UDOSTĘPNIJ

Po wytężonej burzy mózgów, tysiącu przejedzonych kawałków pizzy i nieprzespanych nocy, w końcu możemy przedstawić Wam całkiem nowy, odpolityczniony dział na Pikio. No dobra, właściwie to zapowiedź działu, ale jego pełna wersja pojawi się już niedługo. Co znajdziecie w środku? Masę świeżych tekstów, recenzje muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże i co tylko jeszcze wpadnie nam do głowy. Jednego możecie być pewni – jest na co czekać.

Jako przystawkę, przygotowaliśmy dla Was recenzję filmu Wstrząs, który premierę w Polsce miał dopiero w ten weekend. Zapraszamy do lektury.


 

Sport to zdrowie?

Amerykański futbol kojarzy się ze Stanami Zjednoczonymi równie nierozłącznie, co sombrero z Meksykiem albo anime z Krajem Kwitnącej Wiśni. Co ciekawe, sport ten utrzymał swoją popularność jedynie w granicach USA, stając się tym samym dyscypliną narodową. Przed twórcami „Wstrząsów” stanęło zatem niełatwe zadanie zainteresowania swoim produktem międzynarodową widownię. Czy odnieśli sukses? Cóż…

Cały film to rodzaj dwugodzinnej ciekawostki ze sportowego półświatka, której sens bez problemu możnaby zawrzeć w trzydziestominutowej krótkometrażówce. Punkt wyjściowy historii jest faktycznie interesujący – doświadczony lekarz, patolog (Will Smith) odkrywa, że wstrząsy czaszki, jakim ulegają zawodnicy amerykańskiego futbolu w trakcie gry, doprowadzają ich w późniejszym czasie do samobójstw. Niestety, to właśnie scenariusz jest najsłabszym elementem całego widowiska.

Wstrząs to drugi samodzielnie napisany i wyreżyserowany przez Petera Landesmana film, w którym były dziennikarz po raz kolejny dowodzi, że o ile prowadzenie aktorów nie przychodzi mu z trudnością, to płynne opowiedzenie całej historii oraz umiejętność zainteresowania widza do najłatwiejszych zadań  nie należą. Szkielet, podtrzymujący linię fabularną, stanowi jedną z najczęstszych klisz amerykańskiego kina popularnego – ambitny lekarz opracowuje innowacyjną teorię. Niestety, ludzie na wyższych stanowiskach z pewnych względów nie chcą udzielić mu poparcia; pomimo przeciwnościom, uczony niestrudzenie brnie wciąż dalej, by dowieść swojej racji. Historia ciągnie się w nieskończoność, czemu w dużej mierze winny jest zupełnie zbędny motyw miłosny między Smithem a najsłabszą kreacją tego filmu – Premą Mutiso graną przez Gugu Mbatha-Raw (jej największa rola w dotychczasowej wideografii). Ciekawy wątek poboczny, który wkrada się na początku seansu, dotyczący „amerykańskiego snu” widzianego z perspektywy Nigeryjczyków oraz ich drogi ku staniu się prawowitymi Amerykanami zostaje za słabo wyeksplatowany, a mógł zdziałać naprawdę wiele na korzyść filmu. Dodatkowo dialogii, przyprawione infantylnymi kwestiami rodem z najbanalniejszych aforyzmów Paoulo Coelho (cytując: „Potrzeba to nie słabość – potrzeba to potrzeba”), zamiast skłaniać do refleksji zwyczajnie śmieszą.

To gra aktorska staje się naprawdę mocnym punktem filmu, by wspomnieć chociaż o rewelacyjnym powrocie na wielki ekran Davida Morse’a (Zielona mila, Twierdza) w roli autodestrucyjnego zawodnika amerykańskiego futbolu. Natomiast na wstrząs zachorował z pewnością Will Smith, bojkotujący tegoroczną Galę rozdania Oscarów, głęboko obużony brakiem nominacji w kategorii „najlepszy aktor pierwszoplanowy”. Jego kreacja z pewnością fatalna nie jest, cierpi natomiast na wszystkie maniery, jakimi Smith od paru dobrych lat piętnuje swoje role – w dużej mierze myślę tu o drażniącej minie „zbitego psa”.

Oglądając Wstrząs można odnieść nieodparte wrażenie, że twórcy aspirowali do zdobycia choć paru nominacji do Oscara – wskazuje na to problematyczna tematyka filmu. Niestety, odsuwając motyw stricte sportowy na dalszy plan, twórcy skupili się na historii smutnego jeszcze-nie-Amerykanina, co korporacji się nie imał, ponosząc fabularne fiasco.

 

Moja ocena: 4/10

 

Na plus:
+ David Morse powraca na duży ekran w rewelacyjnej kondycji aktorskiej;
+ dopracowane zdjęcia i bardzo dobry montaż;
+ w ciekawy i przystępny sposób reżyserowi udało ukazać się sceny prosektoryjne;

 

Na minus:
klisza szkieletu fabuły, którą Hollywood nieprzerwanie przeżuwa już od kilku dekad;
cukierkowy romans, wciśnięty na siłę, który nie wnosi do filmu zupełnie nic (prócz ziewnięć);
mdłe dialogii, które niejednokrotnie zamiast skłaniać do refleksji zwyczajnie śmieszą;
„smutny” Will Smith – tragiczna maniera aktorska, która z wiekiem nasila się coraz bardziej;
nudny; miałem wrażenie, że połowa scen stanowi zbędne wypełnienie fabuły, a druga połowa to nieustająco powtarzające się kwestie czy schematy.

Kornel Nocoń

 

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułPoznań: Student zaatakował maczetą profesora z Wydziału Chemii
Następny artykułKijowski donosi na Kowalskiego, Kowalski na Rzeplińskiego
Gościnne Teksty

Artykuły osób, które nie współpracują na stałe z pikio.pl. Nie liczą się dla nas poglądy, tylko umiejętności władania językiem. Tylko my dopuszczamy każdy punkt widzenia. Tylko u nas pełen pluralizm

Zobacz również