UDOSTĘPNIJ

Opiszę tutaj ciekawy przypadek, który obrazuje działanie polskiej służby zdrowia.

25 – letnia pacjentka zgłosiła się do przychodni POZ z bólem szyjnego odcinka kręgosłupa. Ból pojawiał się już od długiego czasu, towarzyszyło mu napięcie mięśni, drętwienia kończyn, oraz zawroty głowy. Z czasem jednak robił się coraz bardziej nieznośny. Lekarz POZ wystawił skierowania do specjalistów takich jak neurolog i laryngolog i zlecił badanie RTG. Pacjentka co prawda udała się do swojej rodzinnej przychodni, gdzie uczęszcza od wielu lat, na co dzień zamieszkuje poza tym terenem, ale jeszcze w obszarze mazowieckiego NFZ.

Internista po dokładnym zbadaniu pacjentki stwierdził, że podejrzewa dyskopatię, inaczej mówiąc, przepuklinę kręgosłupa lub wypadanie dysku. Przepisał szereg leków obniżających napięcie mięśniowe, przeciwzapalnych i przeciwbólowych, ich koszt wyniósł 120 zł.  Zalecił, aby do lekarza specjalisty udać się jak najprędzej. Pacjentka musiała jednak wrócić do obowiązków i miejsca codziennego zamieszkania, gdzie jednocześnie poszukiwała miejsc, w których można wykorzystać skierowania. Jako że rejonizacja w służbie zdrowia nie obowiązuje od dłuższego czasu, teoretycznie nie powinno być z tym problemu. Zaczął się ciąg telefonów do różnych placówek.

Zacznijmy od skierowania na RTG:

w miejscowych placówkach medycznych na terenie podwarszawskiego miasta, istnieją jedynie dwa miejsca, gdzie można wykonać badanie. Przychodnia numer 1 – 5 prób dodzwonienia się – telefon albo nie odbierany, albo zajęty. Nic w tym dziwnego, jest to rzecz normalna i charakterystyczna dla rejestracji medycznych, na których jest zawsze mnóstwo pracy i brak czasu na cokolwiek. Osobista wizyta na miejscu ze skierowaniem – po 20 minutach oczekiwania w kolejce, otrzymano informację że przychodnia realizuje tylko skierowania NFZ z okolicznych placówek medycznych. Miejsce numer 2 – szpital miejski – zapisy na badanie RTG zamknięte. Otwarte będą dopiero pod koniec roku już na przyszły rok. Akcja dzieje się w kwietniu 2015.

W tej sytuacji są dwa wyjścia :

  1. Udać się do przychodni w miejscu zamieszkania i poprosić o wizytę u internisty, celem przepisania skierowania. Może być z tym problem, ponieważ nie jest to placówka przypisana tej osobie jako POZ. Miejscowa przychodnia może wymagać wypełnienia oświadczenia o przejściu do niej na rzecz rezygnacji z przychodni rodzimej.
  2. Udać się na badanie prywatnie – koszt ok. 100zł.

Wizyta u neurologa:

po obdzwonieniu 10 placówek, które wzięte zostały ze strony NFZ jako wykonujące usługę, okazało się że najwcześniejszy możliwy termin to listopad 2015. Ciekawym jest fakt, że na NFZ-towej stronie wymienione były terminy oczekiwania na konsultację – liczba podanych dni oczekiwania i osób w kolejce do lekarza była za każdym razem nieprawdziwa o wiele zaniżona. Na razie brak zapisu na konkretny termin, tylko próby dostania się do lekarza szybciej, ze względu na wskazania zdrowotne. Wizyta u neurologa nie ma jednak sensu, bez wykonanego RTG. W tym przypadku odpada wizyta prywatna ze względów finansowych. Prywatny lekarz bowiem nie może wydać skierowania na rezonans magnetyczny do placówki NFZ – a rezonans to koszt 800 zł i jest bardzo ważnym badaniem dla zdiagnozowania choroby, ponieważ w większości przypadków samo RTG nie wystarcza, a lekarz POZ nie ma uprawnień na wydanie skierowania na badanie tak specjalistyczne jak rezonans – dlatego wydaje skierowanie tylko na RTG.

W obecnej sytuacji pacjentka żyje na bardzo dużej dawce leków przeciwbólowych i próbuje znaleźć rozwiązanie problemu. Ostatecznym wyjściem jest zgłoszenie się na SOR, gdzie wszelkie badania powinny być zrobione podczas jednego pobytu. Wiązać się to może jednak z kilkudniowym pobytem w szpitalu, na co pacjentka nie może sobie pozwolić z racji obowiązków.

Jak widać jedynym wyjściem z sytuacji jest leczenie prywatne, którego koszt wyniesie kilka tysięcy złotych (diagnostyka, konsultacje, rehabilitacja, kołnierz ortopedyczny, leki).  Co z tego że pacjentka opłaca regularnie składki zdrowotne i leczenie należy jej się „jak  psu zupa”. Gąszcz procedur, regulacji, niedofinansowanie służby zdrowia, brak kadr – wszystko to wpływa na to, że nie da się wyleczyć schorzenia bez dodatkowego uszczerbku na zdrowiu.

Nie jest to system lecznictwa ani leczenia. Jest to system, w którym należy obowiązkowo płacić za usługi, które w efekcie nie będą wykonane, lub wykona się je zbyt późno na to, aby leczenie przyniosło pozytywny skutek.