UDOSTĘPNIJ

Kiedy jesienią ubiegłego roku obiegła nasz kraj informacja o objęciu przez Donalda Tuska funkcji przewodniczącego Rady Europejskiej, media prześcigały się w peanach na cześć obozu władzy. Warstwa rządząca ogłosiła, że mamy do czynienia z największym sukcesem dyplomatycznym od zarania polskiej państwowości, który przyćmiewa wybór Karola Wojtyła na papieża w 1978 r.

Praktyka sprawowania tego urzędu przez Tuska dowodzi, jak niewiele warte z punktu widzenia interesu narodowego są prestiżowe funkcje w unijnej administracji. Najlepiej płatne posady w biurokracji brukselskiej stanowią nagrodę za lojalność wobec Berlina, który następnie wymaga pokory i posłuszeństwa. W postępowaniu Tuska na pierwszy plan wysuwają się zabiegi o drugą kadencję, gdyż pierwsza skończy się zaledwie po 2,5 roku od objęcia urzędu.

Donald Tusk nie ma ani woli ani mocy, by poprzez swoją posadę w jakikolwiek pozytywny sposób wpłynąć na rolę naszego kraju w Europie. Wspólna polityka zagraniczna, na którą mógłby mieć chociaż szczątkowy wpływ, w sytuacji kryzysowej okazała się fikcją. W końcu przywódcy Niemiec i Francji, bez jakiegokolwiek mandatu ze strony innych państw, podjęli się samodzielnych negocjacji z Moskwą o losie Ukrainy. Sam Tusk stwierdził, że to właśnie format normandzki „pozwala uzyskać efekty” w rozmowach z Rosją.

Podobnie jest w sferze unijnych relacji wewnętrznych, choćby w sprawie przyszłości eurostrefy. Na samym początku zakończonego niedawno szczytu w Brukseli przewodniczący Tusk zaproponował, by nie dyskutować o Grecji na forum całej Unii. Według jego koncepcji rozmowy powinny się toczyć w gronie Niemiec i Francji oraz szefów unijnych instytucji finansowych, takich jak Europejski Bank Centralny.

Oznacza to, że Donald Tusk otwarcie popiera podział Unii na mający nią kierować „rdzeń” oraz „peryferie”, czyli państwa skazane na podporządkowanie się dyktatowi tandemu Berlin-Paryż. Przeciw takiemu schematowi rozmów o strefie euro odważnie wystąpiły Belgia, Holandia i Luksemburg. Ten protest odbył się niestety bez udziału polskiego rządu.

Najgłośniejszą sprawą są obecnie przedstawione przez Tuska konkluzje minionego szczytu Rady Europejskiej, gdzie jednym z filarów przyszłej unii energetycznej uczyniono „dekarbonizację gospodarki”. W ramach tej koncepcji Polska ma likwidować swoją opartą na węglu energetykę, by następnie kupować od Niemców technologie konieczne do rozwoju energii odnawialnej. Oznacza to wyrok śmierci na Śląsk, podobny do tego, który przy pomocy prawa unijnego i za zgodą Tuska wydano m. in. na polskie stocznie.

Przewodniczący Rady Europejskiej to bez wątpienia funkcja nieprzyzwoicie dobrze płatna i bardzo prestiżowa, jednak pozbawiona rzeczywistego wpływu na politykę Unii Europejskiej. Głównym obowiązkiem Tuska jest organizowanie szczytów europejskich, za co dostaje niewyobrażalną w normalnym świecie pensję, która przewyższa wynagrodzenie prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Wybór Donalda Tuska oraz praktyka sprawowania przez niego urzędu to paradoksalnie dowód na to, jak niewiele znaczymy w polityce europejskiej. Okazuje się, że można nas porównać do małej Belgii, której były premier to poprzednik Tuska na tym stanowisku.

Pełniąc przez siedem lat funkcję szefa polskiego rządu Donald Tusk udowodnił swoją lojalność wobec Merkel, uzyskując w nagrodę nieprzyzwoicie dobrze płatne stanowisko. W ciągu kolejnych dwóch lat do końca swojej kadencji będzie musiał przekonać Niemców, że warto mu ją przedłużyć. Wszystko to dzieje się kosztem Polski.

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułPolicjanci pili? Na sygnale gnali do śmietnika by wyrzucić butelki
Następny artykułSzkalowanie Kuźniara, TVNu, smoleńszczyków i formacji wojującego filosemityzmu.
Sergiusz Muszyński

Radny Powiatu Piaseczyńskiego z listy PiS i jeden z liderów Forum Młodych Prawa i Sprawiedliwości. Student prawa na UKSW.

Zobacz również