UDOSTĘPNIJ

Pani Janka nie jest w stanie dłużej panować nad swoją rozpaczą. Łzy jak groch toczą się po jej elegancko umalowanej twarzy. Opowiada o tym, jak ni stąd, ni zowąd wymarło jej pół rodziny. Minął już prawie rok, a ona nie jest w stanie się otrząsnąć. Siedzę z nią dzisiaj w miejskim ośrodku terapeutycznym „Kroki do szczęścia” jako tłumacz i przekładam jej słowa wielorybowatej Angielce – pani psycholog, reprezentującej ów system. Pomimo, że w opowieści pani Janki trup się ściele gęsto, w rybich oczach terapeutki nie dostrzegam niczego poza zimnym profesjonalizmem.  Sam zawieszam w końcu wzrok na jakimś mglistym punkcie za oknem i przekładam słowa pacjentki, koncentrując się głównie na tym, by nie udzieliły mi się emocje.

Tłumaczenie w druga stronę, mogę sobie praktycznie darować. Pani psycholog i tak nie mówi niczego poza „I am so sorry”.  Po 45 minutach Polka stwierdza, że w ma zamiar się zabić. Ponura opowieść dobiega końca. Angielka zabiera głos i oznajmia, że muszę pomóc pacjentce wypełnić kilkustronicowy Kwestionariusz Samopoczucia. Chociaż nie jestem psychologiem, osobiście mam już wyrobione zdanie na temat samopoczucia pani Janki. Bez dyskusji jednak pomagam pacjentce przejść  przez dziesiątki pytań.

Terapeutka ogląda nasze dzieło, smutno kiwa głową i stwierdza, że jest bezsilna wobec takiego nawału nieszczęść. Najwyraźniej opłacana z podatków instytucja „Kroków do szczęścia” pomaga tym, którzy już własnym sumptem te kroki wykonali.

– Ale to nic – rzecze psycholog – jest taka instytucja, która zajmuje się konkretnie beznadziejnymi przypadkami żałoby. Tam ci pomogą.

„Jeśli psycholog nawet nie chce się podjąć terapii, to kto?” – zadaję sobie pytanie. Oczyma wyobraźni widzę Jezusa Chrystusa, świętą Ritę i Buddę za biurkiem, w równie ponurym pomieszczeniu jak to, w którym przebywamy.

– Musisz tylko do nich zadzwonić i przez telefon wypełnić Kwestionariusz Bardzo Złego Samopoczucia – zwraca się do pacjentki. – Wtedy umówią cię na spotkanie.

Zamiast to przetłumaczyć, pozwalam sobie zauważyć, że pacjentka nie mówi po angielsku.

– No tak, może więc ktoś z rodziny pomoże?

– Jak już wspominałam, wszyscy wymarli – zauważa pacjentka.

– No tak…  – zasmuciła się pani psycholog, tym razem nad wyraz szczerze.

– Zadzwonię do nich teraz i  załatwimy to od razu – oferuję się, przerywając niezręczne milczenie.

Psycholog patrzy na zegarek – mamy jeszcze 50 minut – i daje mi numer.

Dzwonię. Po kwadransie słuchania automatycznych sekretarek, zostałem odesłany do licznych stron internetowych. Na koniec uprzejmy głos wyjaśnił mi, że wszyscy cudotwórcy są cholernie zajęci nieszczęściami tego świata. Naciśnij numer 3 jeśli czujesz, że chcesz się zabić – oznajmił w końcu głos. Patrzę na panią Janinę, która zużywa właśnie kolejną paczkę chusteczek. Naciskam numer 3. Czekam. W pomieszczeniu słychać tylko chlipanie pacjentki. Psycholożka mamrocze, że jej przykro i co chwile zerka na zegar. Atmosfera robi się bardzo napięta. „Niestety jesteśmy wszyscy bardzo zajęci. Please hang on the line.”  – oznajmia w końcu głos w słuchawce.

Rozłączam się.

– Wie pani co, pomogę pani. Jutro spotkamy się pod kościołem i zadzwonimy jeszcze raz – oferuję się.

