UDOSTĘPNIJ

Szwedzki reżyser Ingmar Bergman był artystą prowokacyjnym. Oprócz zadawania pytań o sens życia, prezentowania utraty wiary przez protestanckiego pastora czy ukazywaniu odważnych scen masturbacji i kopulacji w miejscu publicznym już w 1963 roku (!!!), lubił naprawdę szokować. W ?Szeptach i krzykach? osiągnął prawdziwą granicę ukazując jak jedna z głównych bohaterek, grana przez Ingrid Thulin, masturbuje się szkłem okaleczając swoje narządy płciowe. Ale nie było to szokowanie dla samego szokowania ? ?Szepty i krzyki? stanowią arcydzieło kinematografii i pięknie ukazują rozpad relacji rodzinnych i wychodzące na jaw zatajone krzywdy z przeszłości.

Ale jest jeden temat, który nawet sam mistrz Bergman bał się zaprezentować. W genialnym ?Jak w zwierciadle? zainsynuowany jest temat Tabu ? przez duże t. Jedna z głównych bohaterek, cierpiąca na schizofrenię Karin, ucieka wraz ze swoim młodszym bratem Minusem do opuszczonego statku. Co dzieje się dalej nie wiemy na pewno, ale szwedzki reżyser bardzo jasno daje do zrozumienia, że Karin uwiodła swojego brata. Doszło do aktu kazirodztwa.

Kazirodztwo można uznać za tabu ostateczne. Wybitny antropolog Claude Lévi-Strauss stwierdził, że zakaz kazirodztwa leży u podstaw wszystkich ludzkich społeczności, promując egzogamię w miejsce endogamii. Powód jest następujący ? w prymitywnych społeczeństwach małżeństwo jest nie tyle aktem między mężczyzną a kobietą, co między dwoma mężczyznami, mężem i szwagrem, w którym kobieta jest obiektem wymiany łączącym dwa niepowiązane dotąd ze sobą gospodarstwa domowe. Jeśli żenisz się ze swoją własną siostrą, tracisz szanse na posiadanie szwagra. A z kim w takim razie polować, chodzić na łowy czy uprawiać ogród?

Teoria Lévi-Straussa była i pozostaje wciąż kontrowersyjna, ale dyskusja na temat kazirodztwa pojawiła się teraz także i w Polsce. Już nie jesteśmy związani tymi samymi więzami co ludzie w społeczeństwach pierwotnych, możemy sobie pozwolić na coraz większą wolność osobistą. Miejsce twardych realiów życia codziennego zajmują nasze ?fanaberie? kulturowe i swoboda samookreślenia oraz samo-definicji. Ma to swoje plusy i minusy ? daje nam wolność, ale też stawia nas przed trudnymi pytaniami i dylematami moralnymi.

W ostatnich tygodniach niemiecka rządowa Komisja Etyki stwierdziła, że seks pomiędzy rodzeństwem powinien stać się legalny.[1] W Portugalii, Serbii czy krajach Beneluksu tego typu możliwość jest legalna od pewnego czasu (we Francji od dawna), a tymczasem w Polsce prof. Jan Hartman swoim wpisem na blogu zachęcił do rozpoczęcia dyskusji na ten temat w naszym kraju. Spotkał się jednak z prawdziwym ?walcem? medialnym i powszechnym oburzeniem ? został wyrzucony z Twojego Ruchu, wydalony z komisji etyki przy ministrze zdrowia[2] i na koniec przedstawiony w niewybredny sposób na okładce tygodnika Wprost.

W ogromnej części kwestii nie zgadzam się z profesorem Hartmanem. Nie podoba mi się jego wojowniczy antyklerykalizm jak i podejście do wielu innych spraw. Ale w tym przypadku muszę stanąć w obronie jego głównej tezy nt. kazirodztwa (nie wchodząc w niuanse jego wpisu) ? legalizacja kazirodztwa wcale nie musi być takim złym rozwiązaniem, a dyskusja na ten temat jest już absolutnie na miejscu.

Kazirodztwo ? czyli co konkretnie?

Samo przywołanie słowa ?kazirodztwo? przywodzi nam na myśl najbardziej tragiczne, okrutne i nieprzyjemne skojarzenia, które znamy z obszernych relacji medialnych czy zasłyszanych gdzieś historii. Ileż to razy ojciec zgwałcił swoją córkę, dorosły brat wykorzystywał małą siostrę albo doszło do innego typu okrutnej zbrodni? Kontekst kazirodczy jest w powszechnej świadomości nierozerwalnie związany z pedofilią i gwałtem i pod tym względem wywołuje uzasadniony lęk.

Uściślijmy więc ? jakikolwiek przypadek aktu pedofilnego albo gwałtu (bądź ? nie daj Boże ? obu naraz) zasługuje na pełne i całościowe potępienie. Gwałt nie potrzebuje dłuższego komentarza, ale nawet dobrowolny akt pedofilny stanowi również rodzaj gwałtu, jako że wykorzystuje on brak świadomości słabszej i młodszej strony, która nie rozumie do końca (albo w ogóle) czym jest akt seksualny (wraz ze wszystkimi jego emocjonalnymi i fizycznymi konsekwencjami). Nie ma tu miejsca na usprawiedliwienie – te kwestie wyłączamy poza dyskurs o kazirodztwie bez najmniejszych skrupułów.

