UDOSTĘPNIJ

Zarys historii intelektualnej liberalizmu.

Mój niedawny artykuł „Prawica i Kaczyński do władzy. Jak najszybciej”[1] spotkał się z pewnym odzewem w komentarzach, co jednak ciekawe – niemalże żaden z tych komentarzy nie odnosił się do meritum sprawy, czyli do pomysłu dopuszczenia Jarosława Kaczyńskiego i PiSu do władzy na sposób „koncesjonowany”. Zamiast tego, główną kością niezgody stały się podstawowe definicje – prawicy oraz lewicy a także liberalizmu. Jest to ciekawa tematyka i z całą pewnością zasługuje na szersze potraktowanie, szczególnie że pojęcie „liberalizmu” uległo w Polsce (i nie tylko) wielu procesom deformującym, które sprawiają, że używanie tego terminu w dyskursie publicznym przypomina igranie z ogniem.

Głównym problemem, przed jakim – jak mi się wydaje – stoimy to szkodliwy proces odcięcia pojęcia „liberalizmu” od całej jego bogatej spuścizny intelektualnej ostatnich paruset lat i kompletna negacja rozwoju tej doktryny, która w tym czasie się dokonała. Oczywiście, są grupy liberałów (chociaż pojawiają się spory, czy środowiska te można jeszcze pod miano „liberałów” podciągnąć), które tą tradycję neguję jako zwyczajny, szkodliwy „socjalizm”. Warto jednak mieć świadomość, że niezależnie od wyznawanych poglądów, środowiska te były zawsze marginalne względem głównej tradycji liberalnej, która w przeciągu XIX i XX wieku uległa procesowi „socjalizacji” albo „uspołecznienia” i sprowadzanie pojęcia „liberalizmu” do apologii wolnego rynku jest zwyczajnym oszustwem intelektualnym. Przyjęcie najbardziej nawet radykalnego odłamu ideologii za swoją własną, nie zwalnia nas od uznania legitymizacji jej bardziej umiarkowanych odłamów i nie upoważnia do zawłaszczania całej bogatej tradycji i spuścizny tej ideologii na swój własny, wąski użytek.

 

Różne liberalizmy i brak klarownej definicji

Główny problem z liberalizmem polega na tym, że jest on na tyle szerokim pojęciem, denotującym tak wiele różnych postaw i poglądów życiowych, że jasna i klarowna definicja liberalizmu jest z góry wykluczona. Możliwe jest jedynie wyznaczenie pewnych myśli i idei przewodnich tego nurtu, zdając sobie jednak sprawę, że oferując pewną bardzo ograniczoną odpowiedź, pozostawiają one nas z jeszcze szerszym zakresem pytań, na które odpowiedzi nie mamy.

Najogólniej rzecz biorąc – w centrum liberalizmu znajduje się „wolność jednostki”, a „nurt liberalny” jest tym wszystkim co dąży do poszerzenia bądź utrzymania tejże wolności. Wbrew pozorom, tego rodzaju założenie nie jest wcale czymś oczywistym i istnieje dużo innych ideologii, które wolności jednostki może bezpośrednio nie negują, ale z całą pewnością nie czynią z niej wartości najwyższej i nadrzędnej. Jedną z takich ideologii jest nacjonalizm, który ponad wolnością jednostki stawia wolność narodu. Owszem, te dwie wartości nie muszą się wcale wykluczać (a niejeden nacjonalista stwierdzi, że wolność jednostkowa jest naturalną konsekwencją wolności narodowej), ale w przypadku ich konfliktu, wolność jednostki może zostać zanegowana albo przynajmniej zawieszona. Wolność jednostki nie jest tutaj bowiem celem najwyższym i nawet jeśli jest wprowadzona w życie, to nigdy jako wartość sama w sobie.

