UDOSTĘPNIJ
Bojownicy ukraińskiego batalionu
ze strony GlobalTruth.net

[Pierwsza wersja artykułu ukazała się na portalu „Taraka”. Podziękowania należą się red. Jóźwiakowi za korektę i uwagi – zaś wszystkim aktywnym „Tarakowiczom” za udział w dyskusji]

Nie będzie to artykuł o znikającym z ukraińskich magazynów zbożu, samolotach, kolejnych przekrętach ukraińskiej władzy tudzież ekscesach ichniej „prawicy”. Nihil novi sub sole, zresztą i tak nie mam już ani czasu ani ochoty śledzić tego tak dokładnie jak wcześniej. Są jednak rzeczy, w obliczu których wszystkie powyższe wydają się śmiesznymi drobnostkami, takie, o których nie można zamilczeć. Po prostu nie można. Poniższy artykuł wpisuje się w ciąg moich niepublikowanych wcześniej rozważań nt. duchowej strony ukraińskiego nacjonalizmu, oraz energii, które ten nacjonalizm (szowinizm?) napędzają – a w ramach swoistego sprzężenia zwrotnego samymi będąc przezeń wzmacniane. Swego rodzaju „ostrogą”, która zmotywowała mnie napisania tego tekstu, zebrania myśli wcześniej rozproszonych w zapiskach i w umyśle, była niedawna wypowiedź jednego z ukraińskich oficjeli. Wypowiedź, która podeptała wszelkie normy funkcjonowania państwa europejskiego. Oraz wszelkie normy moralne. Lines were crossed.

Niecały tydzień temu, 6-go października w godzinach wieczornych, doradca ministra spraw wewnętrznych Ukrainy Anton Heraszczenko (swego rodzaju „osobistość medialna” postmajdanowskiej Ukrainy) zamieścił na Facebooku wpis, który na polski tłumaczy się to następująco (ewentualne rozbieżności co do tłumaczenia poszczególnych słów nie zmieniają zasadniczego przekazu):

W godzinach wieczornych, kiedy mam czas, mogę ponownie przeczytać PW.

Jedną wiadomością od fejsbukowego znajomego zdecydowałem się podzielić z resztą społeczności Facebooka:

„Anton, rosyjskie propagandowe telekanały i rosyjska armia są w pogoni za PR-em i wysławianiem „siły rosyjskiego oręża” w Syrii, praktycznie w każdym reportażu dają zbliżenie na personel techniczny z Rosji, którzy umieszczają bomby i rakiety w samolotach. Co za debile! Jeszcze brakuje, żeby opublikowali ich nazwiska z adresami i telefonami. Choć myślę, że w takim wypadku ich twarze są na tyle wyraźne, żeby igilowcy (po rosyjsku Państwo Islamskie to „Islamskoje gosudarstwo”, w skrócie IG – przyp. M.M.) i ich kuzyni w Rosji, których niemało na Kaukazie, mogli ich potem znaleźć i zemścić się wg kanonów Szariatu.

Myślę, że przy takim rozwoju wydarzeń, jajca i głowy techników w przyszłości mogą nie przetrwać”

W związku z powyższym, zapraszam wszystkich tych, którzy mają informacje na temat rosyjskich obywateli biorących udział w niewypowiedzianej wojnie Rosji przeciwko narodowi syryjskiemu, by zgłosić wszystkie znane wam dane na stronie internetowej „Mirotworiec”, gdzie w tym celu zostanie utworzona osobna sekcja „Zbrodnie Putina w Syrii i na Bliskim Wschodzie”