Mówiąc o kazirodztwie mówimy więc o relacji romantycznej i/lub seksualnej dwojga dojrzałych (najlepiej dorosłych) spokrewnionych ze sobą partnerów, którzy wyrażają obopólną zgodę na tego typu relację. Decyzja musi być świadoma oraz dobrowolna ? warto tego typu kwestie definicyjne uściślić, zanim zacznie się dalszą dyskusję.

Kazirodztwo a państwo liberalne

Odbywanie stosunku seksualnego albo chociaż jakakolwiek erotyczna relacja z kimś blisko z nami spokrewnionym dla większości z nas wydaje się być czymś dziwnym, odpychającym czy wręcz wstrętnym. Autor tego artykułu sam należy do takich osób i nie wyobraża sobie aby jego sumienie (czy też emocje i wyznawane wartości) pozwoliły kiedykolwiek na tego typu ?eksces?. Nasza jaźń moralna mówi dosyć wyraźne ?Stop? i najczęściej nie zatruwa w ogóle nam codziennego życia tego typu dylematami.

Tu jednak dochodzimy do głównej idei stojącej za ideami liberalizmu i państwa liberalnego. Albowiem m o j a jaźń moralna zobowiązuje do podporządkowania w sposób całkowity i bezwzględny tylko i wyłącznie m n i e s a m e g o. Nie jest to tylko fanaberia ? w momencie pojawienia się nakazu, zakazu albo jakiejkolwiek innej dyrektywy o mocy prawnej moralność znika ustępując miejsca ślepemu podporządkowaniu się sztywnej regule. Owszem, można tą regułę złamać ? ale z wolnością ma to niewiele wspólnego (przypomina się stary dowcip o Związku Radzieckim, gdzie w czasie nawet największego terroru w latach ?30 panowała pełna wolność wypowiedzi. Tyle, że nie było wolności PO wypowiedzi.) Regulacja prawna niszczy a przynajmniej osłabia popędy moralne, a towarzyszące im dylematy moralne z naszych bark zostają przeniesione na barki legislatorów i najlepiej wszystko wiedzących intelektualistów. My jedynie musimy podporządkować się do obowiązującej wersji dobra i zła ?moralnego?.

Państwo liberalne zrzeka się zatem jakichkolwiek pretensji do decydowania za jaźnie moralne jednostek. Rolą państwa jest chronienie wolności tych jaźni i nie pozwalanie, aby ktokolwiek inny wszedł ?z buciorami? na nasze własne podwórko decyzji moralnych. W ten sposób zabójstwo drugiego człowieka stanowi najgorszą zbrodnię ? nie tylko jest to pogwałcenie suwerenności drugiej jednostki pod względem fizycznym, ale też ostateczne odebranie jej możności decydowania o samym sobie i podjęcie tej decyzji za nią. Także kradzież, pobicie oraz cała masa innych ? wszystko to są ?gwałty? zadane w stronę wolnej jaźni moralnej i tutaj państwo posiada pełen mandat do egzekwowania kar.

Uważny obserwator zauważy jednak, że taka wizja świata może doprowadzić do powstania społeczeństwa skrajnie zatomizowanego, obojętnego na decyzje innych ludzi. Skoro każdy ma prawo do podjęcia jakiejkolwiek decyzji (póki nie krzywdzi innych) w czym leży problem, aby mój brat czy przyjaciel sięgnęli po np. heroinę i stoczył się na samo dno? To jego życie i jego sprawa. Wizja świata oschłego, obojętnego na ludzkie cierpienie, samolubnego i zadufanego w sobie jest wizją realną. Aby społeczeństwo liberalne mogło sprawnie funkcjonować potrzebny jest s o l i d a r y z m społeczny, czyli troska i odpowiedzialność za drugiego człowieka. Ale nie troska egzekwowana nakazem, groźbą czy ustawą, tylko troska szanująca autonomię moralną Innego. Między żelaznym uściskiem a obojętnością i staniem obok jest jeszcze wyjście pośrednie ? pieszczota i dotyk. Czasami nawet bardzo mocny ? ale taki z którego zawsze można się koniec końców wyrwać.

Jak wpasować w tą wizję kazirodztwo? Spełnia ono główne cechy relacji, którą liberalne państwo może zaakceptować. Nie ogranicza ono wolności pozostałych podmiotów moralnych i jest zawarte między dojrzałymi i świadomymi osobami. Warto zaakcentować ten drugi punkt w świetle głupich porównań do takich dewiacji jak zoofilia, nekrofilia czy pedofilia. Nie, żadne z tych zachowań nie mieści się w liberalnym kanonie ? ani nieboszczyk ani zwierzę nie jest świadomym podmiotem moralnym, dlatego stosunek z nim jest formą gwałtu. Nie są w stanie powiedzieć ?Tak, chcę? nie mówiąc już o zrozumieniu treści wymawianych słów. Również małe dziecko nie jest świadomym podmiotem moralnym ? może ono wypowiedzieć pewne słowa, ale nie rozumie ono ich pełnego emocjonalnego znaczenia. Nie ma żadnej drogi między kazirodztwem, a tego typu dewiacjami i jest to tylko tani populizm.

