UDOSTĘPNIJ

Tak się ostatnio składa, że piszę tylko o tolerancji. Nigdy nie miałem uprzedzeń, co do wszelkiego rodzaju odmienności, traktowałem to jako element społecznie mi obojętny, ale w pewnym momencie zrozumiałem, że pewna granica właśnie zostaje przekroczona, granica komfortu wyrażania własnego zdania na tematy dotykające bezpośrednio lub pośrednio przestrzeni, w której się codziennie poruszam.

Pracuję w firmie zatrudniającej ludzi różnych narodowości ? od Niemców, Francuzów, Hiszpanów, po Turków i Arabów. Zrozumiałe jest,  że w ramach otwartych granic przemieszczanie się jest znacznie bardziej ułatwione, przez co interakcje na poziomie międzynarodowym w Polsce będą raczej przybierać na sile, niż maleć. I w sferze czysto biznesowej, turystycznej, a także nazwijmy to ?pobytowej długoterminowej? nie ma praktycznie żadnego problemu. Na podstawie moich obserwacji wynika, że wielu zagranicznych tym chętniej uczy się języka polskiego, im bardziej chce zostać w Polsce na stałe. Są jednak narodowości, które ze względu na wyniesione ze swojego kraju przyzwyczajenia/nauki/wartości są znacznie mniej elastyczne. Mówię tutaj przede wszystkim o ludziach wyznających islam, trzymających się głównie we własnym gronie.

Na ulicach Warszawy zauważa się również coraz więcej rodzin induskich czy pakistańskich. I to mi przeszkadza. Wystarczy spojrzeć na najbardziej zislamizowany kraj północy ? Norwegię. Na podstawie danych urzędu statystycznego (Statistik sentralbyr?), po raz pierwszy w tym roku najpopularniejsze imię dawane dziecku to Muhammed. Problem jest jednak znacznie poważniejszy, bowiem zdecydowana większość nie akceptuje panującego tam porządku prawnego, nie uczy się języka, tworzy własne getta, obciąża system podatkowy i próbuje przeforsować prawa typowo muzułmańskie. Wiem, że jeśli sprawa nie zostanie uregulowana prawnie, że jeśli nie będzie twardych i jasnych warunków, w niedalekiej przyszłości czeka nas coś podobnego, tylko być może z Romami lub Czeczenami. Niestety w Europie panuje dziwne przekonanie, że każdy zakaz społeczny wymierzony w te grupy ma podłoże rasistowskie. Rasistowskie jest absolutnie wszystko i jedynym z tego wyjściem jest lansowanie tolerancji, która de facto ma się równać z akceptacją. Takie podejście jest po prostu absurdalne, a wszelkiego rodzaju inicjatywy podejmowane w tym zakresie są zaraz piętnowane przez media i rozdmuchiwane do granic możliwości. Obywatel Polski zaczyna odczuwać dyskomfort, bo jest szczuty i atakowany, jeżeli wyrazi swoją ?rasistowską? opinię.

Najjaskrawszym przykładem niech będą podjęte kroki wobec twórcy facebookowej grupy: Nie dla islamizacji w Europie. Został on posądzony o ?nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych?. Jakiekolwiek podejmowane są tam tematy ludzie nie dołączaliby się do tej grupy, gdyby nie poczucie bezsilności i bezradności wobec problemu, który ich dotyka. Gdyby nie było problemu, nikt nie wychodziłby z taką inicjatywą. Nie jest to grupa fanatyków uzbrojonych w maczety ganiających po ulicach, ale grupa obywateli polskich reagujących na to, co zaobserwowali na Zachodzie.

Ale tolerancja zmieszana z akceptacją nie dotyka tylko kwestii religijnych. Modna jest dziwność i wszelkiego rodzaju jej odmiany. Wszystko co odstaje obecnie od ukonstytuowanych wartości lub prawnie uregulowanych jest na topie. Każdy, kto czuje w sobie jakąś inność zaczyna wymagać, by jego pogląd był zrównany z tym powszechnie akceptowalnym. Żyjemy w państwie demokratycznym (przynajmniej takie jest założenie), a jedna z teoretycznych zasad tego ustroju głosi, że to rządy większości nad mniejszością. Jestem za tolerowaniem, ale nie akceptowaniem Rafalali, Roberta Biedronia, Anny Grodzkiej czy innych osób szukających szalonych rozwiązań, jak Jan Hartman chcący doprowadzić do dyskusji o kazirodztwie, jeżeli tylko tak uważam. Media propagują indywidualizm trącający o granice absurdu. Zapominają, że wolność polega również na tym, że większość nie czuje się spychana na dalszy plan, tylko dlatego, że jest jej więcej. Dlaczego mam mieć zamknięte usta we własnym kraju, tylko dlatego, że dopominam się o przestrzeganie wolności słowa? Dlaczego nie wolno mi reagować, kiedy nie chcę zastępowania siłą swoich wartości przez wartości grup ekspansywnie do tego dążących? Czy naprawdę UE ma narzucać punkt widzenia każdemu obywatelowi? Nawet jeżeli na wszystkie pytania jest odpowiedź twierdząca, to ja, jako przyszły ojciec, obywatel, pracownik, nie zgadzam się i mówię stanowczo NIE. I tak, mój głos sprzeciwu ma znaczenie. Tak samo jak każdego innego Polaka, który nie chce rozwoju patologii społecznościowej, gdzie akceptacja równa się fanatyzmowi tolerancyjnemu.

Więcej tekstów tego autora można również przeczytać w dziale „POLITYKA” na wyszukany.blog.pl

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułPrzygasający Kongres Nowej Prawicy bez Wiplera przestałby istnieć
Następny artykułKłamstwa o kwocie wolnej od podatku
Kamil Dziadkiewicz
Pisarz, a także liberał o racjonalnych poglądach, ceniący sobie przede wszystkim obiektytwizm oraz merytoryczną dyskusję. Miłośnik historii, podróży, języka norweskiego oraz rysunku i dobrych książek. Prowadzi bloga wyszukany.blog.pl

Zobacz również