– Tak za darmo? – dziwi się.

– Tak. To drobiazg.

– To świetnie, miło było poznać – ucieszyła się pani psycholog i poczęła pospiesznie składać papiery.

Na drugi dzień spotykam panią Janinę w umówionym miejscu. Na pierwszy rzut oka, wygląda jak emerytowana  księgowa, która spędziła życie za biurkiem. W rzeczywistości, z racji tego że nie mówi po angielsku, pracuje jako pokojówka w hotelu. Na szczęście pracuje sama więc może w trakcie pracy płakać – zwierza mi się. Siadamy na murku i dzwonimy do specjalistów od beznadziejnych przypadków. Po dwudziestu minutach słuchania radosnych melodyjek, poddaję się.

Wie pani co, pójdziemy tam – proponuję.

Pół godziny później jesteśmy na miejscu. Zastajemy zamknięte na głucho, obdrapane drzwi. Nie ma dzwonka ani domofonu. Desperacko zaczynam dobijać się, niczym do karczmy. Po dłuższym czasie w drzwiach zamiast Jezusa Chrystusa staje śliczna Angielka, uderzająco podobna do królowej elfów z Władcy Pierścieni. Stwierdzam w duchu, że jak na początek to i tak nieźle.

Piękność przedstawia się jako psycholog specjalista od rozpaczy żałobnej. W progu opisuję jej problem pani Janiny. Ta ostatnia szlocha, jakby na potwierdzenie moich słów.

– Doskonale – uroczo uśmiecha się elfka – zapisze ją na spotkanie za 6 tygodni.

– To przypadek śmiertelnie poważny  – zauważam i dyskretnie przejeżdżam krawędzią dłoni po nadgarstku.

– W takim razie postaramy się to przyspieszyć – uśmiecha się ze zrozumieniem. Być może już za trzy tygodnie pacjentka będzie mogła przyjść na wstępną sesję.

– Doskonale – oddycham z ulgą – macie swojego tłumacza, czy skontaktować was z firmą dla której pracuję?

– Ach… tłumacz…  nie mamy… nie jestem pewna co do procedur w tej sprawie… – czarujący uśmiech schodzi z twarzy terapeutki.

– Moja firma opłacana jest przez miasto, podobnie jak wy. To chyba tylko kwestia wykonania telefonu – sugeruję.

-Dowiem się i zadzwonię do ciebie z odpowiedzią – obiecuje ślicznotka.

– Mogę za darmo pomóc wypełnić kwestionariusz Bardzo Złego Samopoczucia – rzucam na odchodne, gdy ta zamyka drzwi.

Kilka godzin później dostaję umówiony telefon. Elfka  tłumaczy, że manager nie zgadza się na udział tłumacza z powodów confidenciality (poufności). mam w związku z tym dzwonić do ich centrali.

Dzwonię więc do centrali. Po 30 minutach słuchania melodyjek, na przemian z automatycznymi sekretarkami, ogarnia mnie szewska pasja. Dwie opłacane przez miasto instytucje pełne „specjalistów” zwaliły na mnie poczucie winy za ewentualne samobójstwo pani Janki.

Dzwonię do Specjalistów Od Beznadziejnych Przypadków, ale konsekwentnie nie odbierają.   Wsiadam na motor i jadę do nich. Szturmuje obdrapane drzwi, ale królowa elfów i Budda z Chrystusem udają, że ich nie ma.

Wracam do domu, rzucam się do biurka i przetrząsam je w poszukiwaniu numerów wszelkich instytucji rządowych mogących coś pomóc w tej sprawie. Wiszę na telefonie do wieczora. Rozmawiam z moją firmą, ale ci mówią, ze nie mają ustalonych procedur w tej sprawie i sugerują mi żebym odstąpił.

Ostatecznie kontaktuje się z charytatywną organizacją „Samarytan”, którzy mają polskich woluntariuszy. Oferują przejęcie sprawy i pocieszanie pani Janki przez telefon.

