Od początku kryzysu ukraińskiego nietrudno było zauważyć, że między Berlinem a Waszyngtonem istnieje ogromna różnica w podejściu do rosyjskiej agresji. Niemcom zdecydowanie nie podoba się rosnące zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w konflikt, gdyż w sposób naturalny zwiększa to obecność Amerykanów w polityce europejskiej. Działania Angeli Merkel nakierowane są na realizację długofalowej strategii, zgodnie z którą gwarantem stabilności w naszej części Europy będzie wspierane przez Francję porozumienie niemiecko-rosyjskie, a nie Amerykanie.

Osiągnięcie tego celu wymaga podważenia przywództwa Stanów Zjednoczonych w bloku zachodnim. Stąd zdecydowany niemiecki sprzeciw wobec zapowiedzi ewentualnego dozbrajania Ukrainy przez władze amerykańskie. Ambicje Niemiec łączą się z aspiracjami Rosji do odbudowania postsowieckiej strefy wpływów, które również są możliwe tylko po całkowitym wycofaniu się Stanów Zjednoczonych z Europy. Ta wspólnota interesów sprawia, że Berlin pozostaje „koniem trojańskim” Moskwy w strukturach zachodnich, sprzeciwiając się w jakiejkolwiek perspektywie integracji Ukrainy z NATO czy Unią Europejską.

Merkel przy wsparciu Hollande’a otwarcie dąży do zawieszenia broni na Ukrainie, czyli do utrwalenia rosyjskich zdobyczy na wschodzie. W ramach ustaleń z Moskwą mają zostać ustanowione linie demarkacyjne, faktycznie wyznaczając nową granicę między rozbieraną Ukrainą a Rosją, która wcale nie musi być ostateczna. Niemcy idą więc na rękę Rosji, co jest wymierzone w Stany Zjednoczone i czego koszty ponosi Kijów.

Zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w rozwiązanie konfliktu jest nie na rękę zarówno Moskwie, jak i Berlinowi. Amerykanie mają wystarczający potencjał, by w dłuższej perspektywie zatrzymać rosyjską ekspansję w obszarze postsowieckim. Rosjanie zdecydowanie bardziej woleliby dogadać się z Niemcami i dokonać swego rodzaju podziału stref wpływów w Europie, w ramach której Moskwa uzyskałaby wolną rękę na terenie byłego ZSRS. W takim układzie Niemcy pozbyłyby się Stanów Zjednoczonych z Europy, co automatycznie wzmocniłoby ich rolę na całym kontynencie.

Na tym tle szokuje brak aktywności polskiej dyplomacji, która nie uczestniczy w rozwiązywaniu konfliktu. Od samego początku kryzysu ukraińskiego Polska została wypchnięta z udziału w negocjacjach, przez co Ukraina jest dzisiaj zdana na łaskę porozumienia Niemiec, Francji i Rosji. Wiele zależy również od determinacji Stanów Zjednoczonych, dla których niestety priorytetem wciąż pozostają kwestie toczące się poza Europą.

Należy zwrócić uwagę, iż w zaistniałej sytuacji na drugi plan zszedł system wspólnej polityki zagranicznej Unii Europejskiej. Berlin i Paryż samodzielnie, bez jakiegokolwiek mandatu ze strony innych państw członkowskich, chcą dogadując się z Moskwą decydować o losie Ukrainy. Kryzys ukraiński pokazał nam ile rzeczywiście są warte unijne mechanizmy traktowe.

Bezczynność polskiej dyplomacji warto zderzyć z aktywnością śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego podczas konfliktu rosyjsko-gruzińskiego w 2008 r. W analogicznej sytuacji, kiedy prezydent Francji próbował na własną rękę rozmawiać z Rosją o przyszłości Gruzji, śp. Prezydent zdecydował się na porozumienie z innymi prezydentami państw naszego regionu i udanie się wraz z nimi do Tibilisi. Lech Kaczyński zdawał sobie sprawę z tego, że aby być podmiotem zarówno w ramach Unii Europejskiej jak i w relacjach z Rosją, Polska musi odgrywać rolę czynnika jednoczącego Europę Środkową i Wschodnią.

Układ stosunków międzynarodowych zmierza w kierunku bardzo niekorzystnym dla naszych interesów narodowych. Bierna dyplomacja rządu PO-PSL oraz prezydenta Komorowskiego sprzyja temu, by o losie Europy decydowały ustalenia Angeli Merkel i Władimira Putina. Należy docenić aktywność oraz odwagę małej Litwy, która w tej sytuacji zdecydowała się samodzielnie sprzedawać broń Ukrainie, mimo braku wsparcia w Polsce i przy sprzeciwie Niemiec.

...

Zobacz również

Radny Powiatu Piaseczyńskiego z listy PiS i jeden z liderów Forum Młodych Prawa i Sprawiedliwości. Student prawa na UKSW.