UDOSTĘPNIJ

     29.10.1611 to jedna z najważniejszych dat w naszej historii.

Dzień w którym nasi przodkowie obalili na kolana władcę największego na świecie imperium, jeszcze nie tak dawno ściskającego swymi potężnymi pazurami bezkresne azjatyckie stepy i syberyjskie puszcze, skute lodem morza i sięgające piekielnych czeluści jeziora, wielkie miasta i zapomniane przez Boga sioła….Teraz upokorzonego i klęczącego, składającego haniebny pocałunek lodowatej posadzce tuż obok swoich braci, wodzów wojsk rosyjskich tłukących czołami o ziemię przed majestatem polskiego monarchy. Za nimi stoi promienny jak nigdy dotąd wielki tryumfator- hetman Stanisław Żółkiewski- zdobywca Kremla i pogromca Moskali spod Kłuszyna…

Zanim jednak do tego doszło przez dwa lata polskie wojska zmagały się ze znacznie liczniejszym i lepiej uzbrojonym przeciwnikiem wspieranym przez oddziały najemników z całej Europy.
Żaden opór nie mógł się jednak mierzyć z siłą polskiej husarii, żadna przeszkoda nie mogła się oprzeć polskiej nawałnicy.

W odpowiedzi na antypolskie rokowania rosyjsko-szwedzkie, w 1609 roku wojska Rzeczypospolitej runęły na Moskali niczym potężne tsunami niszczące wszystko na swojej drodze.
W jej szeregach znalazł się cały przekrój polskiego społeczeństwa: od mężnych i szlachetnych rycerzy walczących za Boga, Honor, Króla i Ojczyznę, aż po zawadiaków i awanturników marzących o łupach, niewolnikach, ziemi i brankach.

Do tych ostatnich zaliczali się w większej mierze żołnierze pułkownika Lisowskiego ,którzy niby nie dający się ugasić wściekły pożar puszczali z dymem kolejne wsie i miasteczka siejąc w sercach swoich wrogów paniczny strach i przygotowując grunt pod właściwą inwazję.

Zapuszczali się głęboko na ziemię nieprzyjaciół pozostawiając po sobie tylko spaloną ziemię i płaczące kobiety. Niebawem dotrą nad Morze Białe gdzie jeszcze przez długie lata matki będą straszyły swoje dzieci opowieściami o polskich diabłach.

Ich terrorystyczne metody, brawura granicząca z szaleństwem i olbrzymia mobilność czyniły z nich idealne siły błyskawicznego reagowania, odpowiedników współczesnych służb specjalnych.
Rekrutowali się głównie z wszelkiej maści awanturników, wykolejeńców i zbiegłych chłopów dla których wojna i służba pod sztandarem charyzmatycznego Lisowskiego stanowiły treść życia.
To właśnie pułkownik Lisowski za pomocą żelaznej dyscypliny, olbrzymiej charyzmy i drakońskiego regulaminu zamienił tę niejednorodną zgraję w oddane Rzeczypospolitej wojska najemne, zdolne wykonać każdy, nawet najbardziej szaleńczy rozkaz.

Lisowczycy stanowili jednak tylko oddziały pomocnicze armii polskiej, jej trzon składał się z husarii, legendarnych skrzydlatych jeźdźców.

Opierając się na źródłach z epoki to właśnie pośród husarzy można było odnaleźć największą liczbę rycerzy pokroju bohaterów sienkiewiczowskiej Trylogii.

Husarze słynęli w całej Europie ze swojej niesłychanej brawury, męstwa nie znającego nigdzie odpowiednika, wspaniałych wierzchowców, pancerzy zdolnych odbijać pociski z bliskiej odległości, długich na ponad 6 metrów kopii, ostrzejszych od najostrzejszych mieczy szabel, skrzydeł doczepianych przez niektórych husarzy do swoich siodeł a także szlacheckich manier, ale przede wszystkim słynęli jako najlepsza kawaleria na świecie zdolna roznieść w pył nawet wielokrotnie liczniejsze oddziały przeciwnika.

Tak było w roku 1605 pod Kircholmem, tak było również w roku 1610 pod Kłuszynem kiedy to niespełna 6000 husarzy rozgromiło ponad 38 tys. żołnierzy wojsk szwedzko-rosyjskich.
Wrogów było tak wielu, że niektóre chorągwie musiały szarżować po 10 razy na wraże oddziały żeby je w końcu przełamać.

Po kilku godzinach było jednak po wszystkim.

Pole pod Kłuszynem było czerwone od krwi a straty wojsk rosyjsko-szwedzkich mogły wynieść nawet 10.000 zabitych.

W tym samym czasie Polacy stracili około 300 ludzi i 400 koni.

Wrota do Moskwy, którymi był Kłuszyn zostały roztrzaskane i stolica carów stała przed naszymi przodkami otworem.
Po zwycięstwie pod Kłuszynem bojarzy nie zamierzali czekać na zbliżającą się zemstę za obalenie propolskiego cara i sami wyszli z inicjatywą.
Odebrali tron Wasylowi Szujskiemu i zaproponowali go młodemu księciu Władysławowi, synowi Zygmunta III jednak pod warunkiem, że koronacja odbędzie się w ceremoniale prawosławnym.
Żółkiewski nie konsultując się z polskim królem przyjął rosyjską propozycję, licząc że monarcha wykaże się dalekowzrocznością…niestety srogo się zawiódł…
Zygmunt III, ociekający pychą religijny fanatyk nie chciał myśleć o koronacji swojego syna.

