Polityka a młodzi to bardzo drażliwy temat. Z jednej strony utwierdza się nas w przekonaniu, że jak najwcześniej powinniśmy kształtować swoje poglądy i angażować się w najmniejsze nawet procesy decyzyjne, z drugiej przypomina nam, że ciągle mamy za mało doświadczenia. Są również osoby, które wciąż nazywają siebie młodymi, a które nie mają najmniejszej ochoty, by zabierać głos w debacie publicznej.

Tak się składa, że mam doskonały kontakt i długą historię znajomości z przedstawicielami obu tych grup. Znam lub w przeszłości znałem się z osobami należącymi do młodzieżówek partyjnych, stowarzyszeń, chodzących na wielotysięczne protesty, zbierających podpisy pod inicjatywami obywatelskimi. By już więcej nie opisywać każdego pojedynczego przypadku, powiem kolokwialnie, że mam po prostu kontakty w sporej ilości konkretnych środowisk politycznych.

Są to oczywiście środowiska złożone z młodych osób, które bywają ode mnie młodsze i to o kilka lat. Namawiano mnie nawet niegdyś, we wczesnym liceum na członkostwo w młodzieżówce. Przytomnie odmówiłem i do dziś mogę dumnie powiedzieć, że żadnej legitymacji oprócz PTTK i nieważnej studenckiej nie posiadam, a tym bardziej (tfu!) partyjnej.

Z dumą również stwierdzam, iż znam osoby, które moje wczesne zainteresowanie polityką wyśmiewały, by w czasie, w którym ja wyrosłem już z myślenia, że wiem wszystko najlepiej, zapraszać mnie na partyjne kółka wzajemnej adoracji.

Uprzejmie donoszę, że na żadnym z nich również się nie pojawiłem, a moje uczestnictwo w wydarzeniach politycznych przez całe życie ograniczyłem do jednego, otwartego spotkania z politykiem, Marszu Wolnych Konopi i demonstracji przeciwko prezydenturze pani Dilmy Rosseff (dawna prezydent Brazylii). Mogę powiedzieć, że w tym ostatnim przypadku odniosłem mały sukces, bo w wyniku impeachmentu została usunięta ze stanowiska.

Polityka to tylko narzędzie

Przedstawię teraz kilka wymyślonych naprędce sloganów, a ich ewentualna zgodność z którymkolwiek publicznie wykorzystanym hasłem jest przypadkowa: „Siła w młodych”, „Nowe twarze, nowa polityka”, „Idzie nowe pokolenie”. Tak w moim mniemaniu przedstawia się każda kampania prowadzona przez osoby politycznie młode, czyli wszystkie, które nie były dorosłe w momencie zniesienia PRL i przywrócenia tradycyjnej nazwy państwa. Takie przynajmniej mam wrażenie, bo jak się patrzy po telewizjach i stronach internetowych, to cały czas przewijają się te same twarze, co 10, 15, 20, a nawet 30 lat temu.

Co ciekawe pomimo wszystkich tych sloganów, mających na celu zachęcenie młodych do uczestnictwa w polityce, oni i tak idą do „sprawdzonych” ugrupowań, w których przy odrobinie lojalności i nieszczerości z własnym sumieniem można zgotować sobie niezłą posadkę. Nie o to chyba jednak chodzi, prawda? Wydaje mi się, że nie po to następuje zmiana pokoleniowa, by zasilić szeregi partii, przy jednoczesnym braku jakiejkolwiek zmiany jej wizerunku czy linii.

Nie jest przecież tak, że środowiska są poglądowo homogeniczne. Występują w nich frakcje, wewnętrzne zgrzyty, które często doprowadzają do rozłamu, ale to nie dla młodych – oni za mało wiedzą o przewałach i układach, by w ogóle się wychylać. Nowych ktoś weźmie pod skrzydło, pokaże, jak się robi, zaprowadzi za rączkę i wychowa. Młodsi członkowie partii są jedynie narzędziami do głosowania i nawet będąc już dorosłymi ludźmi, nie mogą zdobyć się na niezależność. Być może zburzyłoby to ich kosmologię, być może nie mają odwagi.

Wszystko to przez dyscyplinę partyjną i partie wodzowskie, za którymi niestety podąża wielu moich rówieśników. Co gorsza, system taki przyjął się również wśród zwykłych wyborców, którzy głosują na pamięć niżeli po dokładnym przeanalizowaniu możliwości. Niestety nadal panuje świadomość poddanego, który ma do wyboru panów, którzy swoją potęgą na pewno wszystko załatwią.

To w końcu za mało, czy nie?

Polityka opiera się na wieku i graniem nim. Niczym na podwórku, czy na wczesnym etapie nauki w szkole – starsi wiedzą lepiej, starsi wybierają do drużyny, ze starszymi się nie zadziera, starsi mają fajniejszą piłkę, etc. Dokładnie tak samo jest w Sejmie i Senacie. Nie bierze się to oczywiście znikąd. Od zawsze decydowali najstarsi, czy to w indiańskiej wiosce, afrykańskim plemieniu czy polskiej radzie miasta. Liczyła się estyma i doświadczenie.

Granica między decyzyjnością a byciem poza nią jest cienka i raczej płynna, bo pomimo tego, że posłem można zostać od 21 roku życia, senatorem od 30, a prezydentem od 35, nie znajdziemy jednak nigdzie żadnego przedstawiciela choć jednej z tych grup, który liczyłby się i nieznacznie przekraczał ich progi wiekowe. Pomimo zdania egzaminu wstępnego, wciąż muszą czekać na swój dzień, o ile w ogóle przyjdzie im go zaznać.

Polityka? – a co to?

Wielu moich znajomych, z którymi szczerze mówiąc wolę się spotykać, mało co wie na tematy, których odrobinę mogli zaznać na WOS-ie. Wtedy jednak także nie interesowały ich partie, uczestnictwo, zaangażowanie. W głębi mojego delikatnie anarchistycznego (nie-syndykalistycznego) serca cieszę się z tego, bo uważam, że oddanie się sprawie zabiera życie, a przede wszystkim młodość. Z drugiej jednak strony uważam, że wiedza taka jest potrzebna po to, by po prostu nie dać się zrobić w konia.

Niezależnie od stopnia, w którym młody człowiek jest częścią większej polityki, nie ma on wpływu na to, co się ostatecznie dzieje. Stoi za tym ślepe podążanie za liderem, przywiązanie do dyscypliny partyjnej, szybkie zdziadzienie pod wpływem sztywnego kodeksu moralnego narzuconego przez partię, w przypadku niezależnych środowisk zabetonowanie sceny, czy po prostu odrzucenie tego typu spraw z wyboru. Do tej ostatniej opcji coraz częściej się skłaniam.

Mikołaj Pilecki

Reaktor Pikio.pl, a z zamiłowania krytyk życia polityczno-społecznego. Nie głosuję i jak na razie nie zamierzam. Upolitycznienie wszelkich sfer życia jest patologią.

ZOBACZ TAKŻE:

  1. Zaborowski: Jak pacjenci sami tworzą kolejki do lekarzy
  2. Kossela: Bykowe i podatek od singli. Absurdalny powrót do przeszłości
  3. Pilecki: klasizm na lewicy

Zobacz również