Oczywiście nie wiemy, czy wiadomość o takiej treści Heraszczenko faktycznie otrzymał, równie dobrze mógł tu użyć chwytu stylistycznego, jak np. autorzy XVIII-wiecznych powieści, stylizowanych na listy / pamiętniki / znalezione rękopisy itd. Natomiast nazwa wspomnianej przezeń strony „Mirotworiec” w świecie rosyjskojęzycznym oznacza dosł. „twórcę pokoju”, przede wszystkim żołnierza sił pokojowych, zwł. ONZ. Ironia, gdyż strona ta zawiera listy przeciwników politycznych obecnej władzy w Kijowie wraz z ich danymi personalnymi, adresami itd. Kilka osób z tej listy zostało już zamordowanych przez ukraińskich nacjonalistów, m.in. znany dziennikarz i pisarz Ołeś Buzyna. Oto jest „pokój”, którego chciałby Heraszczenko – istnyPax islamica w wydaniu radykałów islamskich (zakładając, że ISIL jeszcze mieści się w ramach islamu – gdyż wielu wyznawców islamu, a także niektórzy, nie-muzułmańscy eksperci uważają to za perwersję islamu, abominację). Proste, niet czlawieka – niet prablema. A swoją drogą zobaczcie, jak doskonale pozostałe elementy przekazu Heraszczenki wpisują się w narrację promowaną teraz przez USA, o biednym „narodzie syryjskim”, uciśnionym przez Assada, a teraz jeszcze dodatkowo dotkniętym „zbrodniami Putina” tj. rosyjskimi nalotami na pozycje różnej maści islamistów. Czarne uczynił białym.

Natomiast na początku sierpnia br. jeden z przywódców Tatarów krymskich Mustafa Cemil podczas II Światowego Kongresu Tatarów jaki odbył się w Ankarze oświadczył, że pod komendą ukraińskiej armii powstanie 1000 osobowy batalion muzułmański. Tymczasem służba prasowa Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy poinformowała, że w armii rządowej nie będą tworzone żadne specjalne formacje wojskowe pod kątem narodowości, religii, czy też wyznawanych poglądów. Lewa ręka nie wie, co czyni prawa? A może raczej celowa dezinformacja w stylu sowieckim – który notabene nowe władze Ukrainy całkiem udatnie zaadaptowały do własnych celów?

W słowach Heraszczenki pobrzmiewa bezduszna, ślepa zemsta – podobna tej, co w międzywojniu nakazywała OUNowcom zabijać tych członków własnej organizacji, którzy szukali możliwości ugody z Polską (oraz polskich polityków, którzy prowadzili z tymi ugodowcami rozmowy – na czele z Bronisławem Pierackim, ministrem spraw wewnętrznych w II RP). Jednak jak można sprzymierzać się z tak złymi, morderczymi energiami co ISIL?!

Nie jest to w sumie nic zaskakującego… to raczej stadium końcowe pewnego procesu. Związki ukraińskich nacjonalistów z radykałami islamskimi (w szczególności z Kaukazu) datują się co najmniej od pierwszej wojny czeczeńskiej (bojownicy UNA-UNSO brali udział w obu wojnach czeczeńskich), ostatnio mieliśmy okazję coś więcej na ich temat w wywiadzie udzielonym dla „Guardiana” przez czeczeńskiego bojownika (który notabene przekroczył granicę UE niepilnowanym „zielonym szlakiem” przez polskie Karpaty północno-wschodnie), przy okazji kontrowersji związanych ze sprawą członków okrytego wyjątkowo złą sławą batalionu ochotniczego „Tornado” (którzy m.in. pozowali do zdjęć z flagą ISIS, część z nich przyjęła nawet kaukasko-isilowską, fanatyczną wersję islamu), a także, co ciekawe, przy wielu innych okazjach w ukraińskich mediach (jednakowoż, w formie dystansującej od wszelkiego ekstremizmu islamskiego tych „bojowników o wolność”). Obecnie w Chersoniu istnieje baza i obóz treningowy de facto dżihadystów (wg części szacunków, radykałów islamskich z Kaukazu i innych stron świata jest tam więcej niż Tatarów, znanych skądinąd jako społeczność dość daleka od wszelkich fanatyzmów religijnych i narodowościowych) – wszystko pod egidą „Rządu Krymskiego na uchodźstwie”, opłacanego z pieniędzy tureckich. Oznacza to, ni mniej ni więcej, iż rośnie nam kalifat pod bokiem i jako Polska być może nawet go wspieramy… w ramach wsparcia wysyłanego ukraińskiemu państwu oraz różnym „ochotnikom” (czy ktoś ma jakiekolwiek pojęcie, gdzie faktycznie trafiły te kamizelki kuloodporne i inne środki z Polski, obłudnie określone mianem „środków niebojowych”?). Jednakowoż, tu pojawia się jeszcze inny problem, tym razem o znaczeniu zasadniczym dla przyszłego bytu Polski (a także dla zrozumienia pewnych aspektów naszych stosunków ze „wschodem”): Turan.