Wątpliwości i problemy #1 ? niewyraźna granica między wolnością a przymusem

Liberałowie mają jednak znaczący problem ze swoimi wizjami świata ? są one wyidealizowane i zakładają, że świat składa się z niezależnych od siebie i w pełni dojrzałych monad, które najlepiej wiedzą co dla nich najlepsze i kierują się zawsze racjonalnym interesem. Tak, jak wszyscy dobrze wiemy, nie zawsze jest. Nie jesteśmy samotnymi wyspami lecz istotami społecznymi zespojonymi siatką wzajemnych powiązań, niekiedy wyraźnych a innym razem subtelnych i niejednoznacznych. Działamy pod wpływem emocji i potem tego żałujemy, dajemy niekiedy sobą manipulować, wywieramy delikatne i niewidoczne na pierwszy rzut oka presje psychologiczne i społeczne. Często co innego czynimy, co innego mówimy, a jeszcze co innego czujemy. I ? co najgorsze ? mamy bardzo ograniczoną wiedzę na temat uczuć Innego, który jakkolwiek nam bliski zawsze pozostaje odrębnym bytem.

Dlatego też nie możemy jednoznacznie stwierdzić, kiedy zaczyna się a kiedy kończy ?gwałt? na jaźni moralnej, przed którym powinno nas strzec państwo liberalne. Weźmy przykład teoretycznego związku kazirodczego między 18-letnią siostrą a 24-letnim bratem. W teorii, obie strony są dorosłe i dojrzałe a także wyrażają one obopólną zgodę na stosunek seksualny. Nie ma przymusu fizycznego, nie ma nawet otwartych gróźb i nalegań. Ale to wcale nie musi czynić obu jaźni moralnych w pełni wolnymi i niezależnymi. Może dojść do wielu form przymusu subtelnego, być może nawet nieartykułowanego werbalnie. Przede wszystkim braterski autorytet, który sprawia że siostrze ciężko się będzie sprzeciwić. Wszystkie relacje romantyczne są w pewien sposób nierównomierne, jedna strona jest nieco ?silniejsza?, druga nieco ?słabsza?. Problem w tym, że w przypadku rodzeństwa ta zależność jest o wiele silniejsza. Do zgody na akt seksualny może dojść w wyniku chęci nierozczarowania partnera, siostra może też wmawiać sobie że wszystko jest w porządku, kiedy tymczasem czuje obrzydzenie i strach. Wariantów jest wiele i wszystkie zakładają istnienie pewnej ukrytej dominacji i ?niewidzialnej?, ale jak najbardziej realnej presji psychologicznej. Czy taka decyzja jest więc decyzją wolną, którą należy uszanować? To jest temat do dyskusji, której jak dotąd Polacy się boją i do której nie są jeszcze w dużej części (może poza prof. Hartmanem i wąską garstką myślicieli) gotowi.

Do tego punktu należy odnieść pewną ważną uwagę ? temat, który poruszyliśmy nie ogranicza się do związków kazirodczych. Mamy do czynienia z o wiele ogólniejszą debatą: gdzie przebiega delikatna linia między gwałtem a dobrowolnym stosunkiem seksualnym i jak wytyczyć i rozpoznać wszelakie przypadki gwałtu na jaźni moralnej. O ile w sytuacjach oczywistych nie mamy co do tego wątpliwości (gdy mamy skargę, ofiarę, sprawcę i świadków) o tyle w codziennym życiu często dochodzi do sytuacji niejednoznacznych, wątpliwych, a przynajmniej niewidocznych na pierwszy rzut oka. Może dochodzić do molestowania w ?zdrowej? heteroseksualnej, katolickiej rodzinie przez wiele lat, ale efekty tego mogą być niewidoczne, a sama ofiara może uznawać, że nie dochodzi do niczego złego ? być może to ona czymś przewiniła.

Problem jest więc ogólny i dotyczy nas wszystkich. Nawet gdybyśmy zamontowali miliony kamer i utworzyli niespotykane dotąd państwo policyjne i tak nie bylibyśmy w stanie w pełni kontrolować ludzi w społeczeństwie. Skoro więc państwo ma tutaj ograniczone pole manewru (i zajmuje się kwestiami dosyć oczywistymi, które wychodzą na światło dzienne) rozwiązanie jest tylko jedno ? większa samoświadomość jednostek, a więc działalność edukacyjna państwa. Aby kobieta ? czy to w relacji kazirodczej, czy też niekazirodczej ? była w stanie zapobiec naruszeniu swej cielesnej integralności, musi sama być w stanie dostrzec problem i zdobyć się na odwagę zgłosić go do odpowiednich organów ścigania (oraz do psychologa czy swoich najbliższych). W małżeństwach również dochodzi do gwałtów, presji psychicznych czy fizycznych ? ale nikt małżeństwa nie chce zdelegalizować. Raczej instruuje się żony, ze wcale nie muszą spełniać zachcianek seksualnych swych mężów. Jedyne na co możemy się zdać to jaźń moralna jednostki, albowiem do głębi ludzkiej duszy nie sięgnie żadna ustawa czy zapis prawny. One tylko regulują zewnętrzne przejawy. Jeśli państwo liberalne ma nas uchronić od krzywdy, musimy sami wiedzieć że dzieje się nam krzywda i być w stanie to zgłosić i zaalarmować.

