UDOSTĘPNIJ

W debatach politologicznych często dyskutuje się na temat ordynacji wyborczej w Polsce. Swoimi poglądami ścierają się zwolennicy obecnie przyjętych rozwiązań oraz reformatorzy domagający się zmian. Jednym z elementów systemu wyborczego, który jest poddawany pod dyskusję jest próg wyborczy. Generalnie dominują trzy postawy: pozostawienia progu na poziomie 5%, obniżenia go oraz całkowitego zniesienia. Najmniej prawdopodobna (także w wyniku doświadczeń z pierwszych całkowicie wolnych wyborów parlamentarnych z 1991 roku) wydaje się rezygnacja z klauzuli zaporowej. Istotną i sporną kwestią pozostaje natomiast ewentualność obniżenia progu wyborczego. Najczęściej postulowaną wysokością wśród entuzjastów takiego rozwiązania jest próg na poziomie 3%. Wydaje się, że wówczas próg dla koalicji wyborczych mógłby wynosić 6% (zachowano by proporcję 3% różnicy między progami dla partii i koalicji). Właśnie takie rozwiązanie zostanie przyjęte do dalszych rozważań jako moim zdaniem optymalne.
Wybory parlamentarne z 2015 roku rzucają nowe światło na tę dyskusję. Dotąd problem ten nie niósł za sobą istotnej wartości praktycznej a pozostawał jedynie sporem akademickim. Wynika to z faktu, że poparcie dla partii politycznych w poszczególnych wyborach kształtowało się tak, że obniżenie progu wyborczego nie zmieniałoby zbyt wiele w powyborczej sytuacji. Niemniej warto dokonać przeglądu sytuacji w kolejnych wyborach, w celu udowodnienia powyższych tez. W elekcji z 1993 roku obniżenie progu skutkowałyby co prawda wejściem do parlamentu jednego podmiotu więcej (Katolicki Komitet Wyborczy „Ojczyzna” jako koalicja uzyskał 6,37%), jednak koalicja SLD-PSL uzyskała ponad 65% liczby mandatów, więc obecność „Ojczyzny” w Sejmie nie nadszarpnęłaby znacząco koalicji rządzącej. Z kolei w wyborach z 1997 roku Unia Pracy zyskałaby na obniżeniu progu (poparcie 4,74%). Jednak byłaby najmniejszą partią w parlamencie, a koalicja AWS-UW pozostałaby niezagrożona. Następne głosowanie przeprowadzone w 2001 roku zakończyłoby się obecnością w parlamencie dodatkowo Unii Wolności (poparcie 3,10%), blisko przekroczenia, ale jednak pod progiem znalazłaby się Akcja Wyborcza Solidarność Prawicy (5,50% jako koalicja). W tej sytuacji beneficjenci obniżenia progu także nie stanowiliby zagrożenia dla koalicji rządzącej (SLD-UP i PSL) (zwłaszcza, że za wotum zaufania dla rządu L. Millera głosowała także Samoobrona RP; w tekście rozważa się sytuacje bezpośrednio po wyborach, pomijając późniejsze perturbacje rządowe związane z odwołaniem ministrów z PSL). W wyborach 2005 na obniżeniu progu zyskałaby Socjaldemokracja Polska (3,89%). Pomimo niewielkiej większości rządu PiS-Samoobrona-LPR (łącznie 245 mandatów), nowa partia nie stanowiłaby przeszkody dla utworzenia tego rządu (zwłaszcza przy metodzie d`Hondta). Pomimo tego ów rząd nie przetrwał pełnej kadencji i kolejne wybory zorganizowano w 2007 roku. Wówczas obniżenie progu nie wywarłoby żadnego wpływu na powyborczą sytuację i nie wprowadziło do parlamentu żadnej nowej siły. Kolejna elekcja z 2011 roku przyniosłaby podobne rozstrzygnięcie. Obniżenie progu nie skutkowałyby udziałem w podziale mandatów żadnej nowej siły.
Powyższy przegląd wskazuje, że w latach 1993-2011 obniżenie progu wyborczego nie przyniosłoby znaczących zmian w składzie parlamentu, a tym bardziej w procesie tworzenia się koalicji rządowych. Stąd tez zrozumiały brak szczególnie ożywionej dyskusji (co nie oznacza, że czasem nie prowadzonej) na temat opisywanego elementu systemu wyborczego. Większe zmiany wprowadzano w obrębie metody wyborczej oraz wielkości i ilości okręgów. Tymczasem obniżenie progu na poziom 3% dla partii i 6% dla koalicji w wyborach 2015 przyniosłoby zaskakujące rezultaty i istotne zmiany w funkcjonowaniu parlamentu. Listy wyborcze na terenie całego kraju zarejestrowało 8 komitetów. Ostatecznie do parlamentu weszło 5 z nich, a zwycięzca PiS zdołał utworzyć pierwszy w historii III RP samodzielny rząd (zdobywając 235 mandatów – przy istotnej nadreprezentacji). Obniżenie progu skutkowałoby udziałem w podziale mandatów aż 3 komitetów więcej – Zjednoczonej Lewicy (7,55 jako koalicja), partii KORWiN (4,76%) oraz partii Razem (3,62%). Z pewnością oznaczałoby to niemożność zdobycia większości przez PiS. Ponadto zniwelowany zostałby także wpływ metody wyborczej (korzystnej dla dużych partii), gdyż malutkie ugrupowania zdobyły jedynie 0,7% głosów w skali kraju. Nie zaszłaby więc nadreprezentacja, a procent uzyskanych głosów niemal dokładnie przełożyłby się na procent mandatów. W wyniku tego niemożliwa stałoby się nie tylko samodzielne rządzenie przez PiS, ale nawet koalicji PiS-Kukiz`15 – łącznie komitety te uzyskały 46,4% poparcia. Wydaje się, że przy braku nadreprezentacji nie pozwoliłoby to uzyskać ponad 50% mandatów, czyli większości. Bez udziału partii KORWiN niemożliwa byłaby także koalicja „antypisowska” – PO, Nowoczesna, ZL, PSL i Razem wspólnie uzyskaliby blisko 48% poparcia, wydaje się, że zabrakłoby kilku mandatów do większości i stworzenia największej koalicji w historii III RP. Znając orientację Janusza Korwina-Mikke (w ostateczności bardziej proPiS, niż proPO) możliwe byłyby dwa scenariusze: trójstronna koalicja PiS-Kukiz`15-KORWiN lub rząd mniejszościowy PiS-Kukiz`15 za cichym przyzwoleniem i poparciem (przynajmniej w części spraw) partii KORWiN. Kto mógłby przypuszczać, że niewielka w istocie zmiana ordynacji wyborczej mogłaby spowodować, że wieczny outsider polskiej polityki JKM stałby się języczkiem u wagi dla funkcjonowania rządu i parlamentu po wyborach 2015. Tak fundamentalna zmiana w składzie Sejmu, która mogłaby być spowodowana zmianą wysokości progu wyborczego winna skutkować ponownym przeanalizowaniem tej kwestii w debatach politologicznych. Jednakże skutki ośmiopodmiotowego składu parlamentu, jaki mógłby zaistnieć to już temat na osobną dyskusję.