UDOSTĘPNIJ

W najbliższych wyborach prezydenckich zamierzam oddać głos na pana Bronisława Komorowskiego. Nie będzie to przyjemne głosowanie, bowiem prezydent Komorowski nie jest osobą blisko mi ideowo. Nie podoba mi się jego neosarmacki, rubaszny styl i zamiłowanie do polowania; nie zgadzam się z jego koncepcją zwiększenia wydatków na zbrojenia do 2% PKB; razi mnie jego brak zdecydowania w kwestiach światopoglądowych. Ale co najgorsze – jest to prezydent bez dalekosiężnej wizji, kontynuator polityki „ciepłej wody w kranie”, który nie ma pomysłu na Polskę. Ten pomysł jest potrzebny, aby wydostać się z obecnego ideowego marazmu i społeczno-politycznej apatii.

Nie będzie to więc głos ‘za’, ale ‘przeciw’. Głos przeciwko plejadzie kandydatów niepoważnych, śmiesznych czy niekiedy wręcz lekko strasznych. Ta przedziwna menażeria miała szansę pokazać na co ją stać w przekomicznym wydarzeniu, które ktoś nieopatrznie nazwał „debatą”. Wprowadzono nowy standard, zgodnie z którym debata to suma monologów, a jej uczestnicy zamiast dyskutować, przypominają uczestników ‘Jednego z Dziesięciu’. Pół biedy gdyby było to jeszcze ‘Najsłabsze Ogniwo’ z ciętymi ripostami pani Kazimiery Szczuki. Zamiast tego wyszło jednak coś mdłego, sztucznego i zwyczajnie śmiesznego.

Kandydatów można by podzielić oględnie na dwie grupy. Pierwsza to tak zwani „antysystemowcy”, czyli głównie prawicowi radykałowie, a drudzy to komercyjne lalki i produkty PRowskiego marketingu. Zacznijmy od grupy pierwszej.

Spośród wszystkich kandydatów szczególna uwaga już na samym wstępie należy się panu Grzegorzowi Braunowi. Staram się nigdy nie używać mocnych słów i darzyć szacunkiem każdego człowieka (na przekór dzisiejszej kulturze medialnej). Ale słuchając tych wstrętnych wynurzeń tego pana, blisko mi do odruchu wymiotnego. Jego antyżydowskie wstawki były obrzydliwe i wprowadziły zupełnie nową jakość do polskiej debaty publicznej. Antysemityzm wraca do łask – ale już nie w postaci takiej jak głupia wpadka Wałęsy z 1990, tylko jako w pełni świadome narzędzie polityczne. Hannah Arendt na próżno rozpisywała się na kilkuset stronach ‘Korzeni totalitaryzmu’ – w Polsce, gdzie nikt tak grubych książek nie czyta, wracamy do podstaw. Ale dzięki Bogu, nie są to już korzenie totalitaryzmu. Wynurzenia pana Brauna to raczej korzenie głupoty i religijnego fundamentalizmu. Marginalnego, ale wartego odnotowania.

Pal licho wypowiedzi samego pana Brauna. Zebrał 100 tysięcy głosów to trzeba go zaprosić i dać mikrofon. Pełna zgoda, nie mam nic przeciwko. To co szokuje to brak reakcji ze strony pozostałych uczestników debaty i prowadzącego. Jak można takie uwagi puszczać płazem?! Czemu nikt panu Braunowi nie zwrócił uwagi, czemu prowadzący nie wyprosił go ze studia? Pan Braun był gościem i do pewnych podstawowych zasad dyskusji należy się dostosować. Nawet nie trzeba było koniecznie wypraszać, wystarczyła uwaga i nagana. Tymczasem reszta kandydatów oraz prowadzący debatę sami wzięli na swoje barki część odpowiedzialności za te skandaliczne przytyki pana Brauna.

