UDOSTĘPNIJ

                       Na wstępie śpieszę donieść, że jestem resortowym dzieckiem: mój dziadek służył w MO, inny krewny (dla uproszczenia nazwijmy go wujkiem) jako sołtys w czasach PRL-u umacniał władzę ludową (tj. głównie drogę na wsi i dzwonnicę w kościele – ale nie oszukujmy się – był przedstawicielem reżimu), nie mogę również wykluczyć niepatriotycznego pociągu któregoś z przodków do stołecznej działaczki „Proletaryatu”*. Sytuację powinien trochę ratować pradziadek i ojciec chrzestny, ale i to robi ze mnie w najlepszym wypadku mischlinga.

                       Po tym krótkim wstępie łatwo zgadnąć, że nawiązuję do osławionej książki Doroty Kani, Jerzego Targalskiego i Macieja Marosza „Resortowe Dzieci Media”. Nabyłem egzemplarz tego dzieła jeszcze w wersji „z Żakowskim” i na swoje usprawiedliwienie tak długich zmagań z lekturą mam tylko wymówkę w postaci braku czasu i ewidentnych niedostatków w rewolucyjnej czujności i zaangażowaniu.

                       Treść książki jest wszystkim z grubsza znana, ja dla porządku przypomnę jedynie, że lustracji poddano nie tylko samych bohaterów, ale i ich przodków, sięgając niekiedy do czasów przedwojennych (niekoniecznie przed- II -wojennych). Mniejsza więc o treść: kto łączy zapędy inkwizytora-czekisty z przekonaniem o dziedziczeniu win znajdzie tam mnóstwo materiałów dla siebie – wszystko ładnie opisane i uwiarygodnione zdjęciami. Ja uważam, że każdy kto odpowiednio poszpera w historii swojej rodziny znajdzie i Pana i Chama i Plebana, co zresztą choć pouczające i niekiedy przyjemne, nie powinno przeszkadzać w powtórzeniem za Napoleonem „mój ród zaczyna się ode mnie”.Mniejsza więc o treść…

                       Ciekawsze od tego o czym piszą, jest to co z pisania wynika i jeszcze wyniknie (szczególnie, że na razie wydano jedynie pierwszą z wielu zapowiadanych części). Niewątpliwie książka odniosła sukces: ponad 140tys egzemplarzy, wywiady, dyskusje, procesy – ostatnio zbliżoną burzę wywołali „Sąsiedzi” Jana Tomasza Grossa; udało się autorom wprowadzić nowe pojęcie do publicznej świadomości i nie mam wątpliwości, że pojęcie to zostanie z nami na długo. Paradoksalnie jednak, oprócz wprowadzenia kolejnego pojęcia-młotka i pogłębienia okopów w których siedzą „niezależni”/”prawdziwi Polacy” nie udało się tych okopów przesunąć ani o centymetr. W dodatku Dorota Kania już doprowadziła do małego konfliktu wewnątrz własnego obozu: pamiętać należy, że w miarę postępów walka się zaostrza, a rewolucja lubi pożerać własne dzieci. Niedługo już nie tylko Meller, ale i próbujący bronić go Gmyz (swoją drogą urocze to były próby…szybko jednak musiał skapitulować, przed siłą argumentów „nawet jeśli siedział, to się nie liczy bo jego akurat rodzina mogła starać się wyciągnąć”, „niby był w opozycji, ale to było dawno <sic!>” i ostatecznym ciosem „wiadomo gdzie opublikował swoje żale, a przecież mógł gdzie indziej – już sam wybór tytułu wskazuje kim jest naprawdę”) może okazać się niewystarczająco prawomyślny, Zaremba niewystarczająco czujny, a Karnowski niewystarczająco lojalny – wtedy, stosując już sprawdzone metody grzebania w genealogii, szybko coś się znajdzie.

                       Oczywiście nikomu nie przeszkadza, że cała zabawa jest nie tylko mocno niechrześcijańska, ale nawet niezbyt oryginalna (pamiętacie „dziadka z Wehrmachtu”?), a starego opozycjonistę może rozliczać człowiek z KC (w tej roli mój ulubiony naczelny antykomunista III RP – Marek Król). Przecież jak twierdzi Jerzy Targalski wiadome jest, że agenci byli nie wśród tych co system chwalili, ale tych co zwalczali – to się zresztą doskonale wpisuje w logikę Okrągłego Stołu jako spisku SB… skoro rewolucję Solidarności zrobili agenci, to pomyślmy logicznie gdzie zostaje wolne miejsce dla prawdziwych antykomunistów?

Jak powiedział klasyk „ciemny lud wszystko kupi”…

*Jacek Kaczmarski ?Drzewo genealogiczne?

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas

Zobacz również