UDOSTĘPNIJ

Większość polskich dziennikarzy i polityków zupełnie zgodnie od kilku miesięcy sieje paranoję III Wojny Światowej, latających bomb atomowych i dowodzonych przez Putina statków kosmicznych z Gwiezdnych Wojen niszczących Warszawę. Młodzi patrioci szykują już plany Powstania Warszawskiego vol. 2, a opozycja zbija kapitał polityczny na strachu obywateli. Prawie nikt nie próbuje zwątpić w choć jeden element tej paranoicznej układanki i spojrzeć szerzej. Ponieważ „wątpię, więc jestem” jest najlepszą podstawą do wyjścia naprzeciw obiektywnym wnioskom, to na moment poddajmy wątpliwości wszystko co przekazały nam media i zamieńmy strony – teraz mentalnie naszym sojusznikiem jest Rosja, a USA szalonym agresorem. Wszystko na bazie tych samych faktów.

 
Nowoczesny imperializm
 
Co jakiś czas słyszymy albo słyszeliśmy w wieczornych informacjach w telewizji, że znowu zginął polski żołnierz w Afganistanie/Iraku/innym państwie „pokojowych działań” USA. To w zasadzie jedyny opis tego co dzieje się w trakcie wojen prowadzonych w tych państwach, opis który zawsze jest moralnie pozytywny (chyba, że przypadkowo ostrzela się wioskę niewinnych ludzi i akurat się wyda). Medialna wersja zdarzeń niemal nie jest w ogóle wojną, bo przecież nasi żołnierze nie robią nic złego. Śmiertelne ofiary najczęściej zostały zabite przez „terrorystów”, a wojska USA i sojuszników nic nie mogły na to poradzić. Może to zbyt duże uogólnienie, ale moim zdaniem i wojna w Iraku, i wojna w Afganistanie to takie same wojny jak w Gruzji czy teraz na Ukrainie. Jeżeli tam gdzie mieszkam nagle z obu stron lecą kule to wiem, że otacza mnie wojna, w której walczą ze sobą minimum dwie przeciwne względem siebie siły. Wiadomo, że interpretacji może być wiele, bo wojna wojnie nie równa, ale imperialistyczne zapędy Rosji i USA sprowadzają się mniej więcej do tego samego. Różnią się tylko poziomem piaru tworzonego wokół swoich militarnych przedsięwzięć.
 
Satyryczny obraz rzeczywistego działania USA
 
Wojna Stanów Zjednoczonych nie kończy się nigdy.
 
Pod pretekstem szlachetnych misji pokojowych Stany wsadzają swój nos praktycznie wszędzie. Od czasu pompatycznego wyzwolenia świata ze szponów II Wojny Światowej USA nadało sobie immunitet do rozstrzygania wszystkich międzynarodowych sporów (głównie dlatego, że kraj kwitnącego hamburgera wydaje na wojsko prawie tyle co reszta świata razem wzięta). Rozstrzygnięcie sporu na ogół kończy się wprowadzeniem podległych sobie władz, zabraniem ropy lub wykończeniem miejscowego handlu i zastąpieniem go własnymi korporacjami jak również wszystkie dowolne kombinacje wymienionych wariantów. W każdym wypadku są to spływające do Ameryki pieniądze. Przecież to jest właśnie końcowy cel wojny – zysk. Nikt nie urządza wojen dla zabawy, bo chce popatrzeć jak ludzie do siebie strzelają. Wojna wiąże się z przypływem pieniędzy i władzy. Dokładnie to samo daje Stanom nieprzerwane zwiększanie wpływów na świecie za pomocą wyżej wymienionej strategii „misji pokojowych”. To stały i na pozór bezbolesny proces, ale jednak wojenny.
 
usa visit
 
Dlaczego bomby nie wybuchną?
 
