Konwencja PiS, która odbyła się wczoraj w Zielonej Górze, a była częścią kampanii partii na Ziemi Lubuskiej, nie powinna pozostać niezauważona przez nikogo, wierzącego w siłę samorządów bardziej niż dziś niezależnych od władz centralnych. Przemawiający na niej m.in. Jarosław Kaczyński wypowiedział kilka zdań, które mogą jedynie smucić zwolenników Małych Ojczyzn i decentralizacji, bo dosadnie pokazują, jak niewiele samorząd w ramach wizji Zjednoczonej Prawicy znaczy.

Wiec, który mogliśmy obserwować wczoraj w telewizji państwowej, skupiony był wokół samorządów i polityki, jaką prowadzić powinno wobec nich państwo. Nie mogło obyć się także bez wzmianek o wolności, czy poprzednim systemie. W ten właśnie sposób swój niepokojący wywód odnoszący się do władz lokalnych rozpoczął prezes Prawa i Sprawiedliwości.

Konwencja PiS: ciekawa definicja wolności

Zacznijmy od początku, czyli tego, jak Jarosław Kaczyński rozumie wolność.

– Zwykle traktujemy wolność, jako coś, co odnosi się do braku zakazów, do tego, żeby nam czegoś nie zakazywano. To znaczy, mówimy, jeśli odwołać się do języka filozofii, o tzw. wolności negatywnej. Ona oczywiście jest ważna i to jest zrozumiałe, że my jesteśmy do niej tak bardzo przywiązani, żyliśmy przecież przez dziesięciolecia w systemie, który zakazywał bardzo wielu rzeczy, który zakazywał, można powiedzieć, normalnego życia społecznego  – mówił Kaczyński do zebranego tłumu członków swojego ugrupowania.

Teraz przyjrzymy się temu, jak wyobraża sobie sprawowanie tej oraz innych wolności.

– Ale wolność to też coś, co ma nieco inne znaczenie. To jest wolność do czegoś, czyli wolność pozytywna. Dam przykład, na przykład wolność podróżowania. I tutaj także pozwolę sobie wprowadzić pewne rozróżnienie. W PRL-u, w Polsce, na terenie naszej ojczyzny ta wolność była, mogliśmy podróżować, już np. w Związku Sowieckim to było dużo bardziej skomplikowane, ale my podróżować mogliśmy. Ale jest także drugie pytanie, czy ta wolność była do końca realna, czy istniały odpowiednie urządzenia, drogi, koleje, połączenia lotnicze, lotniska, hotele, czy mieliśmy na tyle pełne kieszenie, żeby rzeczywiście móc podróżować? Czyli krótko mówiąc, trzeba odróżnić to, co jest dozwolone od tego, co jest realną wolnością – usłyszeliśmy z ust Pana Naczelnika.

PiS tłumaczy, jak kupić wyborców

Wolność jest zdaniem Kaczyńskiego czymś, co różni się w zależności od posiadanych pieniędzy lub możliwości. Człowiek o małej mobilności jest więc zniewolony, przywiązany do ziemi niczym chłop pańszczyźniany do momentu, w którym nie opłaci mu się wakacji w państwowym ośrodku letniskowym, najlepiej oczywiście połączonym z zakładem pracy. Tak przynajmniej uważają Jarosław Kaczyński i premier Morawiecki, który już kilka tygodni temu wspomniał, że wolność Polakom dał dopiero PiS przez rozdawanie zabranych im wcześniej pieniędzy w postaci dodatku na dziecko.

Jak to więc jest z tą wolnością, podróżowaniem i pełnymi kieszeniami? Prawo i Sprawiedliwość korzystając z takiej retoryki wchodzi na bardzo niebezpieczne pole i ustanawia bardzo groźny dla nas wszystkich precedens. Wiadomo przecież, kto według obecnych władz zabierał Polakom wolność przez ostatnie osiem lat, nie dając 500 plus i nie modernizując obwodnic miast. To o tym właśnie, podczas chociażby wizyty w Świebodzinie, mówił Mateusz Morawiecki, który do narracji pt. „wolność=pieniądze od państwa=drogi i podróże” podłączył nawet krzywe chodniki, których zniewalające mieszkańców Polski. PO nie wyremontowało, by utrzymać w naszym kraju niewolnictwo i niemiecko-żydowski zarząd powierniczy, czy jak to było.