Dlatego też przedstawiony tutaj argument przedstawia nam poważny i realny problem ? ale ciężko go uznać za wystarczający powód do zabraniania akurat właśnie kazirodztwa. Nawet jeśli kazirodztwo uwydatnia pewne problemy, to z całą pewnością nie ma na nie monopolu ani nie stanowi ich zarzewia. Może za to stać się łatwym kozłem ofiarnym dla wytykania patologii, które występują również gdzie indziej. I to na problemie gwałtu jako takiego powinniśmy się koncentrować.

Wątpliwości i problemy #2 ? potomstwo ze związku

Innym argumentem przeciwko związkom kazirodczym jest ten pozornie najbardziej oczywisty ? możliwość urodzenia niepełnosprawnego dziecka. Nie jest to oczywiście konieczność, prof. Andre Reis, dyrektor Instytutu Genetyki Człowieka Kliniki Uniwersyteckiej w Erlangen ocenia prawdopodobieństwo na 30-50 procent [3]. Jest to jednak na tyle duża liczba, że poważny problem i dylemat moralny jest widoczny na pierwszy rzut oka.

Pierwsza odpowiedź jest prosta ? para nie musi koniecznie posiadać własnego dziecka. W XXI wieku formy kontroli narodzin są na tyle rozbudowane, że jednostki, które nie chcą poszerzać swej rodziny mogą prowadzić normalne życie seksualne praktycznie bez niebezpieczeństwa ciąży. Prezerwatywy, tabletki, kuracje hormonalne oraz cała masa innych środków antykoncepcyjnych, jeśli zaaplikowane poprawnie niwelują ryzyko ciąży w parze kazirodczej niemalże do zera. Świadoma i odpowiedzialna para może więc wieść normalną egzystencję w tego typu związku i nie mierzyć się w ogóle z tym problemem.

Co jednak jeśli para, mimo wiedzy o wszystkich zagrożeniach jakie temu towarzyszą, zdecyduje się na spłodzenie potomstwa? Tutaj stajemy ponownie przed potężnym dylematem moralnym, który wykracza daleko poza same relacje kazirodcze. Postawmy pytanie bardziej ogólnie ? jeśli para (jakakolwiek) wie, że ich dziecko ma dużą szansę urodzenia się niepełnosprawnym, czy powinna, i czy w ogóle m o ż e decydować się na jego poczęcie i urodzenie? Co z chorymi na mukowiscydozę albo inne choroby genetyczne? Czy oni też zostali zostać pozbawieni tego prawa?

Odpowiedź ?tak? jest niewygodna i posiada bardzo nieprzyjemny posmak. Eugenika oraz rozmaite praktyki dążące do zachowania ?rasowej? czy genetycznej ?czystości? oraz poprawiania ?jakości? ludzi nie są wcale wytworem nazistowskim lecz towarzyszą europejskiej kulturze od ponad 100 lat. Na początku XX wieku eugenika stała się uznaną dyscypliną akademicką i zajmowały się nią wybitne autorytety naukowe z Francji, USA czy Wielkiej Brytanii. Dopiero okrucieństwa III Rzeszy sprawiły, że w polityce społecznej państw zachodnich zaczęto akceptować ułomności i rozumieć, że każdy człowiek posiada inherentną wartość. Ale dyskusja i wątpliwości co jakiś czas wypływają.

Decyzja ?urodzić czy nie? jest dylematem moralnym i jako taka nie może posiadać jednego słusznego i dobrego wyjścia. Decyzja będzie się różniła zależnie od człowieka i wyznawanych przez niego wartości oraz przeżytych doświadczeń. Liberalne podejście nie powinno zabraniać rodzenia niepełnosprawnych dzieci, wszak jest to decyzja tylko i wyłącznie danej pary. Musi jednak łagodzić społeczne skutki problemu i dbać o to, aby decyzja była możliwie najbardziej przemyślana i świadoma. Wysyłanie rodziców do więzienia (tak jak teoretycznie dzisiaj jest) jest wyjściem barbarzyńskim i kontrproduktywnym. Państwo nie powinno promować relacji kazirodczych, ale te które istnieją winno akceptować i pomagać ich rodzicom. Do tego potrzeba wyczucia, którego siermiężnemu aparatowi państwa niestety często brakuje. W tym kierunku droga, a nie w kryminalizacji.

Wątpliwości i problemy #3 ? na co komu ten sztucznie rozdmuchany problem?

