UDOSTĘPNIJ
Kraków Przeciw Igrzyskom, fot. Jakub Włodek
Kraków Przeciw Igrzyskom, fot. Jakub Włodek

Zdaniem wielu komentatorów sceny politycznej czarnym koniem jesiennych wyborów samorządowych będą ruchy miejskie. Działacze związani z lokalnymi stowarzyszeniami, oddolne grupy obywateli czy osoby zdobywające pierwsze szlify w radach osiedli czy dzielnic zapowiadają rzucenie wyzwania zawodowym politykom. Rosnące zaufania do miejskich aktywistów to szansa dla tych, którzy czują się związani z danym miastem, znają jego problemy jako mieszkańcy, a zarazem chcą reprezentować swoich wyborców, a nie interes swoich ugrupowań.

Samorząd, choć strukturalnie sensownie wymyślony, jest pełen patologii. Przy rekrutacji na stanowiska w spółkach miejskich trafiają często osoby związane z daną partią. Interesy wąskich, ale skutecznych i zdeterminowanych grup często biorą górę nad potrzebami mieszkańców. Skutkuje to niekompetentnymi decyzjami, gentryfikacją co bardziej atrakcyjnych z punktu widzenia banków i developerów dzielnic, polityką cięć uderzającą w zwykłych ludzi i skutkującą coraz gorszą jakością usług publicznych. Do tego trzeba doliczyć tzw. inwestycje wizerunkowe: manię organizacji wielkich i prestiżowych imprez (Igrzyska Olimpijskie w Krakowie, huczne imprezy finansujące niesprzedających płyt wątpliwej jakości artystów) kosztem stołówek szkolnych czy żłobków. Często jest to polityka „zastaw się, a postaw się”.

Dlatego ruchy miejskie proponują alternatywę. Więcej terenów zielonych, mniej zaśmiecania przestrzeni publicznej, usunięcie samochodów z centrum miast, pochylenie się nad problemami osób starszych, niepełnosprawnych, rodziców. Rozumieją, że w mieście będzie bezpieczniej i przyjemniej, jeśli nie będzie wpychało się jego najuboższych mieszkańców do kontenerów (pomysł który wprowadził w życie związany z PO prezydent Poznania, Ryszard Grobelny, a później twórczo próbował zaadaptować Jarosław Dąbrowski – ówczesny burmistrz Bemowa). W dużej mierze swój program inspirują zieloną polityką, proponującą wizję zrównoważonego, inteligentnego przyjaznego miasta. Na poziomie myślenia to już właściwie mainstream. Publikacje na ten temat wydawał nawet think-tank Platformy Obywatelskiej – Instytut Obywatelski. Co z tego, skoro w polityce wywodzących się z PO prezydentów miast (Dutkiewicz, Gronkiewicz-Waltz, Grobelny, Adamowicz) próżno szukać działań na rzecz zrównoważonego miasta.

Jest też niestety druga strona medalu. Ruch miejski to coś pod co łatwo mogą podpiąć się Ci, którzy nim nie są. Pierwszy przykład z brzegu to Warszawska Wspólnota Samorządowa – ugrupowanie założone przez byłych polityków SLD, PO czy LPR z udziałem gowinistów. Kiedyś na Chłodnej 25 gościliśmy Pawła Poncyljusza i pytaliśmy go np. o prywatyzację szkół – udzielił odpowiedzi twierdzącej. Inny działacz WWS, Piotr Guział jakiś czas temu stwierdził, że zgwałcona kobieta jest sama sobie winna, bo biegała po nocy po Lesie Kabackim. Takie przypadki można mnożyć. Ostatnio usłyszałem o ruchu miejskim z jednego z dużych miast proponującym m.in. likwidację deptaków, zwiększenie ilości miejsc parkingowych w centrum miasta i rozwiązanie kwestii koczowisk romskich. Takie ruchy miejskie też w tych wyborach się pojawią i rolą liderów opinii jest pokazywanie ich prawdziwego oblicza.

Wielu będzie próbowało na szyldzie ruchu miejskiego zawojować samorząd. Patrzmy im na ręce. Niech kryterium będzie to czy rzeczywiście mamy do czynienia z projektem oddolnym, nie powiązanym z układem rządzącym, programowo spójnym, stawiającym na jakość życia, promującym rozwiązania oparte na idei zrównoważonego rozwoju. Za takie ruchy miejskie będę trzymać kciuki.

Zobacz również