 

Formacje takie jak Ukraina, Rosja i dalej na wschód są cywilizacyjnie (a także pod względem pochodzenia zamieszkujących je populacji) po części turańskie. Natomiast Turan jako taki, wg zapomnianego już przez wielu historyka cywilizacji Feliksa Konecznego, jest zasadniczo bezideowy – najbardziej skłania się ku temu, by iść w tę stronę gdzie siła, bogactwomoc, reszta go nie obchodzi. Swe wzory wytwarzał co najmniej od czasów udomowienia konia, bydła i związanego z tym „oswojenia” ogromnych pustaci stepu przez człowieka – procesy te zaczęły się parę tysiącleci temu a wyhamowały w momencie przejścia do życia osiadłego, jakie u przodków wielu mieszkańców Europy wschodniej nastąpiło ledwie kilkaset lat temu – toteż naiwnością byłoby zakładać, iż pozostają one bez wpływu na archetypy i pola morfogenetyczne współczesnych populacji post-turańskich (tudzież populacji, które w toku swych dziejów wchłonęły liczne elementy turańskie).

Przykład Liaszuka z batalionu „Tornado” nie był bynajmniej odosobniony – na Ukrainie wielu bojowników, nie tylko z „Tornada”, weszło na ścieżkę afirmacji radykalnego islamu i towarzyszącej mu przemocy, gwałtów, tortur itd. Coś, co w przypadku Polaka byłoby raczej niepojęte, wydarzyło się u naszych sąsiadów. Daje nam to jako takie pojęcie, co może się wydarzyć na wschód od granic Polski, wśród ludzi, u których słowa takie jak ataman,taraban, majdan, ragul itd. są ciągle żywe, i co więcej, napełnione wciąż autentyczną treścią związaną z ich funkcjonowaniem w ramach zbiorowości (włącznie z biciem w tarabany na Majdanie).

Turan miał i nadal ma jedną zasadniczą cechę: potrafi utaić głęboko swoje niezadowolenie, frustracje… by nagle wybuchnąć z niespotykaną siłą. Bum! Bunt janczarów, cechy miejskie przyłączają się, Stambuł stoi w ogniu. Bum! Przeciwko sułtanowi obraca się jeden z jego synów, niespodziewanie staje na czele armii, maszerując na stolicę. „Ależ Padişah, przecież wszystko było w jak najlepszym porządku!” – płaczą doradcy. A sułtan albo każe ich ściąć, albo w drodze dość osobliwie pojmowanej łaski wysyła im sznurek: „Zawiodłeś – to się powieś”. Bum! Już było spokojnie na Kresach – a tu nagle wybucha koliszczyzna. To wszystko są formacje, gdzie życie jednostki się nie liczy.

Nieprzewidywalność. Zmienność. Uderzenie, odskok lub pozorowany odwrót… i niespodziewany ponowne natarcie, wywołujące u przeciwników konfuzję, zamęt i strach. Gwałtowne uderzenie. Tak niegdyś wojownicy z Wielkiego Stepu rozbijali szeregi swych wrogów.

Nieprzewidywalne uderzenie Rusinów na ludność polską, zamieszkałą na Kresach odradzającej się po I wojnie światowej Polski, opisane przez Kossak-Szczucką w „Pożodze”. Oraz równie niespodziewana, lecz nieporównanie bardziej tragiczna Rzeź Wołyńska. Być może rozmiary tej tragedii byłyby o wiele mniejsze, gdyby pierwsze oznaki poruszenia wśród Ukraińców nie zostały zlekceważone – zaś wnioski wyciągnięte z sytuacji sprzed ponad dwóch dekad. Należało gruntownie zbadać kulturę ludową tych ówczesnych Rusinów-Ukraińców, wzorce zachowań, zastanowić się nad pochodzeniem ich wzorów kulturowych, ich paralelami, oraz pewną powtarzalnością dziejową w stosunkach z nimi, już wtedy bardzo klarowną – oraz możliwymi implikacjami tychże dla wzajemnych stosunków. Jednak naszych ówczesnych badaczy oraz rządzącej kliki wojskowo-politycznej raczej to nie interesowało. Tak jak i wtedy nie przepracowano tego Turanu, który mieliśmy pod bokiem przez czas tak długi – tak nie uczyniono tego współcześnie, w czasach (teoretycznie) niepodległej po ’89 r. Polski.