Konwencja PiS: odbieranie wolności na rzecz… wolności?

Mało kto jednak zdaje się zauważać, że mówienie takich rzeczy jest faktycznie przyzwyczajaniem ludzi do rządu totalnego, niewolniczego, który zajmuje się sprawami tak lokalnymi jak chodniki. Obserwujemy właśnie, jak upada samorządność na rzecz bolszewickiej „wolności”, w której do definicji dopisuje się coraz więcej, by coraz bardziej kontrolować i coraz więcej wymagać.

Nie jest to jednak koniec horroru. Z zielonogórskiej mównicy Jarosław Kaczyński wprost zagroził rzucaniem kłód pod nogi wszystkim kandydatom i zwycięzcom wyborów samorządowych, nie będących w zależności partyjnej od rządu centralnego. Padły także słowa o wiarygodności, która w świecie PiS zależy od finansów i spełniania obietnic, które to przecież zależą od środków ze Skarbu Państwa, a tych „nieodpowiednim” osobom Rada Ministrów może wcale nie przekazać. To właśnie konwencja PiS przekazuje wprost.

Wyobraźmy sobie, że burmistrz miasta X z partii Y pragnie zbudować dzieciom basen, by te mogły bez przeszkód spełniać swoją wolność do pływania (oczywiście według absurdalnej definicji Jarosława Kaczyńskiego). Rząd kierowany przez partię G (ta litera nie jest przypadkowa) nie przekaże jednak środków panu burmistrzowi z partii X, by móc go potem oskarżyć o niewiarygodność, niespełnianie obietnic wyborczych i ostatecznie zabieranie naszym kochanym polskim dziatkom wolności do swobodnego poruszanie się w wodzie o własnych siłach, czyli już właściwie sprawowanie na nich komunizmu. Po latach sami zbudują basen, nazwą go imieniem tragicznie zmarłej osoby i przykleją sobie łatkę największych wolnościowców w historii państwa polskiego. Tak przynajmniej odbieram treść konwencji PiS.

Chore jest to, do czego posunięto się w tej kampanii. Chore jest to, jak rozumieją wolność niektóre jednostki, które uważają, że zniewala się je, jeśli nie mogą pojechać w podróż, bo je na to nie stać. I w końcu chore jest to, jak bardzo samorząd jest zależny od władz centralnych w kwestiach, które w normalnym systemie leżą tylko i wyłącznie w jego kompetencjach.

Głosujący na PiS nie zadają sobie sprawy, jak daleko brną w rozkład własnej niezależności terytorialnej, ale również jak bardzo jest im to powiedziane prosto w twarz, pod przykrywką dawania wolności. Niestety, ale z takimi politykami, a przede wszystkim takimi wyborcami i obywatelami, którzy nie poczuwają się nawet do załatania dziury w jezdni pod blokiem, tylko kierują sprawę prosto do Rady Ministrów, normalności nie będzie, a konwencja PiS w Zielonej Górze jest tego dobitnym przykładem.

ZOBACZ TAKŻE: 

  1. Wieczorek: Molestowanie w mediach. O internetowej bezkarności
  2. Zaborowski: Atak padaczki, czyli pierwsza pomoc i objawy
  3. Pilecki: Wybory samorządowe; dwukadencyjność i co o niej uważam

Mikołaj Pilecki

Reaktor Pikio.pl, a z zamiłowania krytyk życia polityczno-społecznego. Nie głosuję i jak na razie nie zamierzam. Upolitycznienie wszelkich sfer życia jest patologią. To co prywatne nie musi być i często nie może być publiczne.

Zobacz również