Reszta jest milczeniem. Oprócz Żydów za niedolę Polski odpowiedzialni są… tak, właśnie tak – masoni. Intronizacja Chrystusa na króla Polski i broń jądrowa dla polskiej armii to już nie egzotyka, to po prostu inna galaktyka. Ale mam bardzo silne przeczucie, że sam pan Braun nie traktuje tego do końca serio. Na debacie sprawiał wrażenie zdystansowanego i tak jakby z pobłażaniem i przymrużeniem oka podchodził do całej dyskusji. W końcu w kontekście zbliżającej się 1050 rocznicy chrztu Polski wszystko inne musi się wydawać jeno błahostką. Szczególnie ten wstrętny, sterowany przez loże i kliki świat.

Pan Marian Kowalski zaskoczył wysokim poziomem swojej kampanii, spójnym programem i umiejętnością jego przekazania, a także niezłym merytorycznym przygotowaniem. To trzeba mu oddać. Zdarzyły się mu nawet w miarę udane riposty – dosyć siermiężne, ale jak na przedstawiciele Ruchu Narodowego i tak świetne. Brawo! Robić wrażenie musi także jego postura, która mogłaby wprowadzić w kompleksy samego Władimira Putina. Gdyby nie moje poglądy, z chęcią z panem Kowalskim bym nawiązał znajomość. Przed Putinem by mnie nie obronił, ale taki stróż w trakcie nocnego spaceru po ciemnych uliczkach polskich miast to byłby prawdziwy skarb.

Pod względem programu i poglądów jest to jednak nacjonalistyczny standard. Prawicowy radykalizm posunięty do ekstremy – maksymalna wrogość do UE i do ‘lewactwa’, państwo de facto wyznaniowe, militaryzacja społeczeństwa… Całe szczęście, Ruch Narodowy to co najwyżej dwa procenty z hakiem i więcej najprawdopodobniej nie będzie.

Panowie Jacek Wilk i Janusz Korwin-Mikke rozstali się jakiś czas temu politycznie, ale nie powinno to nas zmylić. Zarówno KNP jak i KORWiN stoją otwarcie na straży jednego dogmatu: jak najwięcej wolnego rynku, jak najmniej państwa, podatków i sfery publicznej. Sęk w tym, że posunięte jest to do utopijnej skrajności. Panowie chcą zlikwidować (!) podatek dochodowy, czym Polska stanęłaby w szlachetnym gronie Somalii, Omanu oraz Zachodniej Sahary. Z tą różnicą, że piasku w Polsce jest trochę mniej. Zbliżymy się nieco do Białorusi (pan Marian Kowalski się uśmiecha) dzięki przywróceniu kary śmierci. No i wyjdziemy z Unii Europejskiej (to już domena p. Korwin-Mikkego, pan Wilk jest bardziej umiarkowany), bo tylko wtedy te postulaty będzie można zrealizować.

Młodzi ludzie lubią utopię i to jest ich święte prawo. W okresie po 1945 roku wielu uwierzyło w wizję świata uspołecznionego, w którym odpowiedź na wszystkie pytania oferują żelazne prawa Historii oraz marksizm. Maszerowali, skandowali, chcieli zmienić świat i myśleli że wiedzą jak. Teraz mamy powtórkę. Wielu młodych ludzi wierzy w świat sprywatyzowany, w którym odpowiedź na wszystkie pytania oferuje wolny rynek oraz neoliberalizm. Klikają i stukają na klawiaturze, chodzą na wykłady pana Korwin-Mikkego, chcą zmienić świat i myślą, że wiedzą jak. I super. Razi tylko skrajny radykalizm, brak empatii do innych ludzi (tak, też tych koczujących pod budką z piwem) oraz brak oczywistych wniosków z historii. Od lat ’70 i ’80 państwo opiekuńcze się rozrasta czy maleje? Przyczyną kryzysu 2008 roku był „rozbuchany socjal” czy finansjalizacja polegająca na kreowaniu rozmaitych instrumentów finansowych i oderwaniu się kapitału od realnej gospodarki? Heloł!

