Kilometry zawalonych drzewami dróg, całe lasy wiatrołomów, zniszczone dachy, zablokowane rzeki – taki krajobraz można zobaczyć na północy Polski. Choć od potężnych nawałnic minął tydzień, usuwanie zniszczeń wciąż trwa. Po tym, jak z opóźnieniem sprawie przyjrzeli się politycy władzy, w sprawę zaangażowano żołnierzy. Mieszkańcy zniszczonych terenów są jednak zniesmaczeni.

Wszystko dlatego, że żołnierze mają wcale nie przykładać się do pracy. Jednostki sprowadzone do Rytla, miejscowości najbardziej zniszczonej po nawałnicach, ociągają się i podejmują pracę tylko wtedy, gdy na miejscu zjawi się ich przełożony. Pracujący przy usuwaniu zniszczeń cywile przecierają oczy ze zdumienia. Sami robią znacznie więcej niż wyszkoleni odpowiednio wojacy.

– Widzieliśmy, jak pracuje wojsko. Na temat wojska to już w ogóle szkoda mówić. Jedną kłodę wyciągali prawie pół dnia. Gdzie my z chłopakami przez pół dnia udrożniliśmy chyba trzy, cztery kilometry. Profesjonalizm, jeśli chodzi o wojsko to jest masakra – mówi Marek Lewandowski, który pomaga przy usuwaniu zniszczeń.

Sprawę opisał na Facebooku Adam Miauczyński, który udrażnia zawalony drzewami kanał Brdy w Rytlu. Jak podaje, obrazki z pracującymi przy zniszczeniach żołnierzami to bujda. Żołnierze mają podejmować się prac tylko wtedy, gdy w pobliżu są kamery lub ich przełożeni. Kiedy nikt nie ma ich na oku, swój ciężki sprzęt wykorzystują do… wożenia pracującym ludziom kanapek.

Kiedy jednak w pobliżu zniszczonych terenów przejeżdżała kolumna z VIP-em, żołnierze wygonili cywilów i zaczęli pracować przy tym, co było już zrobione. Oczywiście chodziło o utrzymanie odpowiedniego wizerunku. Jak podsumowuje Miauczyński, to „malowanie trawy na zielono”. Mieszkańcy okolicy i wolontariusze potwierdzają, że to nie jest odosobniony przypadek.

źródło: facebook.com/lmiauczynski

źródło: wp.pl, natemat.pl

...

Zobacz również