Innym nurtem ideologicznym, który neguje wolność jednostki jest marksizm. Tutaj najwyższą wartością jest wolność klas społecznych i całego gatunku ludzkiego. W swojej najbardziej radykalnej, komunistycznej wersji, wolność marksistowska stanowi dokładne zaprzeczenie wolności liberalnej – „skok do królestwa wolności” o którym pisał Engels, ma oznaczać zniesienie jakiejkolwiek indywidualnej przypadkowości i możliwości do samodecydowania pojedynczego człowieka. Wolnością jest tutaj współuczestniczenie w kolektywie, które realizuje uniwersalną „naturę gatunkową człowieka”. Wolność w rozumieniu liberalnym wykluczał zarówno determinizm historyczny jak i utopia komunizmu. Ponad wolnością liberalną (która była nazywana ‘wolnością burżuazyjną’) stały obiektywne prawa Historii, które w efekcie miały doprowadzić do przejęcia do ludzkości pełnej kontroli nad swoim losem, ale w sensie kolektywistycznym. Skoro wszyscy jesteśmy w gruncie tacy sami (czytaj: mamy taką samą naturę gatunkową), jakiekolwiek różnice w czynionych przez nas decyzjach mogą być jedynie efektem nie do końca przezwyciężonej alienacji.

Duży problem ze spuścizną marksowską miały środowiska reformistyczne i socjaldemokratyczne. Początkowo także dążyły one do budowy komunizmu/socjalizmu, tyle że na drodze przemian pokojowych i parlamentarnych. Stopniowo jednak teoria ta została zarzucona, a socjaldemokraci zaadoptowali w pełni liberalną koncepcję wolności, tyle że w jej „uspołecznionej” formie (o czym będzie mowa za chwilę). Symboliczną datą tej zmiany był listopad 1959 roku i przyjęcie przez niemieckich socjaldemokratów (SPD) programu godesberskiego, który zerwał w dużej mierze z tradycją marksistowską.

Należy też wspomnieć o tradycji republikańskiej, która także stoi w sprzeczności z koncepcją wolności liberalnej. W przypadku republikanów, podmiotem wolności jest wspólnota polityczna obywateli (res publica), która stoi ponad wolnością indywidualną.

Pewną formą wolności kolektywistycznej (a więc nie-liberalnej) jest też wolność rynku, rynek jest bowiem strukturą ponadosobową, łącząca ze sobą większe grupy osób. Różne są opinie co do relacji między wolnością rynku a pojedynczego człowieka, ale zakładając, że doszłoby tutaj do jakiegoś konfliktu – liberał z zasady powinien stanąć po stronie pojedynczego człowieka (którego wolność jest dla niego najważniejsza). Ale relacje te są tematem ciągłej debaty i kontrowersji, które tutaj streszczone zostaną tylko częściowo.

 

Dwa główne nurty liberalizmu

Uznanie ludzkiej, indywidualnej wolności za wartość nadrzędną daje nam pewne pojęcie na temat istoty liberalizmu, jednak określenie co naprawdę znaczy „wolność” było i pozostaje punktem spornym w rozmaitych dyskusjach intelektualnych. W obrębie myśli liberalnej, ukształtowały się pojęcia dwóch rodzajów wolności: negatywnej oraz pozytywnej. Ta pierwsza oznacza wolność od wszelkiego rodzaju zewnętrznych nacisków i przymusów; ta druga oznacza z kolei posiadanie środków oraz siły, aby swoją wolność urzeczywistnić i spełnić.

Tym dwóm pojęciom wolności towarzyszą dwa główne nurty myśli liberalnej. Zwolennicy tzw. „starego liberalizmu”, a także libertarianizmu, kładą nacisk na wolność negatywną oraz stoją w obronie maksymalnie wolnego rynku, we wszelkim interwencjonizmie państwowym widząc zagrożenie dla ludzkiej wolności. Doprowadzony do skrajnego rozwinięcia, nurt ten jest znany także jako socjaldarwinizm.

 

  • „stary” liberalizm

Czołowym – chociaż nieco zapomnianym – ideologiem socjaldarwinizmu był wybitny filozof i socjolog brytyjski Herbert Spencer. O ile Polacy bardzo dobrze znają jego twórczość jako zasłużonego socjologa, który zainspirował polskich pozytywistów, o tyle jego twórczość polityczno-ekonomiczna została w większości przemilczana. I nie wydaje się być to niczym dziwnym. Z jego dzieł (a szczególnie z najpopularniejszego „The Man versus the State” z 1884 roku) możemy wyczytać skrajnie wolno-rynkową i socjaldarwinistyczną wizję ludzkiego społeczeństwa. Spencer uważa, że każde, najmniejsze nawet ograniczenie wolności rynku stanowi prostą drogę do zniewolenia. Postęp wymaga ofiar, biedy i nędzy, a osoby które w nią popadły są same sobie temu winne. Nie powinna istnieć powszechna służba zdrowia, znieść należy też wszelkie rodzaje ubezpieczeń społecznych. Wykluczona jest powszechna oświata, która stanowi tylko narzędzie manipulacji i indoktrynacji. Rząd powinien ograniczyć się tylko i wyłącznie do gwarantowania wolności rynku.