Dyskusja na temat kazirodztwa czy nawet jego ewentualna legalizacja nie spowodowałyby w Polsce żadnej wielkiej rewolucji obyczajowej. Relacje seksualne między członkami rodziny (szczególnie między rodzeństwem) występują częściej niż mogłoby się nam na pierwszy rzut oka wydawać, nie dysponujemy jednak żadnymi rzetelnymi statystykami, które pozwoliłyby dokładnie określić ich skalę. Na pewno stanowią zdecydowaną mniejszość w społeczeństwie i to mniejszość niewidoczną i nieznaczną. Nagłego zalewu stosunków ojców z córkami czy matek z synami raczej nie musimy się obawiać.

Zmiana miałaby raczej charakter symboliczny. Stanowiłaby kolejny etap procesu wycofywania się państwa z zakresu decyzji moralnych jednostek. Pozwoliłaby pewnej grupie osób wyjść z poczucia wstydu i pozwolić zaafirmować swoje uczucie. Tego typu niewielkie grupy są oczkiem w głowie liberalnej demokracji. Rządzi większość, ale zasady liberalizmu nakładają na nas zobowiązanie troski nawet o nieliczne i ?mniejszościowe? grupy. Tego typu liberalizm stanowi pewne ograniczenie demokracji, a demokracja stanowi zarazem pewne ograniczenie liberalizmu. Póki jednak obie siły się nawzajem kontrolują ? względna równowaga zostaje zachowana.

Dyskusja o kazirodztwie może pozwolić nam rozwiązać jeszcze jeden ? bardzo poważny – problem. Jeżeli uznamy, że może dochodzić do relacji romantycznych między spokrewnionymi osobami, będziemy mogli większa uwagę przyłożyć do zdrowego wymiaru takich relacji. W przypadku par ukrywających się i niesformalizowanych związków, ciężej wyłapać przypadki gwałtu, pedofilii czy psychologicznej presji. Obecnie wszystkie przypadki kazirodztwa wsadza się do jednego worka. Utrzymywanie takich stosunków z wujkiem, bratem czy matką grozi więzieniem. Gdyby związki te były legalne, być może mniejszy byłby strach przed zgłaszaniem nadużyć i przemocy. Problemem nie byłby sam fakt, że uprawiam seks z bratem lecz to, że brat ten mnie do tego zmusza. Różnica jest ogromna, ale aby zaszła musi pęknąć pewne tabu.

Trudna miłość, ale miłość

W zasadzie wszystkie relacje romantyczne są trudne pod względem psychologicznym i emocjonalnym, wymagają ogromnego wysiłku i stałej pielęgnacji. Pod względem społecznym ?tradycyjne? związki często jednak nie tylko nie napotykają większych przeszkód lecz są wprost do pewnego stopnia wymagane. Niewiele osób chce zostać stara panną albo kawalerem. Skłócone rodziny (takie jak Montecchich i Capuletich) albo różnice klasowe przestają być często spotykanym problemem. Społeczeństwo zostawia otwarte drogi do miłości dwojga osób ? o ile nie krzywdzą innych, są wystarczająco dojrzali i świadomi swych decyzji.

Ale cały czas nie wszystkim. Pary kazirodcze musza nie tylko pielęgnować swoje uczucie, ale też przechodzić przez Golgotę ostracyzmu społecznego i surowego prawa karnego. O ile tabu związków homoseksualnych oraz transpłciowości od dłuższego czasu bardzo mocno pęka, o tyle kazirodztwo wciąż pozostaje persona non grata w dyskursie publicznym. Pojedyncze liberalno-lewicowe media (takie jak The Guardian czy Süddeutsche Zeitung) zamieszczają niekiedy odważne teksty na ten temat [4] [5], ale prawdziwa dyskusja dopiero przed nami. Czy uchylanie drzwi relacjom kazirodczym nie będzie krokiem za daleko? Moim zdaniem nie, ale pewności nie posiadam. I wątpię, aby większość Polaków taką pewność miała. Najgłośniej krzyczą i oburzają się bowiem ci, którzy najbardziej boją się rozmawiać.

Mateusz Kuryła

[1] http://www.dailymail.co.uk/news/article-2773986/Sex-brothers-sisters-LEGAL-says-German-government-s-Ethics-Council.html

[2] http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/1250385,Prof-Hartman-wyrzucony-z-komisji-etyki-przy-ministrze-zdrowia

[3] ?POLITYKA?, 8.10-14.10.2014, s.49

[4] http://www.theguardian.com/commentisfree/2012/apr/15/law-against-incest

[5] http://www.sueddeutsche.de/panorama/inzest-unter-geschwistern-strafrecht-ist-kein-moralrecht-1.2144134

19 KOMENTARZY

  1. Kolego, jednego nie bierzesz jako lewicowiec po uwagę: kazirodztwo było przez długie lata "studiowane" przez takie dynastie jak np. Habsburgów. Co z tego wynikało, jakie rewelacje miały miejsce, to już odszukasz sobie sam. Powiem tylko na zachętę, że opieka nad dziećmi tej debaty byłaby dosyć sporym obciążeniem pieniężnym dla krajowego budżetu oraz mało "komfortowa" dla samych delikwentów.

