UDOSTĘPNIJ

Wprawdzie poruszanie po raz n-ty jakiejkolwiek kwestii związanej z partią rządzącą jest już nudne, a wywody są często z góry przewidywalne, to jednak od pewnego czasu nurtuje mnie zawartość spotu Platformy Obywatelskiej. Bowiem po jego obejrzeniu nasunęło mi się kilka spostrzeżeń, które doprowadziły do konkluzji, że ów obietnice mają z logiką tyle wspólnego, co wiara Piotra Szumlewicza w możliwość zniesienia ubóstwa drogą legislacyjną. Ktoś powie, że przecież to oczywiste. No właśnie nie oczywiste! W moim mniemaniu partię rządzącą powinno być stać na lepszą propagandówkę. Co takiego głupiego zatem nam zafundowała premierzyca Kopacz tym razem?

Polska zawsze była dla mnie najpiękniejsza na świecie – zaczyna lektor Kopacz. Nie wiem, czy to prawda, istnieje takie prawdopodobieństwo, w końcu polityka wyraźnie pro-niemiecka („ustawa 1066”, „miękki” opór przed niemieckimi żądaniami dot. uchodźców, mało stanowcze negocjacje dot. choćby pakietu klimatycznego czy spraw ukraińskich) nie musi być tożsama z prywatnymi upodobaniami, słuchamy więc dalej. Gdy patrzę jak się zmienia i rozwija – czuję dumę. W tle pokazane mosty, jakieś przedsiębiorstwa i kombajn w polu. No to ja bardzo przepraszam, pani Kopacz może się cieszyć z tego, ale jakim prawem zbija/traci (niepotrzebne skreślić) kapitał polityczny na takich rzeczach? Czy ten jeden kombajn albo to jedno przedsiębiorstwo są obrazem tego, jak to Polska jest wspaniała dzięki polityce rządu? Być może tak, ale zadajmy sobie teraz to pytanie w inny sposób: czy przypadek tego jednego kombajnu oraz tego jednego przedsiębiorstwa, które wzrosły dzięki poczynaniom rządu, mogą stanowić wzorcowy, stereotypowy przypadek sukcesu powstałego w wyniku tejże polityki? Czy aby na pewno działania rządu nie przyczyniły się do tego, że ów kombajn i ów przedsiębiorstwo pozostaną jako tylko nieliczne przykłady firm, które nie upadły wskutek podwyższania podatków oraz kolejnych regulacji rządowych? A może te firmy działają dzięki rządowym subsydiom? Czy to w takim razie sprawiedliwe, że jedne firmy mogły liczyć na państwowe subsydia, a inne nie? Czy w konsekwencji tego rynek może być elastyczny i dostosowany do popytu, skoro jedna podaż jest wspierana, a inna nie?

Zastanawiam się, ile można tłumaczyć, że obiekty publiczne nie są miarą rozwoju państwa. Czy to, że gdzieś powstała jakaś nowa droga, wpłynie na to, ile przeciętny Kowalski może kupić bułek za swoją pensję? Czy to, że gdzieś powstał jakiś kolejny most, wpłynie na to, na utrzymanie ilu dzieci będzie stać przeciętnego Nowaka? Czy to, ile innych dóbr publicznych powstanie za pieniądze państwowe wpłynie realnie na podwyższenie warunków życia przeciętnego obywatela? Pani premierzyca wymienia: Drogi, mosty, „orliki”, silna gospodarka, 400 miliardów z Unii Europejskiej. Oczywiście nie neguję, że powyższe obiekty infrastruktury drogowej czy sportowej nie są potrzebne. Ale czy naprawdę wszystkie spośród nich, a szczególnie np. na siłę tworzone ronda w małych miejscowościach, za ogromne pieniądze, są potrzebne? Czy to nie jest czasem na zasadzie: zbudujmy tu rondo/drogę/most, niech wyborcy widzą, że coś ładnie wyglądającego powstaje. Zastanówmy się tylko, czy taka polityka, nazwijmy ją, „polityka widocznych efektów”, jest polityką pro-społeczną? No bo, faktycznie – jest to rondo. Ale co mogłoby powstać, gdyby nie to rondo? Może byłyby pieniądze np. na remont jakiejś przychodni czy szpitala? Ale po co wydać pieniądze mądrze, skoro ów cel pozostanie niezauważony. Lepsze w propagandzie jest nowe rondo, bo jest nowe i ładne. Lepsze są nowe słupki pomiędzy pasami ruchu, które absolutnie nic nie dają, ale są lepsze, bo ładnie wyglądają. To, że powstały tylko w celach propagandowych i/lub wskutek nepotyzmu, można (a nawet – z punktu widzenia władzy – należy) sprzątnąć pod dywan. (Dla jasności – nie jestem przeciwnikiem wszystkich „luksusowych” inwestycji, np. orlików, ba, uważam nawet, że to posunięcie było akurat dobre, pytania tylko są dwa: czy jest jeszcze dużo podobnych i równie pożytecznych sukcesów tego rządu oraz czy fakt, że orliki są państwowe, a nie np. prywatne, jest na pewno korzystny – ale to zupełnie inny temat).

