UDOSTĘPNIJ

Szacunku dla ludzkiej pracy rodzice uczyli mnie od dziecka. Od małego wykonywałem jakieś obowiązki w domu, a gdy nastała pełnoletniość, podjąłem się pierwszej pracy zarobkowej. Oczywiście fizycznej. Do dzisiaj dorabiam, gdy tylko mogę (tak, nie pracuję na stałe, bo póki co studiuję). I do dzisiaj jestem zdania, że praca bardzo uszlachetnia. Nigdy człowiek nie uczy się wrażliwości społecznej tak intensywnie jak wtedy, gdy samemu musi pomachać łopatą lub kilofem. W taki sposób skutecznie kształtuje się w sobie empatię wobec klasy pracującej. A na pewno skuteczniej niż słuchając w tej kwestii dyrdymałów politycznych wszelkiej maści.

Mam taką ogólną słabość do klasy robotniczej. Słucham punkowych utworów wysławiających „niebieskie kołnierzyki” i najchętniej zastąpiłbym obecnie panującą miejską architekturę tym uroczym socrealizmem. Wystarczyłoby usunąć elementy nawiązujące do partii i krajobraz polskiego miasta byłby czarująco opozycyjny wobec hipsterskiego post-postmodernizmu.

Pomimo tej całościowej postawy, nie potrafię jednak stanąć po stronie górników w obecnym sporze. Krew mnie zalewa, gdy widzę populistów, którzy opowiadają banialuki o solidarności z górnikami. Ale to zrozumiałe – warto pozyskiwać nowy elektorat przy użyciu prostackiej demagogii. Same old blues. Gdy padała stocznia, słyszeliśmy to samo. Dobrze coś ugrać, żerując na ludzkiej tragedii. Co prawda gdy przeciwko rządowi występowali lekarze z Porozumienia Zielonogórskiego, przedstawiając rozsądne uzasadnienia swojej ofensywy, opozycja milczała. To również jest zrozumiałe – lepiej nie zrażać do siebie pacjentów, którzy są potencjalnymi wyborcami. Wprawdzie lekarze walczyli z rządzącą koalicją, ale ze względu na dość pokaźne zarobki bliżej im do „salonu” niż ludzi pracy, więc lepiej trzymać ich na dystans.

Rzecz w tym, że branża medyczna jest społeczeństwu potrzebna, bez względu na to, czy w formie prywatnej, czy upaństwowionej. Dlatego wystarczyło, by lekarze zamknęli gabinety, a Polacy dostali gorączki i zrozumieli powagę sytuacji. Porozumienie Zielonogórskie nie musiało w tym celu palić opon na ulicach Warszawy.

Czy górnictwo jest aż tak potrzebne? Ludzie mądrzejsi ode mnie zwracali wielokrotnie uwagę, że jest nierentowne. Posłużę się korwinowym truizmem, ale najlepszym sprawdzianem na rentowność górnictwa byłaby całkowita prywatyzacja tego sektora gospodarki. Prywatny właściciel kopalni nie pozwoli sobie na utrzymywanie czegoś, co nie przynosi zysków. Jeśli mimo wszystko sobie pozwoli, to uznamy go za działacza charytatywnego, który rozdaje miejsca pracy. Wilk syty i owca cała. Górnicy nadal będą pracować i zarabiać, a społeczeństwo nie będzie musiało pod przymusem dokładać się do interesu.
A jeśli jednak okaże się, że górnicy stracą pracę? Wtedy spojrzą prawdzie w oczy i zrozumieją, że wykonywanie pracy pozbawionej sensu jest… bez sensu. To będzie niełatwe i bolesne. Piszę o tym bez grama ironii, bo na własne oczy widziałem opuszczoną Stocznię Szczecińską czy gorzowskie zakłady „Stilon”. Czy jednak tragedia (jaką niewątpliwie jest utrata pracy), jest wystarczającym uzasadnieniem dla sponsorowania przez społeczeństwo pracownika sztucznego etatu? Czy proponowane odprawy rzędu 24 miesięcznych wynagrodzeń to tak niehumanitarne rozwiązanie?

Górnicze protesty, jak wspomniałem, stały się dla niektórych polityków bodźcem do opowiadania kolejnych ogólników na temat niewydolności rządów PO-PSL. Jakkolwiek nie podoba mi się większość działań koalicji, tak jeszcze bardziej brzydzi mnie populizm użyty do jej oczerniania. Prezes Kaczyński obiecuje, że za rządów PiS sprawa górnicza będzie się miała inaczej. Dla odmiany poseł Ryfiński wskazuje na domniemaną hipokryzję rządzących, którzy chcą ograniczać nierentowne górnictwo, a podtrzymują przy życiu jeszcze bardziej nierentowny Kościół Katolicki. Nie dysponuję rzetelnymi danymi, by móc ocenić trafność tego porównania, ale istotnie – Sz.P. Armand Ryfiński trafił w dziesiątkę. Prawdopodobnie nieświadomie. Bo państwo nie powinno zapychać kieszeni ani górnikom, ani księżom. Niech wspólnoty wyznaniowe utrzymują się z dobrowolnych składek. Ja sam chętnie dorzucę coś w miarę możliwości luteranom. Tylko, jak przystało na dorosłych ludzi, zachowajmy konsekwencję, Panie pośle – skoro mamy rozdział kościoła od państwa, to nie mamy również ustawowych dni wolnych od pracy w święta religijne. Wszyscy pracujemy tak, jak się dogadamy z szefostwem. Choć może ta zasada nie powinna odnosić się do parlamentarzystów… Sam nie wiem, czy lepiej jest, gdy debatujecie, czy gdy milczycie…

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas

Zobacz również