  2. Kolego, jednego nie bierzesz jako lewicowiec po uwagę: kazirodztwo było przez długie lata "studiowane" przez takie dynastie jak np. Habsburgów. Co z tego wynikało, jakie rewelacje miały miejsce, to już odszukasz sobie sam. Powiem tylko na zachętę, że opieka nad dziećmi tej debaty byłaby dosyć sporym obciążeniem pieniężnym dla krajowego budżetu oraz mało "komfortowa" dla samych delikwentów.

  3. Pierwsza kwestia: legalizacja kazirodztwa nie musi oznaczać znacznie większej ilości upośledzonych dzieci. Para może stosować antykoncepcję i o dzieci się nie starać. A nawet jak urodzi istnieje co najmniej 50% szans, że będzie w pełni zdrowe (chociaż statystyki bywają tutaj oczywiście różne).

    Druga kwestia: nie wydaje mi się, aby dyskusja o kazirodztwie czy nawet jego legalizacja przyczyniła się do znacznego wzrostu ilości takich związków. Może minimalnie, ale raczej nie w sposób znaczący w wymiarze społecznym. Takie jak Twoje podejście zakłada, że spora ilość ludzi posiada ukryte popędy kazirodcze, które są 'spętane' i poskromione tylko dzięki prawodawstwu. Ja uważam, że większość ludzi takich popędów nie posiada i nawet jak kazirodztwo będzie legalne to nie wpłynie to na ich podejście do tych kwestii. Jeśli dla kogoś jest to obrzydliwe – zmiana prawa raczej nic nie zmieni w poglądach takiej osoby (a jest ich ogromna większość).

    Trzecia rzecz: czym innym jest życie codzienne w (po)nowoczesnym społeczeństwie, a czym innym walki o tron i twarda realia polityki starożytności, średniowiecza czy renesansu. Czym innym jest utrzymanie dziedzictwa tronu, a czym innym zwykłe ludzkie uczucie i miłość. Przede wszystkim w rodzinach królewskich bywało kazirodztwo wielopokoleniowe (które prowadziło do nagromadzenia się defektów genetycznych), w dzisiejszym świecie wydaje się to być niezwykle mało prawdopodobne.

    No i w końcu: mówienie o niepełnosprawnych jako o 'obciążeniu finansowym' – really? Ja wiem, że finanse państwa musza się zgadzać, ale używanie tego typu argumentów jest dosyć niebezpieczne moralnie. Oszczędzać można na wielu innych rzeczach niż życie upośledzonych ludzi. Wojując takim mieczem, można samemu się mocno zranić.

  4. Ja myślę,że lewicowcy powinni mieć związki kazirodcze, a także ze zwierzętami, ale pod warunkiem, że przestaną pobierać od nas zasiłki i żerować na nas. 2-3 pokolenia i można by było na nich legalnie polować w lasach, gdyż z pewnością by tam mieszkali.

  5. Masakrejszyn. Za dużo towarzysza Gierka się nasłuchałeś. Wszystko się opiera u Ciebie na Twoich założeniach, na Twojej wierze w antykoncepcje, na Twoim "wydaje mi się". Takie hipotezy może sobie stawiać każdy wąsaty Janusz w Polsce, ale to nie znaczy, że one mają jakieś pokrycie w rzeczywistości. Myślisz jak typowy lewicowiec: najpierw ma wszystko pięknie ładnie wyglądać, a dopiero później będziemy się martwić co i jak.
    Poza tym mówisz otwarcie, że potrzebna jest dyskusja chociaż z tych związków będą się rodzić chore dzieci, na które nie będzie można szczędzić pieniędzy. Sorry, normalnie jestem wyrozumiały i nie używam takich słów, ale takiej bzdury to nawet dupą nie przełknę.

    Acha i ja nie staram się nikogo do niczego przekonywać. Dla mnie to po prostu jakiś kosmos jest, że można tak płytko patrzeć na problem i pokładać tyle wiary w ludzki potencjał.

  6. Witek Jachimek Jasna sprawa, to oczywiste. Tylko, żeby można było się odniesc do tego co mówił Mateusz, trzeba było założyć obecny system, finansowany z pieniędzy podatników. Kto chce płacić za leczenie, nawet niech bedzie 20 dzieci w Polsce, które będa wymagały opieki przez całe życie? I to jest tak samo marginalny problem w skali krajowej, jak sens tej debaty.

  7. Witek Jachimek Jasna sprawa, to oczywiste. Tylko, żeby można było się odniesc do tego co mówił Mateusz, trzeba było założyć obecny system, finansowany z pieniędzy podatników. Kto chce płacić za leczenie, nawet niech bedzie 20 dzieci w Polsce, które będa wymagały opieki przez całe życie? I to jest tak samo marginalny problem w skali krajowej, jak sens tej debaty.

  8. Mateusz Kuryła mówi pan, że zniesienie obostrzeń prawnych nie przyczyni się do zwiększenia ilości przypadków kazirodztwa, a ja jestem zdania, że kwestie prawne to dopiero początek, potem tylko czekać na przyzwolenie społeczne, aż w końcu na akcje lewicy propagujące taką miłość i jej instytucjonalizowanie w imię "dyskryminacji osób będących w związkach kazirodczych". Skąd my znamy ten schemat? Nie mam nic przeciwko dyskusji na takie tematy bo nie uznaję tabu, jednak od dłuższego czasu zadaję sobie pytanie, czy postęp społeczny ma jakieś granice, a jeśli tak to czy przypadkiem nie zaczęliśmy ich przekraczać?

