W Norwegii także kobieta może być duchownym chrześcijańskim. Powszechne jest w tym kraju i nie wzbudza kontrowersji fakt, że na takich stanowiskach jak biskup można spotkać nie mężczyznę, a kobietę. Choć do Norwegii nie mamy daleko, takich schematów w Polsce się nie stosuje i chyba nikt o tym nawet nie myślał.

Stąd też porządnie zdziwieni musieli być mieszkańcy wsi Tomkowa na Dolnym Śląsku, kiedy zjawiła się u nich kolęda. Okazało się bowiem, że do ich drzwi wcale nie pukał ksiądz proboszcz Andrzej Walów, a jego dwie wysłanniczki.

Wraz z ministrantami po kolędzie chodziły bowiem pani Dorota i pani Marysia. Panie, które zajmują się kolejno kuchnią na plebanii w Tomkowej i sprawują funkcję kościelnej. Panie przez dwa dni – w niedzielę i poniedziałek – odwiedzały domy w Tomkowej. Jak twierdzą mieszkańcy, kobiety błogosławiły domy i zbierały pieniądze w kopertach.

Dlaczego to dwie pomocnice proboszcza chodziły po domach z kolędą? Okazuje się, że ksiądz Walów się rozchorował i nie mógł ruszyć się z plebanii. Nie chciał jednak, by pieniądze z kolędy przepadły, dlatego nakazał kucharce i kościelnej pójść w wieś. Rozwiązanie to nie spodobało się mieszkańcom.

 – Pani Marysia i pani Dorota chodziły za księdza 16 i 17 stycznia, pobierały koperty oraz święciły ludziom domy bez jakichkolwiek uprawnień – donoszą mieszkańcy Tomkowej.

Kobiety miały zszokować wiernych swoim zachowaniem. Jeszcze w ich domach wyciągały pieniądze z koperty przy ludziach i zapisywały w zeszycie, kto ile dał. Jak tłumaczyły, nie chciały by ksiądz pomyślał, że wzięły coś dla siebie. Ponadto musiały obliczyć ile datków dali wierni. Proboszcz do 28. stycznia musi bowiem rozliczyć się z podatku dla biskupa.

Część wiernych zbulwersowała się sytuacją do tego stopnia, że zgłosiła się do kurii. Skarżyli się biskupowi na to, co dzieje się w Tomkowej i doprowadzili do tego, że hierarcha nakazał proboszczowi kolędę odwołać. Ksiądz Walów już został wezwany przez biskupa „na dywanik”.

pt

...

Zobacz również