Wojna to nie tylko korzyści ze wszechobecnego anarcho-kapitalizmu ograniczonego tylko jakimiś tam konwencjami, które zakazują maltretowania ludzi bez powodu. Wojna to przede wszystkim kalkulacja strat. Agresja fizyczna to ostatnia deska ratunku, której chwyta się przegrany na innych polach walki – w przypadku państw najczęściej bankrut. Dobrze prosperujące państwo nie naraża się na straty na tak wielu polach – dyplomacji, handlu etc. – bo w walce zbrojnej aż tyle nie zarobi. Skoro po wygranej wojnie straty i tak przekroczą wartością zyski to po co właściwie się bić? W takiej sytuacji jest teraz i Rosja, i USA. Wszystkie imperialistyczne przepychanki pomiędzy tymi dwoma gigantami zawsze odgrywają się na terenach wyniszczonych biedą, na których udziały w rynku (w tym na przykład wartość posiadanych nieruchomości) USA i Rosji są niewielkie. Wszystkie Gruzje, Osetie, Ukrainy, Iraki, Afganistany itd. to kończące się skrawki Ziemi, gdzie jeszcze opłaca się walczyć w prymitywnym tego słowa znaczeniu. To takie groteskowe, infantylne bitewki o pozostałe możliwe do zdobycia wpływy w kształtującym się ostatecznym układzie państw (oraz ich niepisanej podległości imperialistycznej). W sumarycznym rozrachunku USA wcale nie zostaje w tyle w stosunku do Rosji ze swoją międzynarodową agresją, lecz może nawet ją wyprzedza, jednocześnie opakowując swoje działanie w tonę lukru i szlachetnych idei. Ostatnimi czasy odwracając znów uwagę od siebie Stany Zjednoczone (między innymi przez amerykańskie media) sieją paranoję Rosji rządzonej przez drugiego Hitlera, który chce podbić cały świat. Amerykanie robią tak po to aby pod pretekstem obrony Ukrainy usunąć wpływy rosyjskie i poddać Ukraińców neokolonizacji konsumpcyjno-kulturowej na zasadzie doktryny szoku, podobnie jak stało się z pozostałymi państwami byłego bloku sowieckiego – w tym z Polską. Putin wywołując/zbrojąc bunty właściwie robi ostatnią rzecz, którą może by działaniu USA zapobiec. Podsumowując – podczas gdy teraz z Putina robi się Hitlera za niby podrobione wybory na Krymie (nawet jeśli, to co, które nasze wybory nie były podrobione?) i rozdawanie broni buntownikom, w 2009 roku Barack Obama za swoje działania wojenne („za wysiłki w celu ograniczenia światowych arsenałów nuklearnych i pracę na rzecz pokoju na świecie”) dostał pokojową nagrodę Nobla. Pokój, który różni się od stanu początkowego w rzeczywistości tylko do bilansem trupów i zniszczenia.

 
Polska jednak bezpieczna.
 
Mimo wszystko współczesne wasalstwo nie jest takie złe. Może pensje w pracy trochę niższe, bo właściciel cały zysk wywozi za ocean, ale warto pamiętać też o przywilejach niewolnictwa. W tym wypadku pan może nie przyjdzie chronić swojego niewolnika (bo i tak go tylko dzierżawi), ale obroni własną posiadłość. Przez wiele lat Polacy narzekali na prywatyzację i „rozkradanie” mienia państwowego. Otóż państwo nasze jako właściciel jest bezsilne w konfrontacji z chociażby Rosją (czy nawet Niemcami), ale państwo naszego pana z drugiej strony to już co innego. W tym momencie z wojny robi się pat, bo żadna ze stron nie zdecyduje się zaatakować. Jeśli Rosja napadnie na Polskę, Francja upomni się o wykupioną Telekomunikację Polską, Niemcy zobaczą płonące biura projektowe i swoje niesprzedane samochody, Stany zobaczą spalone hamburgery, iPhone’y, parującą Coca-colę. Straty finansowe poniesione przez kraje zachodnie w przypadku ataku Rosji na Polskę byłyby ogromne. Mogłyby pociągnąć za sobą nawet ogólnoświatowy korporacyjny lobbing na rzecz ataku na Rosję i demilitaryzacji, co doprowadziłoby do jej zupełnego zniszczenia. Inną sprawą jest też bariera językowa i prywatna nienawiść Polaków do Rosji za 123 lata przymuszonego – tym razem – wasalstwa. W obecnej sytuacji podbić Polski takim pstryknięciem palca się po prostu nie da ani też nie ma żadnego szczególnego celu, żeby akurat na Polskę napadać. Putin może niektórym wydaje się szalony, ale udowodnił już wielokrotnie, że nie jest głupi. Atak na Polskę nic mu nie da w obliczu strat, które poniesie. I tak wystarczająco dużo już wysysa z Polski przez rosyjski gaz, który Polacy wciąż kochają. Martwi Polacy za gaz nie zapłacą. Bardziej bałbym się prywatnych robotów-smoków atakujących Polskę dla frajdy kilku Japończyków w Tokio niż pijanych Siergiejów i Borysów w czołgach przejeżdżających przez naszą wschodnią granicę. Przestańmy na siłę z Polski robić po raz kolejny ofiarę losu i męczennika.

Zobacz również