  9. Szymon Partyka oprócz akceptacji nieheteronormatywnych form seksualności (jak homoseksualizm, transgenderyzm itp.) lewica kładzie równie wielki nacisk na kwestię równości partnerów wewnątrz związku, czyli sprzeciwia się jakiejkolwiek formie gwałtu czy nacisku fizycznego albo psychicznego. W przypadku homoseksualizmu nie ma absolutnie żadnej korelacji – wprost przeciwnie, związki homoseksualne są najczęściej o wiele równiejsze niż heteroseksualne. W przypadku bliskiego kazirodztwa (ojciec-córka, siostra-brat) takie ryzyko jest o wiele wyższe – pisałem o tym w tekście – i dlatego zdecydowanie nie wydaje mi się aby kiedykolwiek były one faworyzowane. Raczej będą zawsze obarczone wyższym ryzykiem, i nawet jeśli nie piętnowane to zawsze będzie się na nie patrzeć z podejrzliwością. Moim zdaniem powinniśmy je zaakceptować, ale też mieć do nich margines dystansu i na nie mocno uważać.

    Za to nie widzę przeszkód w promocji zdrowych relacji przy dalszym pokrewieństwie (kuzyn, krewny itp) albo przy rodzinach przybranych (gdzie więzów krwi w ogóle nie ma). Nie chodzi tu nawet o promocję kazirodztwa jako takiego. Chodzi tu o promocję zdrowych, normalnych relacji NIEZALEŻNIE od tego czy są hetero czy homoseksualne, kazirodcze czy nie. Gwałt musi być tępiony niezależnie od tego kto go dokonuje, żadnych usprawieliwień nie ma. A że mogą być zdrowe relacje kazirodcze i niektórzy będa chcieli się nimi pochwalić? Nic tylko się cieszyć ich szczęściem, poza tym to tylko i wyłącznie ich sprawa. Mit "homolobby" które promuje jakąś rewolucję kulturową uważam za śmieszny.

  10. Mateusz Kuryła Z większością tego co pan napisał się zgadzam. Jako liberał uważam, że nie jest sprawą państwa kto z kim sypia. Problem polega na tym, że jeśli raz coś zaakceptujemy w kwestiach prawnych, zaraz potem wymusza się na nas akceptację społeczną takich zachowań, a uważam, że od nas jako od społeczeństwa nie powinno się wymagać traktowania tego co jest niemoralne, sprzeczne z prawami natury czy ogólnie przyjętymi normami jako czegoś normalnego, i nie powinno się nam nakazywać akceptacji takich zachowań. Wszelkie przejawy homofobii to nic innego jak biologiczny dobór naturalny, dzięki któremu w obrębie gatunku jednostki najsłabsze, lub będące zagrożeniem dla jego przetrwania są piętnowane. Nie inaczej jest ze związkami homo czy kazirodczymi. Te pierwsze nie dają potomstwa, ergo nie przedłużają istnienia gatunku, te drugie zaś zostawiają wysokie ryzyko zaistnienia chowu wsobnego. Oczywiście nie jest też tak, że jestem zwolennikiem czystego darwinizmu, jednak uważam że pewna jego doza w społeczeństwie jest potrzebna, po to by mogło się ono zdrowo i możliwie jak najszybciej rozwijać.
    Co do równości w związkach, o którą tak bardzo lewica zabiega to jest to odwiecznie wałkowany temat równości płci, której nigdy nie było i prawdopodobnie nie będzie. Zawsze powtarzam, że płcie nie są równe tylko równowartościowe, stąd w większości związków heteroseksualnych nie widzę miejsca dla równości sensu stricto (bardzo dobrze te zależności tłumaczy zresztą socjobiologia).

  11. Panie Profesorze,
    co do kwestii z którymi się z Panem nie zgadzam, to do głowy przychodzą mi następujące:

    1. Stosunek do Kościoła Katolickiego i religii. Sam nie jestem katolikiem i w pełni popieram krytykę głupoty i arogancji części polskiego duchowieństwa (ks. Oko, Rydzyk, Sławoj-Głódź czy Gądecki), ale nie podoba mi się ton generalizujący. Uważam, że obok wskazywania wad Kościoła niewiele mówi się i zachęca do dialogu bardziej światłych przedstawicieli Kościoła – a tych też jest wciąż całkiem sporo. Po śmierci takich osób jak ksiądz Tischner czy abp Życiński wydaje się ich być coraz mniej – tym bardziej trzeba ich promować. Nie zaliczam do tego grona ks. Lemańskiego, którego uważam niestety głównie za celebrytę.

    Oprócz dogmatyzmu religijnego równie mocno obawiam się poza tym dogmatyzmu scjentystycznego, który stara się religię wykluczyć jako pełnoprawnego uczestnika spraw publicznych. Nie wiem czy Panu mogę przypisać tą cechę – mam nadzieję, że nie – ale wśród polskich wpływowych ateistów i racjonalistów mogę wyczuć taką niechęć do samej idei duchowości czy transcendencji i nieograniczoną wiarę w 'szkiełko i oko', która sama nosi znamiona religii.