W swoim dziele, Spencer oburza się na kolejne przykłady ustawodawstwa, które uderzają w wolny rynek. Krytykuje zakaz pracy chłopców do lat dwunastu, nakaz szczepień, obowiązek szkolny jak i zakaz zatrudniania kobiet w warunkach niebezpiecznych dla ich zdrowia. Naturalną konsekwencją tego typu poglądów była u Spencera awersja do demokracji i dążenie do odwrócenia postępującego procesu demokratyzacji. Jeśli jakaś ustawa była sprzeczna z żelaznymi prawami wolnego rynku, nie miała ona racji bytu.

Poglądy Spencera były nie tylko radykalne, ale też motywowane religijnie. Uważał on m.in., że prawo do życia nie jest wcale prawem absolutnym i może ustąpić słusznej karze za grzechy, a także że potomkowie odpowiadają bezpośrednio za grzechy swoich przodków.

Ten nurt ‘starego liberalizmu’ miał swoich kontynuatorów, spośród których najwybitniejszymi byli Ludwig von Mises oraz Friedrich Hayek. Ten drugi znany jest głównie ze swojego słynnego dzieła „The Road to Serfdom” (1944) w którym kontynuuje tok myśli Spencera i dowodzi, że jakikolwiek interwencjonizm państwowy musi prowadzić do powstania dyktatury. Hayek oparł się na swoich osobistych doświadczeniach, sam bowiem w młodości zobaczył na swoje własne oczy dojście Hitlera do władzy. Wśród pomysłów Hayeka znajdowały się koncepcje jak najbardziej ciekawe i – nawet z punktu widzenia „społecznego” liberała – słuszne, jak np. nadrzędność prawa nad polityką czy idea spontanicznej i harmonicznej samoregulacji. Większość pomysłów Hayeka jest jednak otwarcie antydemokratyczna, a jej sztandarowym przykładem jest utworzenie Izby Prawodawczej w której zasiadaliby wybrani na 15-letnią kadencję legislatorzy (minimum wieku to 45 lat), którzy zajmowaliby się nie tyle tworzeniem prawa co twardych i niepodważalnych reguł wolnorynkowych. Była to więc koncepcja zdecydowanie antydemokratyczna.

Prezentowany przez mnie tutaj „stary liberalizm” nie bez powodu nosi właśnie taką nazwę. Stanowił on bowiem zawsze tą mniej popularną wersję liberalizmu, a z biegiem czasu jeszcze tracił na powabie. Od przełomu XIX i XX wieku postępował proces „socjalizacji” liberalizmu, a w okresie po II wojnie światowej myśliciele tacy jak Hayek zostali uznanie za ostatecznie skompromitowanych i przestali się liczyć w dyskursie naukowym. Osoby wierzące w moc wolnego rynku stanowiły bardzo wąską grupę liberałów.

Ten stan rzeczy zaczął się zmieniać w latach ’70 XX wieku. W 1974 roku Robert Nozick opublikował swoją rozprawę „Anarchy, State and Utopia” gdzie dowodził, że rola państwa powinna zostać sprowadzona do pozycji ‘nocnego stróża’. Mało tego, dowodził że poglądy te – w istocie libertariańskie – stanowią pełnoprawną i właściwie słuszną wykładnię liberalizmu. Towarzyszył temu istny renesans na poglądy von Misesa, Hayeka czy Miltona Friedmana. Do głosu doszli radykalni anarchokapitaliści jak Murray N. Rothbard czy pisarka Ayn Randt. Było to wszystko spowodowane częściowym kryzysem dotychczasowego modelu keynesowskiego połączonym z problemami demograficznymi Europy oraz zmianami strukturalnymi w gospodarce (odejściem od kompromisu z Bretton Woods czy upłynnieniem przepływu kapitału). Powody były również inne i bardziej złożone, ale nie czas tutaj na ich przywoływanie.