Któregoś pięknego dnia nowa Ukraina może uczynić jeszcze jedną niespodziewaną woltę: odwrócić się od świata demokracji zachodniej, zwłaszcza jeśli model gospodarczy USA się „wysypie”, lub gdy Ameryka kosztem zabezpieczania Europy Wschodniej znacząco zwiększy swą obecność w Azji płd-wsch (głównym wyzwaniem dla USA są Chiny, zaś siły w Europie będą redukowane – żeby nie być gołosłownym, nawet nasi polscy „atlantyści” z PISM musieli ująć ten aspekt w swym biuletynie), a Zachód powróci do postawy business as usual w stosunkach z Rosją. Wówczas siła, bogactwo i moc których tak pragną, które tak afirmują nacjonaliści ukraińscy, będą mogły popłynąć do nich tylko z jednego źródła: od najbardziej sfanatyzowanych, a jednocześnie najbogatszych państw arabskich – w zamian za otworzenie się na ich wpływy ideologiczne.

I to będzie katastrofa dla Polski, wynikająca ze specyfiki Turanu, którego Polacy nie rozumieją i chyba nie chcą zrozumieć; nawet wspomniany Feliks Koneczny traktował go dość zdawkowo w swych pracach. Dla nas Wielki Step to ciągle „trawiaste, wielkie nic”; nawet naszym Tatarom polskim (już w zasadzie od dawna wymiksowanym z Turanu, jednak wciąż mogącym pomóc nam zrozumieć tę formację!) poświęca się niewiele uwagi (niestety także w świecie naukowym…) – a są już z nami od ponad 400 lat! Nie wiemy jak w stosunkach dyplomatycznych postępować z Ukrainą, Rosją, nie bardzo mamy też pojęcie jak tu „rozgryźć” Turcję (odgrywającą jednak niepomiernie mniejszą rolę w dyplomacji współczesnej RP niż w czasach Rzplitej); podejmujemy w stosunku do nich te same działania, które byśmy podjęli w analogicznych sytuacjach z państwami zachodnimi – a potem się dziwimy, że nie ma efektu, albo iż osiągnęliśmy efekt wręcz odwrotny do zamierzonego. Któregoś dnia ta ignorancja może się znowu zemścić na Polsce i Polakach.

 

Czasami odnoszę wrażenie, zło ma naturę osobową, inteligentną i podstępną, szukając wiecznie nowych dróg jak by tu się wsączyć w ludzkie serca i umysły. Ofiarami jego podszeptów padają często ludzie młodzi – jeszcze nie do końca ukształtowani, mogą zostać przezeń łatwo zwiedzeni, zmanipulowani przez sługi zła. Jeden z dość makabrycznych przykładów został wskazany w artykule autorstwa Dagmar Henn (przetłumaczonym z niemieckiego na angielski przez aktywistki „Die Linke”): jest to grafika niejakiego Andrija Moroza, współczesnego ukraińskiego „artysty” (pod tym linkiem w powiększeniu).
A Moroz
Ukazana na niej dziewczyna w stylu „Ukrainian punk”, z wytatuowanym znakiem Prawego Sektora na ramieniu, mieli przez maszynkę do mięsa… szczątki ludzkie, w domyśle „ruskich” czyli „wrogów Ukrainy”: wskazuje na to wstążeczka w żółto-czarne paski (od wstęgi orderowej św. Jerzego) oraz charakterystyczny tatuaż rosyjskich wojsk powietrzno-desantowych („Wozduszno-diesantnyje wojska”, ros. Воздушно-десантные войска, ВДВ) ze skrótem „WDW” na jednej z odrąbanych rąk; wg propagandy Kijowa rzekomo te wojska miały stanowić trzon sił tzw. Noworosji – choć teraz nawet persony pokroju ukraińskiego pisarza Dmitrija Dzygowbrodskiego z Dniepropietrowska przyznają, że wszystkie haniebne porażki ukraińska armia rzeczywiście poniosła z rąk górników i taksówkarzy Donbasu. Dziewczyna ma na sobie fartuch, który wygląda jakby został zszyty chałupniczo, z nieregularnych płatów wyprawionej skóry. Nie jestem pewien, co w ten sposób „artysta” Moroz chciał przekazać (ani jakiego pochodzenia skórę miał na myśli), jednak pierwsze skojarzenie jakie podsunęła mi podświadomość, dotyczyło jednego z najbardziej szokujących artefaktów z wystawy w Fabryce Schindlera (gdzie pracowałem parę lat temu, toteż znam ją dość dobrze) – a mianowicie, papierośnicy z ludzkiej skóry, wytworzonej w czasie wojny przez niemieckich nazistów.