Obiekty publiczne nie są wyznacznikiem rozwoju, jest nim za to bogactwo obywateli. Ale nie bogactwo mierzone w cyfrach (na przykład pieniądzach z Unii, notabene zabranych nam przecież wcześniej w podatkach – chyba każdy się zgodzi, że pieniądze spaść z nieba nie mogły, czyż nie?), tylko bogactwo mierzone w ilości posiadanego kapitału. Ale kapitałem nie są tylko pieniądze. Jest nim każdy posiadany przez nas obiekt. Nawet tani długopis z kiosku – on też się składa na posiadany kapitał (głupcem byłby ktoś, kto ignorowałby długopisy z kiosku – wszakże czterocyfrowa liczba takich długopisów to już całkiem przyzwoite oszczędności).

Pani Kopacz mówi: czas wyjść na wyższy poziom, pensje Polaków muszą wzrosnąć. I dobrze pani mówi, z tym, że z ekonomii wiemy, że płace zachowują się identycznie, jak ceny produktów, czy tego chcemy, czy nie. Czy w takim razie nie lepiej jest po prostu mniej zabierać w podatkach, niż wprowadzać płacę minimalną? Co komu z tego, że dostanie więcej banknotów, skoro kupi mniej bułek, bo ceny produktów wzrosną wskutek spadku produktywności przedsiębiorstw wytwarzających te bułki oraz zmniejszenia się konkurencyjności producentów bułek wskutek upadku małych, najmniej wydajnych, często lokalnych producentów (z powodu przymusu płacenia większej pensji)? Co komu z tego, że nawet, jeśli będzie fizycznie więcej zarabiał pieniędzy, to zwiększy się możliwość utraty przez niego zatrudnienia (bo wzrost bezrobocia i szarej strefy jest naturalną konsekwencją podwyższania płacy minimalnej na siłę, wbrew rynkowi)? Obawiam się, że wyścig szczurów w szarej strefie (która się zwiększy wskutek nieopłacalności płacenia podatków za pewnych pracowników przez ich pracodawców) się nie zmniejszy, ale rozszerzy, stanie się maksymalnie niezdrowy. I co z tego będzie miał przeciętny Kowalski i Nowak, prócz ujemnych zysków? Z pewnością więcej nerwów.

Polacy muszą więcej zarabiać. Tak, pani premierzyco, muszą. Ale wyższych płac nie wprowadzimy przysłowiową ustawą. A w każdym razie nie bez skutku. Każde posunięcie czymś poskutkuje. I to nie tylko teraz, ale przede wszystkim w przyszłości. A takie posunięcia poskutkują w ostatecznym rozrachunku tylko i wyłącznie relatywnym zubożeniem większości społeczeństwa, nawet jeśli część tego społeczeństwa zyska. W interesie Rzeczypospolitej Polskiej jest bowiem to, żeby wszystkich Jej obywateli było stać na jak najwięcej jak najlepszych dóbr, a nie, żeby zarabiali jak najwięcej papierków zwanych pieniędzmi, które posiadają tylko wartość umowną. Umowną – bo rynku, wbrew zapewnieniom legendarnych władców PRL, nie da się regulować legislacyjnie. W praktyce to rynek tworzy tą wartość umowną, a my powinniśmy po prostu ten fakt jak najlepiej wykorzystać. Niech nam tylko szanowny rząd nie przeszkadza.