„Stary liberalizm” – określony teraz często mianem „neoliberalizmu” – zyskał jeszcze na sile po 1989 roku, kiedy wydawało się, że wolny rynek stanowi ostatnie słowo w rozwoju ludzkości. Ale trwało to tylko do 2008 roku – wybuch kryzysu finansowego załamał tą wiarę w jedynie słuszne, neoliberalne rozwiązania i przywrócił w dużej mierze do łask rozwiązania keynesowskie, których głównymi orędownikami stali się Paul Krugman, Joseph Stiglitz czy nawet przyznająca się do dotychczasowej dogmatycznej i nieskutecznej polityki Międzynarodowego Funduszu Walutowego Christine Lagarde.

 

  • „nowy” liberalizm

Ewolucję „starego”, socjaldarwinistycznego modelu liberalizmu zapoczątkowuje w symboliczny sposób dzieło wybitnego filozofa brytyjskiego Johna Stuarta Milla „O wolności” z 1859 roku. Niektóre myśli Milla z tego traktatu zbliżały go do innych liberałów. Zaznaczał m.in. że istnieją pewne sfery wolności osobistej, w którą żaden rząd ingerować nie może. Stawiało to liberalizm w pewnej opozycji do demokracji, a za rzeczy należące do sfery prywatnej Mill uważał nie tylko wolność słowa czy wyznania ale też własność prywatną. Ale była to wolność prywatna definiowana inaczej niż przez Spencera.

Mill poszedł tu w ślady Johna Locke’a i za własność prywatną uznał własność stanowiącą „rozszerzenie osobowości” a więc własność prawdziwie prywatną, połączoną nierozerwalnymi więzami z osobowością danego człowieka. Zgodnie z tą wizją, nie są prawdziwą własnością prywatną wykupywane przez biznesmenów obligacje, kupione tylko po to aby je następnie sprzedać i w ten sposób spekulować na rynku. Musi być ona niezbędna do życia jednostki, stanowić jej odzwierciedlenie i rozszerzenie, nie może być ona używana jako instrumentalne narzędzie do poszerzania zakresu swojej władzy. Coś takiego własnością prywatną – w rozumieniu Locke’a i Milla – nie jest.

Ale poszanowanie własności prywatnej nie oznaczało wcale pełnego poparcia dla polityki leseferystycznej. Wprost przeciwnie, Mill dopuszczał politykę protekcjonistyczną państwa jako sposób na zabezpieczenie swoich obywateli przed konkurencją zagraniczną. Ale chodziło tez o coś więcej – kwestie ekonomiczne musiały być rozstrzygane w sposób pragmatyczny a nie dogmatyczny, a wolny rynek nie może być wartością samą w sobie. Mill pisze: „zasada wolności jednostki nie ma związku z doktryną wolnego handlu ani z większością kwestii wyłaniających się przy określaniu granic tej doktryny”. Angielski filozof stwierdza, że owszem – lepiej jest kontrolować mniej niż więcej – ale kwestie takie jak handel czy polityka zatrudnienia powinny należeć do uprawnień rządu i rząd ma prawo je regulować.

Było to wyraźne odstępstwo od dotychczasowej ortodoksji liberalnej. John Stuart Mill wprowadza tutaj podstawy wolności pozytywnej, apelując nie tylko o uwolnienie ludzi od ograniczeń zewnętrznych ale także o utworzenie „enabling conditions” czyli „umożliwiających warunków”. Albowiem nawet jeśli uwolnimy jednostkę od zewnętrznych ograniczeń, ale nie utworzymy jej pozytywnych warunków do realizowania swojej wolności (czyli będzie ona np. bez pieniędzy) to taka wolność jest tylko iluzoryczna i niewiele warta.

Oznaczało to tez odejście od wiary w „obiektywne prawa rynku”. Mill zaznacza, że prawa gospodarcze nie są wcale prawami naturalnymi, tylko stanowią konstrukty zależne od danej sytuacji społeczno-politycznej i mogą one ulegać zmianie oraz ewolucji wraz ze zmianą sytuacji społeczno-politycznej.

Myśl Milla spotkała się ze znaczną krytyką Ludwiga von Misesa czy Friedricha Hayeka, którzy zarzucali Millowi odejście od pryncypiów liberalizmu. Jak miała jednak pokazać historia, to właśnie koncepcje tego „nowego” liberalizmu miały zyskać na ogromnej popularności i stać się dominującym nurtem myśli liberalnej.

