UDOSTĘPNIJ

W ostatnim czasie media coraz częściej poruszają kwestię młodych ludzi, którzy po skończeniu studiów pracują za pieniądze, mówiąc delikatnie, niesatysfakcjonujące. Okazuje się, że problem nie dotyczy już tylko absolwentów humanistycznych kierunków, ale nawet tych, którzy mogą się poszczycić tytułem inżyniera, biegłą znajomością kilku języków, a nawet całkiem pokaźnym doświadczeniem zawodowym, zdobywanym na darmowych praktykach jeszcze w czasie nauki akademickiej. Powstają czarne wizje ozdobione takimi tytułami jak ?Stracone pokolenie? czy ?Pokolenie 2000 zł brutto?. Czy faktycznie zjawisko jest na tyle powszechne, żeby wszystkich wychowanków III Rzeczpospolitej segregować jako nieszczęśników, skazanych na permanentny byt proletariusza? To pozostawię do oceny mądrzejszym od siebie ? specjalistom od ekonomii i socjologii.
Sam spróbuję zlokalizować przyczyny zjawiska, które widocznie wymaga leczenia. Podobno lepiej usuwać przyczyny, a nie objawy.

Robert Nozick w eseju Dlaczego intelektualiści występują przeciw kapitalizmowi? opisał zjawisko, które idealnie odzwierciedla obecny stan rzeczy. Można się oczywiście spierać, czy obecni studenci to inteligencja (ja sam, gwoli ścisłości, NIE zamierzam tak SIEBIE określać), więc może potraktujmy to po prostu jako trafną analogię.
Otóż zdaniem Nozicka do grupy intelektualistów zaliczają się wszyscy ci, którzy błyszczeli w trakcie edukacji różnymi umiejętnościami, na przykład sprawnie liczyli, ładnie recytowali poezję albo znali dokładnie wszystkie pierwiastki. Za dobrze rozwinięte umiejętności ludzie ci otrzymywali dobre notowania, pochwały i? obietnice świetlanej przyszłości. Problem pojawiał się wtedy, gdy okazywało się, że te atuty wcale nie są tak samo cenione na rynku pracy jak w szkole.
Frustracja, która pojawiała się po tak zimnym prysznicu, nie była jednak kierowana w stronę tych, którzy naopowiadali bzdur. To nie edukacja, która karmiła ściemami, nie zdała egzaminu, lecz? wolny rynek! Więc intelektualiści wyszli z postulatem, by ten bezczelny wolny rynek, który nie docenia ich wielkich przymiotów, trochę ukrócić. Jak grzyby po deszczu pojawili się demagodzy, którzy obiecali zbuntowanym masom poprawę położenia za pomocą środków bliżej niesprecyzowanych. I obiecują nadal ? wystarczy się uważnie rozejrzeć w trakcie tej czy innej kampanii wyborczej.

Kłamstwa, jakimi przez wiele lat karmiono nie tylko nas, ale nierzadko naszych rodziców i dziadków, doprowadziły do dosyć tragikomicznego paradoksu ? wielu z nas bardzo skupia się na dyplomie, zdecydowanie mniej na samych kwalifikacjach. Mniej liczy się rzemiosło, a bardziej wykształcenie. Wiktor Suworow pisał o tym samym zjawisku, występującym w Związku Radzieckim ? kto kończy studia, może być pewien sukcesów zawodowych. Bez względu na to, czy byłaby to kariera w KGB, Komsomole, teatrze czy sporcie. Socjalizm gwarantował, że każdy otrzyma według potrzeb.
Wróćmy jednak do rzeczywistości nie tak odległej w czasie. Wprawdzie szkoły zawodowe i technika dziś przeżywają renesans, bycie rzemieślnikiem jest znowu w cenie, ale był czas, kiedy PR tych szkół nie należał do najlepszych. Płynący ze źródeł opiniotwórczych przekaz, rozprzestrzeniający się pocztą pantoflową w całym społeczeństwie, był jednoznaczny ? szkoły zawodowe i technika to miejsca dla gorszego sortu młodzieży. Niestety wielu absolwentów gimnazjów wzięło to sobie do serca, masowo wybierając licea ogólnokształcące. Ponieważ konieczność posiadania jakichkolwiek umiejętności zmusza absolwentów ogólniaków do kontynuacji nauki na studiach, prawdopodobnie wielu niedoszłych techników budownictwa, elektryków i mechaników, wybrało studia. Studia, które wcale nie musiały wiązać się z nabyciem nowych, ważniejszych i bardziej przydatnych kwalifikacji, a zarazem? spowodowały wzrost oczekiwań ich absolwentów wobec Polski, społeczeństwa i pracodawców. Zgodnie z dewizą ?Nie po to kończyłem studia, żeby pracować za najniższą krajową?.

