Szokująca, nagła tragedia. Nie żyje Andrzej

Szokująca, nagła tragedia. Nie żyje Andrzej

Niespodziewana, nagła śmierć Andrzeja wstrząsnęła społecznością, a przede wszystkim jego bliskimi. Mężczyzna zginął na miejscu. Sprawca jego śmierci jest znaną i szanowaną w mieście personą. Rodzina zmarłego obawia się, że nie może liczyć na uczciwy wyrok w tej sprawie.

Na początku miesiąca młody mieszkaniec Rzeszowa został rozjechany przez samochód na przejściu dla pieszych. W wyniku zdarzenia zaledwie 27-letni Andrzej zmarł. Sprawcą tragedii jest znany w mieście lekarz. Niespełna trzydziestoletni mężczyzna wybrał się rankiem 3 grudnia do lekarza, by skonsultować dolegający mu uraz jednego z palców. Andrzej na wizytę miał zamiar udać się komunikacją miejską. By dotrzeć na przystanek, na którym miał nadzieję wsiąść do autobusu, przechodził przez w pełni oznakowane przejścia dla pieszych na ulicy Krakowskiej. Niestety nie udało mu się pokonać tych kilku metrów.

Na kilka kroków od bezpiecznego chodnika został potrącony przez pędzący samochód. Andrzej uderzył w jego maskę, a następnie odleciał na około 20 metrów. Reanimacja nie przyniosła skutków.

Zaledwie dzień wcześniej Andrzej dostał pracę

W dzień poprzedzający tragedię młody mężczyzna tryskał energią i radością. Nadzieję do jego serca wlało otrzymanie pracy kuriera, czym pochwalił się swojemu tacie w rozmowie telefonicznej. - Dzień wcześniej rozmawialiśmy przez telefon. Syn cieszył się, że dostał stałą umowę, że będzie pracował jako kurier. Nazajutrz świat zawalił mi się na głowę. Dowiedziałem się, że Andrzej nie żyje - powiedział w rozmowie z "Faktem" Leszek Lutak.



DALSZA CZĘŚĆ TEKSTU POD GALERIĄ Sprawa oprócz oczywistego, tragicznego wymiaru ma jeszcze jeden wątek. Chodzi o sprawcę, kierowcę Volvo, który zabił rzeszowianina.

Kim jest sprawca wypadku?

Rozpędzonym SUV-em kierował znany w całym Rzeszowie lekarz i dawny ordynator w jednym z miejscowych szpitali, 57-letni Jacek H. Jak przekazał ojciec zmarłego, lekarz nie podjął nawet próby reanimacji, a na pytanie przybyłego na miejsce brata Andrzeja, które brzmiało: "Co zrobiłeś?!", odpowiedział następująco: "A to widzisz". Pan Lutak martwi się, że z powodu pozycji H. śledztwo może nie odbyć się uczciwie. Jako emerytowanego policjanta zdziwił go fakt, że przybyła na miejsce policja pozwoliła lekarzowi zabrać swoje rzeczy ze zniszczonego po wypadku samochodu. Oprócz tego jego wątpliwości wzbudza fakt, że przez wiele dni nie postawiono mu nawet zarzutów. - A jak tam były jakieś dowody? Może nagranie z rejestratora? - mówi zrozpaczony ojciec. Jak podaje "Fakt", stało się to dopiero po interwencji mediów, które nagłośniły sprawę. Jacek H. został wówczas oskarżony o spowodowanie śmiertelnego wypadku. Mężczyzna nie przyznał się jednak do winy i odmówił składania zeznań. - Lekarz nie szukał z nami kontaktu, nie przeprosił. My nie chcemy zemsty, tylko sprawiedliwości. Andrzej był spokojnym, grzecznym chłopakiem. Miał wiele pasji. Tak jak ja kochał stare motocykle i lubił przy nich majsterkować. Trudno pogodzić się nam z tą tragedią. Dla rodzica nie ma nic gorszego, niż pochować własne dziecko - powiedział Leszek Lutak.



  1. Największa katastrofa od lat. Nie żyje ponad 400 osób, tysiące rannych walczą o życie
  2. Gwiazda "M jak Miłość" spowodowała wypadek pod wpływem. Wyrok zapadł, fani wciąż w szoku
  3. Zaginiony członek królewskiej rodziny. Szokujące fakty i śmierć w tle
  4. Beata Tyszkiewicz: Ile ma lat? Wiek gwiazdy robi wrażenie
  5. Anna Mucha pokazała półnagie zdjęcie. Fani są zachwyceni!
źródło: fakt.pl
Następny artykuł