Pan Paweł Kukiz przypomina pana Palikota z 2010 roku, jest celebrytą który sprawia wrażenie autentyczności i przygarnia niewyrobionych jeszcze wyborców swoją wyrazistością. Ci którzy zazwyczaj nigdy nie głosują dają się porwać urokowi pana Pawła i jego pasji. Muzykiem jest wyśmienitym, co trzeba mu oddać. Jego twórczość to już klasyka polskiego rocka. Problem w tym, że w kwestiach politycznych jest ignorantem i wcale tego nie ukrywa. Jest zafiksowany na punkcie JOWów, które nie tylko nie rozwiążą większości problemów polskiej polityki (to na 100%), ale mogą się okazać ogólną porażką (tu trwają debaty). Nie jest to rzecz warta takiego szumu i nadziei. JOWy są po prostu przereklamowane.

W innych kwestiach jest mgliście i niewyraźnie. Pan Kukiz lawiruje i ciężko sklasyfikować jego poglądy. Płynie z nurtem ‘korwinowskim’ i chce zmniejszenia państwa, ale sympatyzuje też ze związkami zawodowymi. Opowiada się po stronie wartości katolickich ale popiera legalizację związków partnerskich. Gdyby to było ułożone w eklektyczny, oryginalny, spójny program – to byłaby gratka! Ale wygląda to raczej jak błądzenie po omacku niewyrobionego politycznie rockmana.

Postać p. Pawła Kukiza jest więc raczej przypadkiem politycznego happeningu, który może przyciągnąć na krótką chwilę tych, którzy brzydzą się polityką ‘głównego nurtu’. Ale ten ‘nurt alternatywny’ przypomina raczej grząskie torfowisko niż wyrazisty prąd rzeki.

 

W tym momencie przechodzimy do drugiej kategorii – sztucznych, marketingowych wytworów speców od kampanii wyborczych.

 

Pan Andrzej Duda jest gdzieś na styku obydwu grup. Sztucznie wykreowany działacz drugiego garnituru PiSu miał przyciągnąć bardziej centrowy elektorat, ale sądząc po sondażach, poszło to raczej marnie. Pan Duda niewiele jednak znaczy. Oddanie na niego głosu to pośrednie wsparcie Jarosława Kaczyńskiego, Antoniego Macierewicza i Krystyny Pawłowicz. Jest to głos przeciwko demokracji liberalnej, a za quasi-autorytaryzmem który w swoich krajach wprowadzają Viktor Orban czy Recep Tayyip Erdoğan. Jest to wsparcie projektu ideologicznego IV RP, który nigdy nie umarł a jest jedynie chwilowo uśpiony.

Owszem, w porównaniu z panem Kowalskim czy Korwin-Mikkem, radykalizm PiSu wydaje się być o wiele mniej radykalny i bardziej stonowany. Ale jest to jednocześnie jedyny projekt realny. Ani ruch narodowy ani korwiniści nie dojdą nigdy do władzy, za to PiS ma na to bardzo realne szanse. Jeśli do tego dojdzie to trudno, przemęczymy się. Może właśnie w warunkach IV RP będzie mógł się odrodzić etos lewicy oraz liberalizmu. Ale mimo wszystko – samemu przykładać osobiście rękę do zwycięstwa pana Kaczyńskiego to po prostu wstyd. Szczególnie poprzez protezę jaką jest pan Duda – polityk sztuczny, wyciągnięty prosto z podręcznika do politologii (ale nie pod hasłem ‘mąż stanu’ tylko ‘typowy polityk’, ewentualnie ‘karierowicz’).

Polskie Stronnictwo Ludowe na swojego kandydata wysunęło Adama Jarubasa. Kiedy patrzy się na niego to do głowy przychodzi wizerunek Waldemara Pawlaka z lat ’90. A konkretnie jego nieporadność, sztuczność i infantylność. Waldemar Pawlak wydoroślał jednak politycznie i stał się rozsądnym, umiarkowanym politykiem. Jak będzie z panem Jarubasem ciężko stwierdzić.