Może wcale nie zarabiamy za mało, tylko za mało rozumiemy, wychodząc z założenia, że dyplom uczelni wyższej jest przepustką, a zarazem uzasadnieniem naszych wysokich oczekiwań odnośnie zarobków i pozycji na rynku? Może nasze wykształcenie wcale nie idzie w parze z atutami, którymi możemy imponować w tej czy innej firmie? Studia oczywiście mogą nam pomóc w odnalezieniu się na rynku pracy, ale nie jest to reguła. Na uczelniach z założenia powinniśmy poszerzać horyzonty i zdobywać wiedzę, a nie prawo do roszczeń wobec społeczeństwa, które za usługi płaci nam mniej, niż byśmy oczekiwali. No właśnie ? jeśli płaci mniej, to na pewno jest to wynik złej woli pracodawców? Być może nasza ekonomia jest tak skonstruowana, że większość szefów na więcej sobie pozwolić nie może, nawet gdyby chcieli.
Padliśmy ofiarą kretyńskiej inżynierii społecznej, która z wielkim przekonaniem obiecała złote góry tam, gdzie warunki dynamicznie się zmieniają, wymagając od nas elastyczności i szybkiej adaptacji. Błędem jest przekonanie, że społeczeństwo i gospodarka to jedna, prosta maszyna, w której pojedynczy niesprawny element niweluje wszystkie trudy młodych ludzi i że wystarczy ten element sztucznie wyeliminować, by naprawić cały mechanizm. W społecznym organizmie nasze położenie jest determinowane przez wiele czynników , splotów wydarzeń i przypadków. Dlatego ktokolwiek przedstawia podejrzanie prostą receptę na sukces, powinien być z miejsca wygwizdany. Bo im niżej w obłokach będziemy latać, tym mniej bolesny będzie ewentualny upadek na ziemię.

7 KOMENTARZY

  1. To racja co jakiś czas przeczytać można informacje w stylu młodzi mają za duże wymagania
    To jest nieco sprawa pokolenia naszych rodziców i dziadków (wychowanych według zasad gospodarki centralnie planowanej. W tamtych realiach zawsze był niedobór ludzi z wyższym wykształceniem, dla tego szybko znajdowali oni na początku lat 90 – tych pracę (niedobór związany z poszerzeniem gospodarki o sektor prywatny)

  2. Niestety utraciliśmy naturalną zdolność współpracy pomocną w takich jak nasz przypadkach. Nie umiemy, albo mamy problem z wymyśleniem innowacji – niezbędna bowiem do tego jest współpraca.

  3. Tu nie chodzi o to, że "mi się należy". Może nie zawsze. W dobie internetu wszyscy widzą jak można żyć (patrz zachód". Nie rozumiem, dlaczego sprzątaczka w Norwegii jest w stanie się tam utrzymać, wyjeżdżać i remontować mieszkanie w Polsce, a ktoś z wyższym wykształceniem i w bardziej wymagającej pracy ma pieniądze tylko na to żeby przeżyć (i poczuć się jak pan szalejąc w weekendy. Są ludzie, którzy chcą pracować i chcą więcej zarobić, ale nie ma jak. Ja np. pracowałam średnio od 7:30 do 17-18 od poniedziałku do piątku i co drugą sobotę. Życia zero. I to wszystko po to, by dwa razy w tygodniu pójść na zajęcia sportowe i wyjechać gdzieś (w sumie na 2 tygodnie). To nie jest życie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