W swoich urojeniach sądził, że tron na Kremlu należy się tylko jednej osobie- jemu samemu. Oczami wyobraźni widział jak w koronie carów przewodzi rosyjskim zastępom, które maszerują na północ aby odzyskać jego umiłowaną ojczyznę- Szwecję, jedyny obiekt jego szczerej acz wzgardzonej miłości.

Niebawem eks -cara Wasyla Szujskiego aresztował Stanisław Żółkiewski i wzorem rzymskich tradycji przywiózł go do Warszawy jako żywy pomnik własnej chwały.
W Warszawie godnie uczczono zwycięskiego hetmana, jednak zakompleksiony monarcha patrzył coraz mniej przychylnym okiem na polskiego dowódcę odbywającego uroczysty tryumf na wzór rzymskich wodzów i prowadzącego niezależną politykę…

Wydarzenie, które utarło się w powszechnej świadomości jako „hołd ruski” było wiktorią przyćmiewającą wszystkie poprzednie, wiktorią zdolną odmienić losy nie tylko Polski i Rosji, ale również całego świata, wiktorią wielką i wspaniałą…ale zupełnie niewykorzystaną.

Przez pryzmat hołdu ruskiego widzimy całą historię naszego narodu: historię obfitującą w błyskotliwe zwycięstwa i bezprecedensowe tryumfy, historię wypełnioną po brzegi chwałą i bohaterstwem, ale jednocześnie historię zmarnowanego potencjału, historię niewykorzystanych szans, braku politycznego zmysłu i braku elit politycznych, które byłyby ucieleśnieniem wielkich cnót wielkiego narodu.

Jak pisał jeden z najwybitniejszych, polskich historyków okresu międzywojennego Stanisław Cat Mackiewicz: „Nasz naród można porównać do wielkiego i silnego człowieka, u którego kiszki źle funkcjonują.Jak ktoś może być chory na złe funkcjonowanie kiszek, tak naród nasz jest chory na złe funkcjonowanie aparatu selekcji ludzi. W Anglii drogę do rządów torują istotne przymioty polityczne, dobre przewidywanie wypadków politycznych, realizm w ocenie faktów. U nas frazes sentymentalny. Anglicy szukają indywidualności, my wywyższamy miernoty.”
Nic się w naszym postrzeganiu świata nie zmienia.

W dalszym ciągu wybieramy na przywódców najmierniejsze miernoty a ludzi wybitnych spychamy na margines postrzegając ich jako zagrożenie.
W dalszym ciągu bardziej cenimy sobie „sentymentalny frazes” celebrując narodowe hekatomby i katastrofy, o zwycięstwach zaś wspominając po cichu i niejako przy okazji.
Nie ma nic złego w kultywowaniu pamięci o narodowych męczennikach i poległych bohaterach bo są oni powodem do dumy i punktem odniesienia.
Nie ma nic złego w pamiętaniu o klęskach i porażkach bo są one najlepszym bodźcem do tego żeby wyciągać wnioski z potknięć nas samych i naszych przodków po to aby w przyszłości podobna sytuacja już się nie powtórzyła…

Istnieje jednak zasadnicza różnica pomiędzy pamięcią i kultem osobistego bohaterstwa a kultem zbiorowych samobójstw i katastrof, które wepchnęły nasz naród na krawędź unicestwienia.
Istnieje istotna różnica pomiędzy kultywowaniem postaw bohaterskich a kultywowaniem decyzji politycznych, które doprowadziły bohaterów do zagłady.
Zdrowy naród buduje swoją tożsamość narodową na wielkich zwycięstwach i radosnych momentach przełomowych, które napawają dumą i stanowią wzór do naśladowania dla następnych pokoleń.
Nawet jeśli takowymi zwycięstwami dany naród pochwalić się nie może to na potrzeby propagandowe tworzy mity i legendy, piękne baśnie które naród integrują i motywują do solidarności i aktywności.

My Polacy na brak wielkich zwycięstw nie narzekamy a jednak z uporem maniaka lansujemy tylko narodowe tragedie w poczuciu ogólnego zaszczucia i nieuchronnej klęski.
Dlaczego dzień 1.08.1944 roku wiążę się z olbrzymim ładunkiem patriotycznym, manifestacjami i ogólnonarodowym świętem przypominającym niekiedy radosny taniec na cmentarzysku a zapominamy o takich datach jak 27.07.1605, 4.07.1610, 29.10.1611, 9.10.1621, 12.09.1683, 11.06.1694?

Odpowiedź na to pytanie jest równie bolesna co prawdziwa. Jesteśmy narodem chorym, i chorym narodem pozostaniemy dopóki nie wymieciemy naszych salonów z miernot a dzień 29.10 nie stanie się w Polsce świętem narodowym. Będzie to pierwszy sygnał powrotu ze świata umarłych do świata żywych.

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas

Zobacz również