Nurt „nowego liberalizmu” rozwinęło trzech brytyjskich filozofów: Thomas Hill Green, John Hobson i Leonard T. Hobhouse. W swoich pracach ostatecznie odeszli od „starego” liberalizmu i zaproponowali rozwiązania, które wprowadzał koncepcję „enabling state” czyli „państwa umożliwiającego”. Jednym z jego fundamentów były progresywne opodatkowanie (które zalecał już zresztą Adam Smith), publiczna oświata i służba zdrowia czy system ubezpieczeń społecznych. Słowem – wszystko to co złożyło się na system „welfare state” czyli „państwa opiekuńczego” tudzież „państwa dobrobytu„.

Kluczową koncepcją towarzyszącą temu nurtowi myśli była kwestia redystrybucji kapitału. Czy jest czymś sprawiedliwym nakładanie na bogatych o wiele większych podatków i zmuszanie ich do składania się na dobro wspólne? Socjalni liberałowie dowodzili, że tak i znajdowali tutaj poparcie wśród francuskich ‘solidarystów’ z kręgu Emile’a Durkheime’a. Ich argumentacja była następująca: kapitaliści i przedsiębiorcy zawdzięczają swoje bogactwo nie tylko sobie, ale też swoim robotnikom oraz otaczającym ich warunkom społeczno-gospodarczym. W ten sposób zaciągają u społeczeństwa „dług społeczny”, który powinni spłacić poprzez progresywne opodatkowanie i redystrybucję dóbr przez państwo.

John Hobson nacisk kładł głównie na obronę pracowników w ich relacjach z pracodawcami (jako, że z natury są w tych relacjach słabsi i jest im potrzebne wsparcie ze strony państwa) oraz na społeczną kontrolę nad rozwojem gospodarczym. Ujął to w następujących słowach: „Nie istnieje rzeczywista sprzeczność między wolnością jako taką a kontrolą jako taką, ponieważ każda wolność wymaga odpowiedniego aktu kontroli. Prawdziwa sprzeczność zachodzi między kontrolą, która dławi życie osobiste i ład duchowy, a kontrolą, która zapewnia warunki zewnętrzne i materialne dla ich swobodnego, nieskrępowanego rozwoju”.

Innymi słowy – społeczeństwo musi kontrolować swoich przedsiębiorców i ogólny rozwój państwa, tak aby odpowiadało ono interesom jak największej liczby osób.

Koncepcję wolności pozytywnej możemy podsumować w następujący sposób: nie liczy się tylko niezależność od ograniczeń zewnętrznych i od tyranii, ważne jest również stworzenie warunków, które sprawią, że jednostka będzie mogła realizować swoją wolność nie tylko potencjalnie ale też realnie. Człowiek, który urodził się w biednej rodzinie spotyka się na starcie z problemem natury społecznej, z którym on – jako jednostka – nie zawsze może sobie sam poradzić. Problem społeczny trzeba więc rozwiązywać na szczeblu społecznym, czyli na poziomie stowarzyszeń, związków zawodowych i w końcu aparatu państwa.

Odebranie części majątku bogaczowi w żaden sposób nie ogranicza jego wolności, albowiem nie zabiera mu ono możliwości samorealizacji. Nawet jeśli zamiast dziesięciu motorówek będzie mógł kupić tylko sześć – nie wpłynie to realnie na zakres jego wolności. Z kolei pieniądze, które poprzez redystrybucję trafią do człowieka biedniejszego, żyjącego w nędzy, uczynią go realnie wolnym, dadzą mu bowiem możliwość samorealizacji, której wcześniej nie posiadał.

Interwencja państwa jest więc o tyle usprawiedliwiona o ile poszerza ona zakres wolności swoich obywateli oraz oferuje realne warunki do zrealizowania tej wolności. Najwyższą wartością jest wolność jak największej liczby osób. To jak te osoby korzystają z tej wolności (o ile nie ograniczają jej innym) jest już tylko i wyłącznie ich sprawą, albowiem po zagwarantowaniu wolności państwo nie interesuje się już sposobem jej realizacji i nie ingeruje w życie prywatne ludzi (w ich wiarę, przekonania, myśli czy słowa).

Na sam koniec warto wspomnieć o dwóch najwybitniejszych chyba liberałach XX wieku. Pierwszym z nich jest Sir Isaiah Berlin, który jest w dużej mierze autorem koncepcji o dwóch wolnościach – negatywnej i pozytywnej. Berlina uznaje się często za piewcę tej pierwszej, co nie jest jednak do końca zgodne z prawdą. Owszem, Berlin mocno akcentował wolność negatywną, wynikało to jednak w dużej mierze z sytuacji geopolitycznej i faktu, że Berlin brał aktywny udział w konflikcie zimnowojennym po stronie świata kapitalistycznego. Sam przyznał jednak w rozmowach pod koniec swojego życia, że idee wolności pozytywnej są mu bardzo bliskie i się pod nimi podpisuje. Friedricha Hayeka określił mianem „okropnego doktora Hayeka”.