Jego postulaty są podobnie kiepskie jak jego prezencja. Wzmocnienie armii i zwiększenie liczby żołnierzy to idealny przykład. Postulat głupi oraz żerujący na społecznym lęku przed inwazją rosyjską. Problem w tym, że takiego ryzyka nie ma. Nakręcana spirala psychozy wojennej jest bardzo wygodnym narzędziem do manipulowania opinią publiczną i nasi politycy w ogromnej części nie mają obaw przed wprawnym używaniem tego narzędzia. Zakładając jednak nawet, że wydarzy się prawdziwy cud i Rosja jednak zaatakuje Polskę – jakie znaczenie będzie miało, czy w polskiej armii będzie kilkanaście tysięcy osób więcej lub mniej? Bez wsparcia naszych sojuszników, jedyne co możemy zrobić to podpisanie aktu natychmiastowej kapitulacji. Polska armia nigdy w historii nie uratowała naszego kraju przed jakimkolwiek zagrożeniem (w 1920 uratował nas CUD, co przyznają nawet sympatycy marszałka Piłsudskiego) i z dużą dozą pewności nie obroni także dzisiaj. Jakakolwiek walka będzie głupotą i marnowaniem cennego życia Polaków. Ale to wszystko jest – jeszcze raz zaznaczę – political fiction. Polska bać się Rosji nie musi. (Uwaga: prezydent Komorowski również chce zwiększenia wydatków na wojsko. To też głupi postulat, ale w przypadku dawnego ministra obrony narodowej i prawdziwego eksperta od spraw obronności brzmi to o wiele bardziej przekonująco niż u pana Jarubasa).

Poza tym stara śpiewka – podatki zbyt wysokie, państwa zbyt dużo, przedsiębiorczość tłamszona etc etc. Jakieś pojedyncze ciekawy pomysły (przekształcenie Senatu w izbę samorządowo-finansową) giną w potoku obietnic i przewidywalnych bzdur. Aż szkoda słuchać.

Pisząc o pani Magdalenie Ogórek, robi mi się niesamowicie przykro. Jak partia, którą popieram, mogła wystawić kogoś takiego? Nie mam nic przeciwko pani Ogórek jako osobie, możliwe, że jest bardzo sympatyczną kobietą z dobrym sercem i niebanalnym intelektem. Ale jej poglądy sprawiają wrażenie szytego na miarę towaru marketingowego, ułożonego przez sztab PRowców pod kątem nastrojów społeczeństwa. Wiadomo, że tego typu rachuby marketingowo-polityczne grają swoją rolę, ale pewnej granicy przekraczać nie można. SLD i pani Ogórek przekroczyły ją zdecydowanie już od samego początku i te 3-4% poparcia to w pełni zasłużona kara.

Od rzeczy mniej ważnych – należy dofinansować wywiad bliskowschodni, a zamach terrorystyczny w Polsce to kwestia czasu. Co za bzdura. Podstawowym problemem Polski jest problem ukraiński, a jeśli już koniecznie patrzeć na Południe, to raczej na kwestie imigranckie, które mogą nam rzeczywiście spędzać sen z powiek. Państwo Islamskie nam nie grozi. Mamy więc szczyptę islamofobii.

Dalej – powołanie gwardii narodowej i zachęcanie zwykłych Polaków do obrony swojego kraju. Armia zawodowa jest za słaba więc państwo Nowakowie powinni wziąć szab… tfu!, strzelby w dłoń i walczyć z Rosjanami. Mhm.