Pod stołem, oprócz przesłodzonego kotka spoglądającego wielkimi, słodkimi oczami na kawałek zakrwawionego „czegoś” co spadło na podłogę, znajdują się pudełka wg wzoru używanego przez rosyjską armię (co można wywnioskować z napisu). Ujawnia to zasadnicze przesłanie tego plakatu: dziewczyna ma zamiar odesłać szczątki „ruskich” do ich domu, czyli zapewne do Rosji – zmielonych, w pudełkach ich własnego, rosyjskiego wzoru. Natomiast co w chorym zamyśle Moroza miało się znajdować w sokowniku z literami, które wyglądają jak namazane ludzką krwią – nie wiem, i nie chcę wiedzieć.

Na stronie „Russian Insider” załączyli grafikę Moroza jako „Urkochik” – domyślam się, że to pewnie od „urke”. Zresztą podejrzewam, że gdyby dokładniej poszperać w koligacjach rodzinnych członków Prawego Sektora to pewnie oni by wyszli – urkowie z dawnego Sojuza. Urke… czyli kryminalista, to byli straszni ludzie – motyw ten pojawiał się w wielu wspomnieniach Polaków zesłanych na Sybir, do gułagów itd. Jest też anegdota (bardzo, bardzo sprośna) prof. Brystygiera na temat „zwyczajów małżeńskich” urków z sowieckiej Ukrainy czasów już powojennych. Warto pamiętać, iż przed wojną na Kresach „urke” też funkcjonował – ale głównie wśród polskich, a w zasadzie rosyjsko-polskich Żydów w Polsce, wywodzących się z tzw. Litwaków – przed wojną znana była ich mafia w Wilnie, słynny też był np. Urke Nachalnik. Lecz ci „nasi” urkowie bledli przy swych sowieckich odpowiednikach.

Wracając do sprawy plakatu – wystarczy kliknąć nań prawym przyciskiem myszy, wybrać opcję „Szukaj tego obrazu w Google”… i dowiadujemy się, że była nawet wersja tegoż zaaplikowana na obudowy smartfonów, tak jakby miało to być coś „trendy” dla najbardziej zradykalizowanej części młodzieży Ukrainy. Ogólnie cała seria grafik Moroza „Краса на варті миру” (pol. „Piękność na straży świata”) jest przesycona taką jakby „młodzieńczą” seksualnością. Jej ideą przewodnią, jak podejrzewam, jest przekonanie młodych Ukraińców i Ukrainek (elementy zawarte w grafikach Moroza są tak wyważone, by trafiało do obu płci), że nawet skrajne barbarzyństwo może być cool – a „wrogowie Ukrainy” to robactwo (patrz kolejny plakat – ze stonką).

Kolejna granica została przekroczona – tym razem granica dehumanizacji przeciwnika.

Owszem, Rosjanie też nie pozostają dłużni – jednak u nich wygląda to nieco inaczej. Dużo ukraińskich postaci z osełedcem, pijanych lub z flaszką, przedstawianych jako bardzo naiwnych (zwłaszcza tam, gdzie pojawia się motyw nadziei części Ukraińców względem UE / USA), niezdarnych, ciapowatych. Nieco mocniejsze były przedstawienia „Prawoseków” jako… orków. Oraz troglodyci ze znakiem tryzuba. W rosyjskim internecie natomiast sprawa wygląda gorzej, jest sporo ordynarnego hejtu – porównywanie Ukrainy do wielkiego burdelu, obory itd. Sporo rzeczy, które przekraczają wyraźnie granice przyzwoitości. Jednak tu mamy najwyraźniej jakichś sfrustrowanych „prostaczków” z Rosji – zaś po drugiej stronie mamy faceta, który umie rysować i umie się lansować, jest rozpoznawalny, ma swoich odbiorców w określonych środowiskach – a jego „iskusstwo” trafiło nawet na smartfony. Jest sprytny, ale to swego rodzaju diabelski spryt – Moroz wie, jak przemycić swe treści do najbardziej podatnej, a jednocześnie skłonnej do najbardziej radykalnych działań grupy – do młodzieży ukraińskiej, doświadczającej olbrzymich trudności na wszelkich płaszczyznach życia, a przez frustracje z tym związane jeszcze bardziej podatnych. I to mnie przeraża.