Chciałbym tu jednak zwrócić uwagę na tylko jedną koncepcję Sir Isaiaha Berlina jaką jest „value pluralism” czyli „pluralizm wartości”. Zgodnie z tą zasadą, na świecie istnieje wiele różnych wartości, z których ‘wolność’ jest tylko jedną. Żadna wartość nie jest jednak lepsza od drugiej, są one wobec siebie ‘niewspółmierne’. Mądry liberalizm polega na tym, aby nie absolutyzować żadnej z wartości i pozwalać na to aby jedna wartość równoważyła wartość drugą. Jeżeli stwierdzimy, że istnieje jakaś jednak wartość (może to być wolność) którą trzeba egzekwować kosztem innych wartości – jest to najkrótsza droga do despotyzmu i zniewolenia. Także wartości takie jak ‘sprawiedliwość społeczna’ muszą być również brane pod uwagę.

Drugim wybitnym liberałem XX wieku jest John Rawls, twórca wpływowej „A Theory of Justice” (1971), która stanowiła teoretyczne uzasadnienie modelu państwa opiekuńczego. Najważniejszą myślą tej książki jest koncepcja sprawiedliwości jako maksymalizacji społecznego minimum. Oznacza to tyle, ze nierówność społeczna jest usprawiedliwiona o tyle o ile przyczynia się do wzrostu ogółu dobra społecznego, z którego korzystają tez najniższe warstwy społeczeństwa. Innymi słowy – nierówności mogą się pogłębiać wtedy i tylko wtedy gdy korzystają z tego także ci najbiedniejsi oraz reszta społeczeństwa.

Można by wymieniać wielu innych reprezentantów „nowego liberalizmu” takich jak chociażby Włoch Benedetto Croce, które posunął się na tyle daleko, że stwierdził, iż idea w pełni wolnego rynku nie mieści się w ogóle w tradycji liberalizmu i należy ją ochrzcić innym mianem (Croce proponował „liberyzm”). Nie wydaje się to jednak konieczne, ponieważ wydaje mi się, że ogólna problematyka oraz rozwój doktryny liberalnej został już naświetlony w sposób wystarczający aby uchwycić istotę naszych nieporozumień z pojęciem „liberalizm” (chociaż oczywiście to co zaprezentowałem to jedynie wierzchołek góry lodowej bardzo szerokiej tematyki).

 

Rozwój liberalizmu w praktyce politycznej

Koniec XIX wieku to rosnące wpływy idei „nowego liberalizmu”, które zaczynały być stopniowo wprowadzane w życie przez kolejne rządy. Ku rozpaczy Herberta Spencera Wielka Brytania wprowadziła w 1868 roku obowiązek szkolny, czemu towarzyszyły również inne reformy socjalne. Największy krok do przodu postawił jednak zatwardziały konserwatysta, czyli Otto von Bismarck. W latach 1882, 1884 i 1889 wprowadził on na terenie Niemiec system przymusowych ubezpieczeń zdrowotnych oraz ubezpieczeń emerytalnych, których głównym celem było osłabienie środowisk liberalnych i socjaldemokratycznych oraz złączenie silniejszymi więzami obywateli Rzeszy ze swoim krajem.

Mimo to, koncepcja państwa opiekuńczego jest koncepcją na wskroś liberalną, o czym pisałem już wyżej. I to właśnie liberałowie rozpoczęli realizację pierwszego całościowego i kompletnego modelu „welfare state” w Wielkiej Brytanii. Swoje poparcie dla niego wyraził między innymi Winston Churchill, który w 1908 roku zaapelował o prawo do „powszechnego minimum”, które gwarantowałoby wszystkim ludziom – niezależnie od ich zarobków – godziwe życie. Churchill był jeszcze wtedy członkiem partii liberalnej. Ta sama partia liberalna, pod wodzą lorda H. H. Asquitha i z pomocą lorda Beveridge’a, wprowadziła w Anglii w latach 1906-1914 pierwszy całościowy model państwa opiekuńczego. Składały się na nią ustawa o systemie emerytalnym (Old Pensions Act), ustawa o minimalnych płacach (Trade Board Act) czy ubezpieczenie od chorób i bezrobocia (Health and Unemployment Insurance Bill).