Napisanie prawa od nowa. To już jest kosmos i sama pani Ogórek się w tym w pewnym momencie zorientowała. Zweryfikowała ten postulat i teraz mamy propozycję napisania od nowa prawa podatkowego. Prawo, prawo podatkowe, taki tam drobiazg. Ma być ono prostsze i bardziej przejrzyste. Tak, każdy by tego chciał – tylko jest jeszcze jeden warunek, musi być ono mianowicie skuteczne i tu może być już trudniej. Prostota jest czymś pożądanym, ale nie jest celem samym w sobie.

Poza tym – ulgi dla przedsiębiorców, niższe podatki etc etc. W trakcie ostatniej debaty pani Ogórek starała się połączyć te neoliberalne postulaty z ‘państwem socjalnym’. Wyszła powtórka ze skompromitowanej Trzeciej Drogi Blaira.

Wygląda to tak: badania socjologiczne i wyniki wyborów wskazują, że młodzi są coraz mocniej wolnorynkowi. A więc tworzymy program de facto neoliberalny, traktując tych młodych ludzi niczym idiotów, którym można wcisnąć dowolny kit, licząc że się sprzeda. Jest jeden problem – jeśli ktoś jest radykalnym wolnorynkowcem to i tak będzie wolał oryginał (jak p. Korwin-Mikke) niż podróbkę, a podróbka ta straci także dotychczasowych wyborców.

Popieram i będę popierał SLD (stara miłość nie rdzewieje), ale na panią Ogórek nie zagłosuję. Gdyby to była kandydatka o nazwisku ‘Pomidor’ to jeszcze bym dla żartu zagłosował. Ale to nie jest nawet żart, to bardzo kiepski suchar. (Żeby nie było – nie natrząsam się z nazwiska kandydatki. Natrząsam się z jej programu. Żart z nazwiska to jedynie pochodna rozpaczy jaką czuję).

Pan Paweł Tanajno to wielka zagadka i tajemnica. Nikt go nie zna (sam się do tego rozbrajająco przyznał w trakcie debaty), ale jakimś cudem zdobył te 100 tys. głosów, których nie zdobyły panie Nowicka i Grodzka. Debata rozwiała jednak resztki nadziei. Pyskówka z prowadzącym w sprawie czasu na odpowiedź, drętwe i sztuczne bezpośrednie zwroty do telewidzów oraz miszmasz wzniosłych haseł i mętnych obietnic. Te 0% w sondażach nie wynikają jak widać z ‘ukrycia’ kandydata przez media.

Zdecydowanym zwycięzcą ostatniej debaty był dla mnie zdecydowanie Janusz Palikot. Może zbytnio teatralnie akcentował konserwatyzm swoich konkurentów, ale miał ku temu w końcu przesłanki. Jego wizja obronna, w której zamiast wojska prym wiodą gospodarka i kultura, była zdecydowanie najsensowniejsza z przedstawionych. Udało mu się retorycznie wypunktować konkurentów i zaprezentował się jako jedyny na sali profesjonalny polityk. Ba! wiedział nawet gdzie jest kamera i gdzie się patrzeć, co dla większości kontrkandydatów było sporym problemem.

Z panem Palikotem jest zaledwie jeden, mały problem – nie wierzę mu nawet na słowo. Swoim poziomem cynizmu w ostatnich latach wyróżnił się nawet na tle polskiej polityki i kto wie czy nie zbliżył się do poziomu Jarosława Kaczyńskiego. Ciężka to obelga, ale pan Palikot na nią niestety zasłużył.

————————————

Jedno rzuca się w oczy patrząc na tych wszystkich kandydatów, a mianowicie ich monotematyczność i brak znacznego zróżnicowania jeśli chodzi o poglądy. W kwestii Ukrainy wszyscy, jak jeden mąż, twierdzą, że trzeba prowadzić „realpolitik” i trzymać się jak najdalej od tego konfliktu. Oczywiście, o pójściu na wojnę z Rosją nie myśli nawet największy szaleniec. Ale aż tak daleko posunięty egoizm może się nam odbić czkawką. Wartości nie mogą być oczywiście główną motywacją działania politycznego, ale nie można też ich całkiem ignorować. Na państwie ukraińskim dokonywany jest gwałt, którego dopuszcza się Rosja i ignorowanie tego faktu oznaczałoby moralne bankructwo naszego państwa. Musimy być pragmatyczni, opierać się na dyplomacji i trzymać pewien dystans – ale kompletne izolowanie się od sprawy ukraińskiej to wyłącznie schlebianie najgorszym pobudkom naszego społeczeństwa. Nie tędy droga.

