System, w którym to partie i osobowo zmienne komitety polityczne decydują o kształcie państwa, jest czymś niesprawiedliwym i niezależnie od efektywności powinien zostać zmieniony. Oderwany od obywateli aparat państwowy, będący prywatnym folwarkiem pewnej zamkniętej grupy zaufanych partyjniaków jest bezpośrednią przyczyną tego, co obserwujemy w naszym kraju od wielu dziesiątek lat. Dzięki listom, dyscyplinie partyjnej i systemowi kanclerskiemu możemy „cieszyć” się zawłaszczeniem państwa przez okresowo różną z nazwy lecz nie ze sposobu działania tzw. elitę, która z założenia ma za nic głos społeczeństwa.

Nie można nazywać rozwiązań, którymi charakteryzuje się nasz system demokratycznymi. O wszystkim decydują głosy wybranych z partyjnych list posłów, którzy nie zajmują się niczym innym, jak utrzymywaniem dyscypliny, za której łamanie grozi im nawet wyrzucenie z ugrupowania i ostracyzm, tak, jakby podejmowanie niezależnych decyzji zgodnie z własnym sumieniem było czymś złym. Jakby własne poglądy w opozycji do tych lidera były gorsze, skalane przez niepojętą magiczną siłę.

Do tego dochodzi oczywiście spadochroniarstwo, które jest niestety powszechne. Nie chodzi przecież o reprezentowanie danej ziemi, gminy, powiatu czy województwa, ale stojącej ponad nimi partyjnej ośmiornicy, której macki sięgają wszędzie i która regiony ma dosłownie gdzieś, bo w tym samym miejscu ma je nasza konstytucja, dająca im tylko pozorowaną autonomię. Samorządność jest kłamstwem, a jego efektem m.in. są niepoprawnie oddane głosy.

Tu już nie chodzi nawet o ideę federalizmu albo konfederacji, która swoją drogą była w naszej historii uskuteczniania o setki lat dłużej, niż mamy republikę bez monarchy. Chodzi o podstawową wolność mieszkańców danej części kraju do decydowania samemu o najważniejszych dla tego miejsca sprawach, nie tylko o sprawach kulturalnych czy dofinansowaniach szkolnych drużyn sportowych, których nie stać na wyjazd na zawody do miasta wojewódzkiego, co również jest w moim mniemaniu sprawą dosyć istotną. Spór toczy się o oderwanie od naszego życia zawodowych politykierów, o nadanie obywatelom decyzyjności w ich własnym domu, a w konsekwencji oczywiście decentralizację i przeniesienie niewygodnej, lecz jakże potrzebnej odpowiedzialności z wielkich do mniejszych ośrodków miejskich i finalnie o tańsze państwo.

Jak widzę system, w którym musimy żyć

Nie popieram Prawa i Sprawiedliwości ani Andrzeja Dudy. Docenić jednak należy jego wysiłki w stronę zmiany reżimu politycznego w Polsce, nawet jeśli najważniejsza zmiana dotyczyłaby prezydenckiego fotela. Niesprawiedliwe jest bowiem, co powtórzę jeszcze nieraz, że państwem rządzą wybrani pośrednio ludzie, mogący w dowolnej chwili ustąpić i zostać zastąpieni przez kogoś, kogo sami wybrali.

Jak w demokratycznym państwie może dojść do sytuacji, w której następuje dymisja premiera (który jest liderem partii od wyborów, więc można powiedzieć, że ma mandat społeczny), który doskonale zna prezydenta, który to z kolei zgadza się na przejęcie Rady Ministrów przez zaufaną osobę, podczas gdy osoba ta ma poparcie równe ilości oddanych na nią głosów przy ubieganiu się o fotel posła? Fakt, że była np. ministrem nie daje jej wystarczającego zaufania, by mogła rządzić krajem. Takie rzeczy się jednak dzieją i tak właśnie było w przypadku Ewy Kopacz, która po prostu otrzymała władzę w wyniku decyzji kilku dosłownie urzędników, a cały proces utrzymywany był w tajemnicy do momentu, w którym nie nadszedł smutny obowiązek poinformowania Polaków o tej jakże przecież ważnej decyzji.