Okres po II wojnie światowej był czasem powszechnego „konsensusu socjaldemokratycznego” (o czym pisał m.in. Tony Judt) i w zasadzie wszystkie kraje zachodnie wprowadzały w ten czy inny sposób politykę państwa opiekuńczego. Również za oceanem, od czasów Franklina D. Roosvelta aż do lat ’70 XX wieku rząd amerykański prowadził politykę umiarkowanie interwencjonistyczną i socjaldemokratyczną. Był to zarazem okres największego rozkwitu gospodarczego, politycznego i – pod wieloma względami – kulturowego Zachodu. Nikt w zasadzie nie śmiał negować tego, że rząd odpowiada nie tylko za bezpieczeństwo prywatne swoich obywateli, ale także za ich dobrobyt i zatrudnienie.

Jak już pisałem powyżej – konsensus ten załamał się w latach ’70 XX wieku i był uznawany za nieaktualny aż do wybuchu kryzysu w 2008 roku. Od tego czasu żyjemy w swoistym okresie przejściowym i nie udało się Zachodowi póki co wypracować nowej formuły polityczno-gospodarczej. Keynes wraca do łask, ale sposób jego zastosowania do dzisiejszej zglobalizowanej i upłynnionej gospodarki jest cały czas kwestią debat.

Abstrahując od polityki ekonomicznej – także model ‘demokracji liberalnej’ jako gwaranta zapewnienia pewnych podstawowych zdobyczy wolności negatywnej znajduje się pod obstrzałem. W obliczu zagrożenia terroryzmem sporo mówi się o ukróceniu pewnych wolności liberalnych, kontrowersje wzbudza też wszechwładza instytucji monitorujących naszą prywatność. Jak z tymi problemami powinien się uporać liberalizm w XXI wieku? Na Zachodzie Europy trwają na ten temat debaty, tymczasem Polacy trwają ciągle w prehistorycznym rozumieniu liberalizmu jako naiwnej apologii wolnego rynku.

 

Budowa liberalizmu w Polsce

Tekst powyższy pełni jedną funkcję – stara się on wykazać, że pochwała wolnego rynku nie stanowi warunku koniecznego bycia liberałem, a stanowi wręcz mniejszość biorąc pod uwagę całokształt tego nurtu myśli. Nie oznacza to, że ta czy tamta koncepcja liberalizmu jest słuszna lub nie. Wstrzymuję się od takich sądów. Zwracam jednak uwagę, że sprowadzanie całej dyskusji do pochwały wolnego rynku zubaża dyskusję i – jeśli towarzyszą temu autorytatywne stwierdzenia sprowadzające cały problem do radykalnego leseferyzmu – stanowią przekłamanie historyczne.

Oczywiście, liberał nie może być zwolennikiem gospodarki centralnie sterowanej, takiej jakiej chcieli marksiści. Sęk w tym, że między tymi dwoma skrajnościami rozciąga się cały wachlarz rozwiązań pośrednich. Żadne rozwiązanie nie jest ostateczne i do każdego społeczeństwa pasują inne modele gospodarczo-polityczne, tak że wiara w to, że wolny rynek stanowi optymalne rozwiązanie dla wszystkich krajów i gospodarek jest myśleniem życzeniowym i utopijnym.

Problem Polski polega głównie na tym, że w kraju naszym nie ma tradycji liberalnej. Wbrew obiegowym opiniom, I Rzeczpospolita ze swoją „złotą wolnością szlachecką” nie może być uznana za prekursora myśli liberalnej. Po pierwsze, wolność ta tyczyła się bardzo wąskiej grupy społecznej (na Zachodzie Europy w tym samym czasie nie było oczywiście o wiele lepiej), po drugie, wolność ta była koncepcją kolektywistyczną a nie indywidualną (czego wyrazem była instytucja „liberum veto”, zakładająca, że kolektyw szlachecki musi być jednomyślny) i w końcu po trzecie – nie stanowiła ona narzędzia modernizacji, ale wręcz przeciwnie – była hamulcem rozwoju i umacniała tendencje konserwatywne, które przyczyniły się nie tylko do zacofania Polski oraz jej rozkładu, ale też do zapóźnienia cywilizacyjnego, które trwa po dziś dzień. Wbrew kłamliwym twierdzeniom propagowanym przez środowiska związane z IPNem, to nie PRL jest winny zacofaniu Polski (chociaż mógł je umocnić), tylko jego główna przyczyna leży w bezmyślnej polityce polskiej szlachty w wieku XVII czy XVIII.