Drugi powszechny konsensus to atak na państwo, na podatki oraz na wszelkie formy redystrybucji i interwencjonizmu państwowego. Ponownie, jest to schlebianie obiegowym, uproszczonym i często po prostu nieprawdziwym opiniom. Prawda jest taka: Polska nie ma rozbuchanego „socjalu”, wręcz przeciwnie – mocno on u nas kuleje. Podatki dochodowe są skutecznym narzędziem redystrybucji kapitału, która pozytywnie wpływa na rozwój gospodarczo-społeczny. Podatki VAT – nieco gorszym, ponieważ uderzają w najbiedniejszych. Deregulacja i zdanie się na siły wolnego rynku prowadzą do wzrostu nierówności i pewnych patologii, co odbija się na ogólnym dobrobycie. Wolny rynek to świetna rzecz – ale potrzebuje twardych i wyraźnych regulacji prawnych i instytucjonalnych, progresywnej redystrybucji kapitału oraz sfery darmowych świadczeń społecznych. To nie są ani trochę radykalne hasła. Radykalne są hasła o potrzebie państwa minimum i likwidacji wszelkich zasiłków czy podatków dochodowych. ‘Państwo-minimum’ to szklane odbicie ‘państwa-maksimum’, czyli szkodliwa, fundamentalistyczna wizja ideologiczna. Odpowiedź na nasze bolączki tkwi pośrodku. A biorąc pod uwagę dzisiejsze uwarunkowania – to zdecydowanie bliżej lewej strony.

—————————————-

Nie przychylam się do niektórych katastroficznych wizji, zgodnie z którymi powinniśmy zrezygnować w ogóle z powszechnych wyborów prezydenckich. Te wybory były wyjątkowe, ponieważ z góry wiadomo było kto je wygra. Prezydent Bronisław Komorowski został zwycięzcą jeszcze przed startem kampanii wyborczej, a więc pozostałe partie musiały wystawić kogoś kto i tak przegra, ale którego przegrana będzie mało znaczyła. Pojawili się więc aktorzy (i aktorka) mający robić dobrą minę do złej gry. A przy okazji, część środowisk radykalnie postanowiła uszczknąć nieco głosów na tej komicznej kampanii.

Myślę, że za 5 lat wszystko wróci do normy. Pan Komorowski nie będzie mógł już startować, a nowy kandydat będzie musiał walczyć o władzę od podstaw. Znowu walka wróci na swoje zwyczajne tory.

Te wybory mogą być satysfakcją i mini-sukcesem dla wszelkiej maści dziwaków oraz radykałów, którzy grając na znudzeniu i konsternacji Polaków będą chcieli wbić się na naszą scenę polityczną. Nie zamierzam dać im tej satysfakcji. W tych wyborach nie głosuję NA pana Komorowskiego, tylko PRZECIW panom Korwin-Mikkemu, Wilkowi, Kowalskiemu, Kukizowi, Dudzie czy pani Ogórek. Jedyny realny sposób na oddanie tego typu głosu to postawienie krzyżyka obok nazwiska tego wcześniejszego. Głos nieważny? Nad tym też myślałem, ale ostatecznie się nie zdecydowałem. Byłoby to działanie, które koniec końców faworyzowałoby prawicowych fundamentalistów i PR-owe manekiny, które mogłyby się chwalić jak mało zabrakło im do pana Komorowskiego. Niedoczekanie.

Mateusz Kuryła