    Być może Pan sam ma bardziej zniuansowane i mądre poglądy, ale odnoszę poza tym wrażenie, że spora część 'prostych' ludzi znajduje w ogólnym wydźwięku Pańskich tekstów potwierdzenie tezy, że księża to 'watykańskie pasożyty', które są 'obcym elementem w naszym państwie' i są w większości 'pedofilami albo zboczeńcami'. Pan doskonale wie, że sprawa jest bardziej skomplikowana i rola Kościoła może być ujęta także w wielu pozytywach, ale tego typu sentymenty bazujące na prostej nienawiści do KK jako źródła wszelkiego zła są obecne w bardzo wielu komentarzach na FB czy forach internetowych. Uważam tego typu generalizacje za niebezpieczne i wydaje mi się, że niewiele Pan robi aby odciąć się od tego typu skrajnych opinii, a swoim zaangażowaniem 'antykościelnym' wręcz świadomie nakręca Pan takie nastroje. Jeśli się mylę to byłbym bardzo szczęśliwy.

    2. Pańskie zaangażowanie polityczne po stronie p. Palikota. Samego zaangażowania nie uważam co do zasady za coś złego, ale uważam, że alians akurat z panem Palikotem akurat Panu zaszkodził. Kiedy słyszałem Pańskie peany na cześć pana Palikota – brzmiało to dla mnie smutno czy wręcz żenująco, biorąc pod uwagę, że jest pan intelektualistą którego darzę dużym szacunkiem. Próby Pańskich 'analiz politycznych' chociażby z bloga (te mówiące o końcu PiS i końcu PO z końca 2013 roku by nie szukać daleko) były nietrafione i nie sprawdziły się czym znowu nadwątlił Pan swój autorytet. Uważam, że popełnił Pan błąd wstępując do takiej 'partii-kameleona' i zaprzęgając swoje przymioty intelektualne do raczej przyziemnych walk o władzę. Miał Pan do tego prawo, ale już od samego początku wróżyłem p. Palikotowi porażkę i – niestety – miałem rację. Można by sądzić, że przewidzi Pan to wcześniej. Jako stały wyborca SLD mam pełną świadomość jak niedoskonała i oportunistyczna jest to partia. Ale w porównaniu z p. Palikotem Leszek Miller jest naprawdę wzorem dojrzałego i odpowiedzialnego polityka (co bardziej świadczy źle o p. Palikocie niż dobrze o p. Millerze).

    3. Kwestie bardziej szczegółowe – przychodzi mi do głowy Pańska krytyka Martina Heideggera. Napisał Pan: "Skończmy z wydawaniem Heideggera i całym tym ezoterycznym pseudofilozoficznym ipsacyzmem, który wciąż uprawiany jest na europejskich uniwersytetach! " Jako jeden z argumentów podaje Pan przynależność nazistowską M. Heideggera. Absolutnie nie zgadzam się na ocenianie filozofów czy myślicieli przez ten pryzmat. Cenzura Zygmunta Baumana albo Leszka Kołakowskiego za ich komunizm lat młodzieńczych jest tak samo bezsensowna jak cenzura M. Heideggera za jego nazizm. To samo tyczy się Jeana Paula Sartre'a, Emila Ciorana, Nae Ionescu czy Mircea Eliade. Jeśli chodzi o przymioty jego filozofii – to już kwestia gustu i Pan jako filozof jest z pewnością o wiele bardziej kompetentny do oceniania dorobku pana Heideggera. Ale o ile dobrze mi wiadomo – wśród bardzo wielu filozofów p. Heidegger jest w wysokim poważaniu i raczej nie ma konsensusu co do tego że to tylko 'napuszony bełkot'. Nie widzę powodów, aby nie wydawać jego dzieł i tworzyć przez to swoista cenzurę – szczególnie że jego myśli (jakkolwiek nie napuszone) stanowią punkt odniesienia dla bardzo wielu późniejszych myślicieli. Mam nadzieję, że pisał to Pan z rozpędu i zagalopował się w tak mocnych słowach.

    To wszystko co na chwile obecną przychodzi mi do głowy. Proszę tego nie odbierać jako atak – jestem podobnie jak Pan liberałem i socjaldemokratą, tym bardziej to co Pan pisze ma dla mnie pewną wagę (w przeciwieństwie do części prawicowych 'myślicieli' których po prostu ignoruję). Poza tym nie śledze polskich mediów bardzo uważnie, więc możliwe że pewne rzeczy przekręciłem i na dodatek znam Pańską twórczość raczej pobieżnie, jako że ma Pan bardzo bogata literaturę dot. filozofii czy kwestii polityczno-społecznych). To o czym piszę to głównie Pański ogólny profil jaki się wyłania z Pańskich wypowiedzi w mediach czy wpisów na blogu.

    Z wyrazami szacunku,
    Mateusz Kuryła

ZOSTAW ODPOWIEDŹ