Przez okres zaborów myśl liberalna także się nie wykształciła, chociaż jej pojedyncze elementy przenikały do bardziej wykształconych grup społecznych. Były to jednak elementy, a nie spójna i całościowa filozofia. Głównie była ona zresztą używana instrumentalnie przez m.in. ziemiaństwo i arystokrację aby umocnić swoją pozycję społeczno-ekonomiczną.

Także w dwudziestoleciu międzywojennym polska myśl liberalna nie ukazała się jako samodzielna siła, chociaż jej elementy „prześwitywały” w działaniach polskich socjalistów z PPS. Jest to jednak o tyle zrozumiałe, że okres dwudziestolecia międzywojennego był czasem ogólnego kryzysu liberalizmu w Europie.

W końcu okres PRL – kraju, który na swoich sztandarach miał wywieszone najbardziej antyliberalną koncepcję jaka tylko może istnieć. Owszem, po 1956 roku doszło do daleko idącej liberalizacji systemu, ale liberalizm pozostawał formalnie głównym wrogiem realnego socjalizmu do samego końca. W latach ’70 XX wieku zaczęła się w Polsce wykształcać formacja, którą prof. Jerzy Szacki określił mianem „protoliberalizmu”. Stawali oni w obronie praw człowieka i ludzkiej godności (KOR, ROPCiO, Solidarność), ale popełnili parę zasadniczych błędów. Należały do nich przesadnie wrogi stosunek do instytucji państwa, brak programu ekonomicznego i nieuwzględnienie problemu pluralizmu społecznego. Za powszechnie przyjętą normę uznano „jedność moralną” wszystkich Polaków, która objawiła się m.in. w okresie karnawału Solidarności. Nie wzięto pod uwagę, że konflikty stanowią naturalną i niezbędną część istnienia współczesnego społeczeństwa i dlatego trzeba nauczyć się żyć z tą atmosferą ambiwalencji, która stanowi nierozłączny element naszej egzystencji. Sęk w tym, aby konflikty przybrały cywilizowany kształt i znajdowały ujście w polskim życiu publicznym. Popularność osób takich jak Paweł Kukiz to pokłosie tego pragnienia „jedności narodowej” która jest czystą utopią. Piosenkarz ten śpiewa w jednym ze swych utworów na temat uczestników obrad Okrągłego Stołu: „Naród pokłócili, Polskę zrujnowali”. To drugie stwierdzenie jest kwestią do dyskusji, ale to pierwsze to przejaw utopizmu, który stanowi – moim zdaniem – konsekwencję błędów myślowych polskich (proto)liberałów.

Ignorancja w kwestiach ekonomicznych połączona z jeszcze jedną cechą polskich liberałów – poczuciem moralnej wyższości i paternalistycznym spojrzeniem na resztę społeczeństwa –doprowadziły do szeregu błędów, które po dziś dzień odbijają się cieniem na III RP. Kwestię tę omówiłem szczegółowo w innym swoim artykule[2]. Warto tu jednak dodać, że ignorancja ekonomiczna wczesnych polskich liberałów sprawiła, że kwestie ekonomiczne dostały się w ręce skrajnych neoliberałów (z Leszkiem Balcerowiczem na czele). W tym należy też upatrywać przyczyn dla utożsamiania przez Polaków liberalizmu z apologią wolnego rynku.

————————-

Wielką szansą dla polskiej lewicy może być próba odzyskania pojęcia „liberalizmu” dla siebie. Ale zadanie należy to do wszystkich sił politycznych oraz do intelektualistów i zwykłych ludzi, którzy przyjmują bardzo szeroki konsensus liberalny. Zanim zacznie się apelować do uczuć liberalnych, najpierw trzeba ten liberalizm zbudować od podstaw. A budowla taka może się udać tylko przy podstawowej świadomości i wiedzy historycznej.

 

Mateusz Kuryła

 

[1] http://pikio.pl/prawica-i-kaczynski-do-wladzy-jak-najszybciej/

[2] http://pikio.pl/glupota-liberalow-czyli-wszystkie-bledy-iii-rp/

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas

Zobacz również