Mieściłoby mi się to jednak w głowie, gdybyśmy mieli jasny system, w którym wiadomo, kto i w jaki sposób otrzymał władzę. W Stanach Zjednoczonych np. kandydat na urząd prezydenta od samego początku przedstawia swojego kandydata na wiceprezydenta. Głosuje się więc na dwie osoby. W przypadku śmierci, czasowej niemożliwości wykonywania obowiązków, rezygnacji lub impeachmentu, do Białego Domu wprowadza się wiceprezydent, który od samego początku właśnie na wypadek takiej sytuacji brał udział w wyścigu po władzę. Proste? Przesadnie proste.

U nas tymczasem szef rządu na początku kadencji może chcieć, by na wypadek nagłej potrzeby zastąpiła go osoba A, za miesiąc osoba B, w tym czasie B zdąży zmienić partię i koło poselskie, więc trzeba będzie zdecydować się na osobę C, a jeśli osoba C ma inny pogląd na sprawy finansowania Orlików, to trzeba będzie wybrać jednak osobę D, której nazwiska nie zna już dosłownie nikt.

Nie jest to już jednak ważne, prawda? Ważne że rządzi krajem logo, które wzbudza zaufanie i kojarzy się lepiej niż inne, choć jest tym samym ideologicznym szambem. Przykładem takiego antydemokratycznego działania jest doktryna PiS-u. Zmienia się osoby u sterów, więcej osób rządzi, więcej ma wpływ na władze, ale dlaczego tylko spod jednego znaku?

Mamy po prostu władzę absolutną, ograniczoną tylko ramami czasowymi. W obrębie decyzji dotyczących wszystkich nas, można zrobić dosłownie wszystko, ponieważ jest to legalne.

PiS a ustrój prezydencki

Wracając do sprawy Andrzej Dudy, to postawa PiS jest bardziej niż dziwaczna. Wiadomo przecież, że normalny system to mniej przekrętów i mniej możliwości kombinacji na najwyższych stanowiskach, ale żeby stronnictwo tak unoszące się dumą związaną z tradycjami patriotycznymi i piłsudczykowską II RP nie chciało systemu prezydenckiego, to jestem wielce zaskoczony. Przytoczę tylko fragment konstytucji kwietniowej z 1935 roku i kończę. Może jednak faktycznie tu chodzi o prezesa i władzę,  a nie Rzeczpospolitą samą w sobie?

Art. 2.

(1) Na czele Państwa stoi Prezydent Rzeczypospolitej.
(2) Na Nim spoczywa odpowiedzialność wobec Boga i historji za losy Państwa.
(3) Jego obowiązkiem naczelnym jest troska o dobro Państwa, gotowość obronną i stanowisko wśród narodów świata.
(4) W Jego osobie skupia się jednolita i niepodzielna władza państwowa.

Art. 3.

(1) Organami Państwa, pozostającemi pod zwierzchnictwem Prezydenta Rzeczypospolitej, są:

Rząd,
Sejm,
Senat,
Siły Zbrojne,
Sądy,
Kontrola Państwowa.
(2) Ich zadaniem naczelnem jest służenie Rzeczypospolitej.

Mikołaj Pilecki

Reaktor Pikio.pl, a z zamiłowania krytyk życia polityczno-społecznego. Nie głosuję i jak na razie nie zamierzam. Politycyzacja wszelkich sfer życia jest patologią.

ZOBACZ TAKŻE:

  1. Kossela: O tolerancji słów kilka. Coś, co powinno być oczywiste, a nie jest
  2. Odyniec: Nie ma wolności bez… dostępu do broni?
  3. Kobla: To nie Andrzej Duda przegrał grę o referendum

źródło: pl.wikisource.org

...

Zobacz również