu muszą oblewać kursantów, bo inaczej zwyczajnie by zbankrutowały. 88% ich przychodów stanowią wpływy z egzaminów, z czego aż 70% to dochody z egzaminów poprawkowych.

NIK zwraca też uwagę na zastanawiająco duże rozbieżności pomiędzy wskaźnikami zdawalności w poszczególnych ośrodkach: od lat najniższymi w Koszalinie i Łodzi – 23 proc., a najwyższymi w Ostrołęce – ok. 53 proc.

Teraz jednak ten patologiczny system ma się zmienić. Po reformie całość opłat egzaminacyjnych będzie wpływać do budżetu państwa, a dopiero z tej puli WORD-om wypłacane byłyby odpowiednie środki na utrzymanie i działanie. Innymi słowy – ośrodkom przestanie się opłacać celowe oblewanie kursantów.

https://www.youtube.com/watch?v=wa0gzZDw9L4

...

Zobacz również