Nie po raz pierwszy w mojej pracy zetknąłem z biurokratyczną bezdusznością i bezradnością systemu socjalnego w Anglii wobec emigrantów. Z zamiataniem problemów cudzoziemców pod dywan.

Powiecie, że to wina Pani Janki, bo mogła uczyć się angielskiego.  Zapytam was więc, ilu spośród uchodźców zna angielski? Ilu z nich doświadczyło bolesnej straty? W ilu przypadkach, nawet gdy będą chcieli z porozmawiać z terapeutą, posłuchają melodyjek i usłyszą komunikat „hang on the line”? Mówimy tu tylko o sesji terapeutycznej, a co z poważniejszymi sprawami? Zatrudnienie? Problemy medyczne? Asymilacja kulturowa? Przecież oni nawet nie wiedzą, że istnieje taka instytucja jak psycholog!

Prawda jest taka, że angielski system socjalny jest bezradny wobec problemów emigrantów, którzy siedzą tu od pięćdziesięciu lat. Mówimy tu o socjalu, który jest zaprawiony w bojach i przez swoją politykę socjalną radośnie bankrutuje. Doprawdy wierzycie Ewie Kopacz i Joannie Musze, które twierdzą, że pomogą uchodźcom, a my zyskamy na tym kulturowo? Nasz nieudolny, szczątkowy system opieki socjalnej nie jest w stanie nawet pomóc naszym Cyganom ani rodakom z Ukrainy!  Ilu jest w Polsce woluntariuszy, znających języki arabskie, którzy tak jak ja, będą dobijać się do drzwi źle opłacanych urzędników, którym nie chce się obsługiwać nawet własnych obywateli?

Radykalni humaniści wyobrażają sobie place zabaw  pełne dzieci rożnej rasy, nad którymi czuwają przyjaźni Polacy z opieki społecznej, a ich rodzice są oprowadzani po Mazurach w towarzystwie tłumaczy. Pobudka! Na ten luksus nie stać już nawet Zachodu, a co dopiero Polski. Nie będzie jednej wielkiej multikulturowej piaskownicy, ale hordy zagubionych, rozczarowanych  i jak pani Janina, zdolnych do najbardziej desperackich czynów ludzi którzy jeśli już nas nienawidzą, znienawidzą was później za naszą bezradność, za nasze mizerne deklaracje, ograniczające się tylko do postów na Facebooku i zionięcia niezrozumiałą dla kultury persko-muzułmańskiej miłością bliźniego.

Jeśli rzeczywiście chcesz pomóc drogi humanisto, albo zadeklaruj się że będziesz opiekunem jednego uchodźcy.  Przeżywaj z nim miesiącami, to co ja przeżywałem z panią Janka w ciągu zaledwie dwóch dni. Walcząc o pomoc dla uchodźców wielu z was nie zdecydowało by się na psa ze schroniska, a tu chodzi o ludzi. A ludzie przychodzą z problemami, na które nawet świeci nie mają czasu.

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułRosja chce zbudować bazę na Białorusi
Następny artykułJaponia kończy z kierunkami humanistycznymi na studiach
Michał Sedzikowski

Mieszkam na Wyspach Brytyjskich od 12 lat. Obecnie pracuję jako tłumacz medyczny. Przez ostatnie 10 lat świadczyłem najrozmaitsze usługi dla angielskiego systemu socjalnego oraz służb ratunkowych. Społeczność hrabstwa widziała mnie już w ekwipunku strażaka, mundurze sanitariusza ambulansu, mundurze pracownika karetki psychiatrycznej. Chociaż biegałem również w trampkach do alkoholików i narkomanów jako opieka społeczna, albo jako support na oddziały psychiatryczne. Mam wrażenie, że spotkałem się już ze wszystkimi możliwymi rodzajami ludzkiej tragedii, oraz z tragiczną nieporadnością systemu socjalnego w niesieniu pomocy. Od wielu lat (z przerwami) współpracuje z „Nowym Czasem” – pismem społeczno-kulturalnym wydawanym w Londynie.

Zobacz również