Chociaż historia ta zdaje się wręcz nieprawdopodobna, niestety wydarzyła się naprawdę. 12-letni Boguś chory na ostrą białaczkę limfoblastyczną miał ogromne szanse na wyzdrowienie. Rodzice, zamiast na chemioterapię, zabrali go jednak do ośrodka medycyny niekonwencjonalnej, gdzie leczono chłopca… witaminami. Tam też zmarł na ich oczach.

Ośrodek Terapii Niekonwencjonalnej w Piwnicznej prowadzony przez inżyniera mechanika z Nowego Sącza Ryszarda K., wciąż przyciąga niestety tłumy pacjentów w każdym wieku. Tam także trafił 12-letni Boguś, który w tym samym czasie powinien był przechodzić bardzo poważne leczenie w szpitalu. W ośrodku walczono z jego białaczką amigdaliną, nazywaną witaminą B17, która nie dość, że nie leczy, to wydziela w organizmie trujące substancje. Za trzy tygodnie tego typu kuracji trzeba zapłacić nawet 13 tys. zł.

– My wiedzieliśmy, że jego dusza nie chce już żyć. (…) On miał przeżyć tyle. Dwa dni po swoich urodzinach odszedł. Zrobił, to co zrobił. Ja nie mogę powiedzieć, że to nie działa, bo on nie żyje. To nie o to chodzi. Oni nie żyje, bo miał nie żyć. Po prostu. Miał odejść – powiedziała o śmierci chłopca matka, która dobrowolnie zabrała go ze szpitala i pośrednio skazała na śmierć w ośrodku Ryszarda K. Sam uzdrowiciel stwierdził za to, że jego kuracja była w stanie uleczyć dziecko, jednak Boguś „poszedł z ojcem do lasu na grzyby, przeziębił się, bo buty przemoczył. No i jak się przeziębił, to posypało się wszystko”.

Ta przerażająca historia powinna być ostrzeżeniem dla wszystkich rodziców. Jak widać, skrajna nieodpowiedzialność może doprowadzić do ogromnego cierpienia oraz śmierci niewinnego człowieka, który naprawdę mógł zostać wyleczony.

 

...

Zobacz również