Mordor na Domaniewskiej jest już niemal legendarnym zagłębiem korporacyjnym znanym w całej Polsce. Nazwa nawiązująca do opowieści Tolkiena ma związek z ciągłymi korkami komunikacyjnymi wokół biurowców. Znalazła się jednak osoba, która ma na to sposób. Problem w tym, że jest on nieco… kontrowersyjny. 

Mordor na Domaniewskiej jest zagłębiem korporacyjnym w Warszawie, które przez ostatnie miesiące stało się sławne w całym naszym kraju. Nie jest to jednak rozgłos pozytywny. Swoją nazwę nawiązującą do opowieści Tolkiena zawdzięcza złą infrastrukturą komunikacyjną, przez którą wokół licznych biurowców tworzą się niewyobrażalne korki i zatory. Do tej pory nikt nie znalazł skutecznego sposobu, by tę sytuację poprawić, pojawił się jednak pewien pomysł. Ma on szansę udrożnić drogi dojazdowe do Mordoru, lecz jest jednocześnie nieco kontrowersyjny i nie wszystkim się podoba.

Mordor na Domaniewskiej siedliskiem młodych „orków”

Mordor na Domaniewskiej swoją wdzięczną nazwę, zaczerpniętą prosto z powieści J.R.R. Tolkiena, zawdzięcza tragicznej sytuacji komunikacyjnej na drogach wokół siebie. Liczne biurowce wiecznie otoczone są przez tysiące samochodów stojących w kilometrowych korkach. Dodatkowo młode osoby pracujące na tym terenie (87% pracowników mieści się w przedziale 20-35 lat) nazywane są często orkami ze względu na stereotypy. Według nich są oni młodymi, ambitnymi korpo-szczurami, które wciąż są przepracowane, pracują na nadgodziny, a to odbija się na ich życiu prywatnym.

Sama nazwa wprawdzie nie jest oficjalna, jednak przyjęła się już nie tylko w codziennym języku stolicy, ale i w całym naszym kraju. Pojawiły się nawet oficjalne oznaczenia korporacyjnego zagłębia w postaci tabliczek, jednak zostały zdjęte przez służby. Niemniej teren pod tą nazwą rozpoznawany jest nawet przez Google Maps.

Kontrowersyjny sposób na poprawę sytuacji Mordoru

Mordor na Domaniewskiej jest jednym z największych osiedli biurowców w Warszawie oraz w całym kraju, jego budowa jednak nie szła w parze z rozwojem sąsiadującej z nim infrastruktury komunikacyjnej. Właśnie przez to wokół terenu bezustannie tworzą się ogromne korki oraz nieustający ścisk w komunikacji publicznej. Pomysłów na rozwiązanie problemu było już wiele, jednak do tej pory żaden z nich nie przyniósł oczekiwanych rezultatów.

Nowe, nieco kontrowersyjne rozwiązanie na rozładowanie najbardziej zakorkowanego obszaru w Warszawie przedstawił w rozmowie z Innpoland.pl prof. Tomasz Komornicki z Zakładu Przestrzennego Zagospodarowania PAN. Jego zdaniem zbawienne mogłoby być połączenie poruszania się samochodem z transportem publicznym. Twierdzi, że sama rezygnacja z prywatnego auta nie przyniesie żadnych korzyści.

DALSZA CZĘŚĆ TEKSTU POD GALERIĄ

Kiedyś wielkie gwiazdy telewizji, a dziś? [ZDJĘCIA]

– Twierdzenie, że ruch uda się odciążyć wyłącznie poprzez skłonienie ludzi do korzystania z transportu publicznego, jest nierealistyczne. Ci ludzie powinni w odpowiednich miejscach przesiadać się ze swoich samochodów do komunikacji publicznej – przecież oni z domu nie wyjadą transportem publicznym, bo on tam często nie istnieje. Tymczasem nasze myślenie jest zero jedynkowe – albo transport indywidualny, albo zbiorowy. A przecież można i trzeba je połączyć – mówi profesor.

Jego pomysł spotkał się również z niechęcią ze strony warszawiaków, którzy nie mają ochoty pół drogi przemierzać samochodem tylko po to, by odstawić je na parking i przesiadać się do niewygodnego autobusu czy tramwaju.

ZOBACZ TAKŻE: 

  1. Z Magdą Gessler jest bardzo źle. Restauratorka wygląda jak cień samej siebie
  2. Katastrofa smoleńska: Zapadł przełomowy wyrok europejskiego trybunału
  3. Ogórek odebrała niespodziewany telefon w programie na żywo. Nie wiedziała co robić

Kuchenne rewolucje: Te lokale zostały zamknięte po wizycie Magdy Gessler!

Zobacz również