Pomimo poszukiwań razem ze społecznością „Taraki” nie udało nam się odszukać po stronie Rosji tudzież nowych republik czegokolwiek porównywalnego kalibru do „sztuki” Moroza. Za to w toku dyskusji pod artykułem i przez PW przypomniałem sobie o czymś, co widziałem już wcześniej – była to nalepka z frontu, przedstawiająca ukraińskiego żołnierza trzymającego odciętą głowę „Ruska”. Podpis na dole głosi po ukraińsku „не жалій” – tj. nie żałuj wroga / nie bądź zmartwiony… własnym barbarzyństwem. Szok. Znalazłem to kiedyś na profilu FB reportera Marcina Mamonia (który raczej nie jest stronnikiem Rosji czy tzw. Noworosji).

Boże, skąd takie straszne okrucieństwo w tych ludziach?!

 

W ostatecznym rozrachunku, zło niszczy także tych, którzy mu ulegają: stawia ich przed sądami/trybunałami (przykład Jaceniuka z zarzutami o korupcję – rewolucja pożera własne dzieci!), wsadza do więzień, odbiera życie lub kaleczy, często także odzierając z godności. Dotyka także tych, którzy sami z siebie może by i nie byli podatni na jego wpływy, jednak ulegli innym, stojącym wyżej w hierarchii, ich propagandzie – a w konsekwencji nie potrafili zła zidentyfikować i przeciwstawić się mu. Szczególnie smutny obrazek ze współczesnej Ukrainy stanowili inwalidzi wojenni, ciągani w błocie w trakcie manewrów. Zazwyczaj do takich celów używa się manekinów wojskowych… tu jednak użyto żywych ludzi, „kadłubków” bez rąk i nóg. Weteranów. „Nie łam się, kupię ci piwo” – rzekł na pocieszenie sołdat z US Army jednemu z ukraińskich inwalidów wojennych. Nie dość, że owi zostali kalekami w walce o „wolną Ukrainę” (która okazała się walką o interesy kijowskiej kliki), to jeszcze coś takiego ich spotkało… O sprawie dowiedziałem się z profilu „Medic in Donbas” na FB.

Na zakończenie jeszcze jeden akcent:

„Musimy pojąć powagę sytuacji, że świat obecnie znalazł się w bardzo niebezpiecznym momencie, musimy wszyscy to zrozumieć co oznacza dla każdego z nas agresja Federacji Rosyjskiej w dalekiej Syrii. W następstwie tych nieodpowiedzialnych działań, zbliżyliśmy się ku trzeciej wojnie światowej” – stwierdził Poroszenko.

Walka z ISIS aktem agresji. Niesamowite. Czarne uczynić białym. Próba relatywizowania, tym razem uczyniona przez prezydenta Ukrainy. Ciekawe, bo rosyjski dziennikarz Anatolij Szarij w komentarzu do wpisu Heraszczenki stwierdził, że ów ma nad sobą mocną „kryszę” (solid „roof” – video jest po rosyjsku, ale można włączyć napisy angielskie) – czyli, że na taką wypowiedź Heraszczenko dostał przyzwolenie z samej góry, z Kijowa – bo w normalnej sytuacji po czymś takim byłby „skończony” jako polityk, bo zawsze ktoś w parlamencie, w świecie polityki, w mediach by przeciwko temu protestował. Nawet na Ukrainie. A tymczasem – cisza… Być może są i u nich jacyś sprawiedliwi, tylko boją się losu Ołesia Buzyny i innych.

BTW Podobno Facebook [niestety, jak się okazało – na krótko] zablokował Heraszczenkę. Powód – wspieranie ISIL. Być może jest jeszcze iskiereczka sprawiedliwości na tym świecie, nawet na FB.

UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułCBA w Ministerstwie Skarbu i warszawskiej giełdzie
Następny artykułMedia: Tusk coraz bliżej utraty stanowiska
Michał Mazur
Pasjonat sztuk wszelakich. Niegdyś związany także z muzealnictwem, szermierką i odtwórstwem vel rekonstrukcją historyczną. Absolwent europeistyki (UJ) i historii (też UJ). Obecnie na emigracji. Od 2012 roku publikuje także w portalu "Taraka"

Zobacz również