UDOSTĘPNIJ

Nagłówki krzyczą: najlepszy film kinowego uniwersum DC! Łatwo zrozumieć taki zabieg. „Wonder Woman“ faktycznie daje świeży powiew superbohaterskiemu półświatkowi rywali Marvela, szczególnie po zupełnie chybionym „Legionie samobójców“ i kiepskim „Batmanie v Supermanie“, jednak do idealnego blockbustera jeszcze daleka droga. Twórcy wyolbrzymiają konwencję każdej sceny, sprowadzając kampową fabułę „Wonder Woman“ do niebotycznie przerysowanych rozmiarów. Wszystko pokryte zostaje niezdrową manierą przeestetyzowanego „snyderowania“. I tylko tytułowa superbohaterka wychodzi z tego obronną ręką, a jej historii inicjacji, rozbudowanego origin story mogą pozazdrościć nawet koledzy po fachu ze stajni Marvela.

Z kinowym uniwersum DC jest trochę jak z kapelą muzyczną, która nie potrafi odnaleźć swojego własnego brzmienia. „Człowiek ze stali“ pod natłokiem plastikowego mesjanizmu brzmiał niby kościelna schola z pogranicza XVI i XVIII wieku, „Batman v Superman“ stał się naiwnym emo-rockiem, a „Legion samobójców“ to już zupełny mix disco z death metalem. Na tym tle definitywnie najlepiej wypada „Wonder Woman“, jednak i tu kompozycja nie wybrzmiewa idealnie.

Naczelny problem (jak zawsze w przypadku uniwersum DC) leży w schizofrenicznym rozdarciu „Wonder Woman“ między poważnym kinem superbohaterskim, a sielankowymi tonami, zrzucającymi emocjonalny i moralny ciężar całego przedsięwzięcia. To krzyżówka trylogii Mrocznego Rycerza z lekkimi produkcjami Marvela. Finalnie scenariusz wygląda tak, jakby twórcy w akcie desperacji zatrudnili komików z najbliższej okolicy, podarowali im gotowy scenariusz, z którego litrami wyciekał niezdrowy patos i zmusili do napisania kilku zabawnych (w samym założeniu) gagów. Śmieszne sceny ewidentnie odstają od reszty produkcji, ubogie w błyskotliwość, toporne i – co najgorsze – mało zabawne.

I tak np. poważne, humanistyczne rozważania nad naturą człowieka, nihilistyczne dyskusje złoczyńców filmu i pacyfistyczne marzenia tytułowej superbohaterki kontrastują z antagonistką, nazywaną w produkcji jako Dr. Trucizna, kiepskim CGI i generalną trywializacją zjawiska wojny. Całość zanurzona została w swojskim sosie Zacka Snydera (showrunnera całego uniwersum DC, producenta i scenarzysty filmu). Każdą sekwencję batalistyczną oparto na manierycznej zabawie z prędkością wyświetlania ukazanego obrazu. To, co w „300” sprawdziło się w sposób niemal idealny, 11 lat później sprowadza „Wonder Woman” na terytoria wizualnego kampu i fabularnej pulpy a la wczesny James Bond z domieszką Flasha Gordona.

Wonder Woman“ zbudowana jest z kilku estetyk, łączących w sobie klasyczną manierę produkcji superbohaterskich, melodramat i kino wojenne. Niestety, z każdej konwencji, z każdego zabiegu reżyserka, Patty Jenkins, stara się wydobyć zbyt wiele. Gdy bohaterowie tańczą w miłosnym uścisku, z nieba zaczyna padać śnieg; gdy żołnierze walczą, destrukcji ulega niemal pół ulicy i wieża kościoła. Nawet antagoniści wyglądają tu, jak socjopatyczne karykatury kina klasy B. A jakby widz nie wyczuł, jakie emocje miały towarzyszyć poszczególnej scenie czy sekwencji, patetyczna, aż nazbyt donośna muzyka od razu naprowadza go na właściwy ton.

Trzeba jednak oddać „Wonder Woman”, że po „Iron Manie” i „Batmanie: Początek” to najlepsza historia narodzin superbohaterki, jaką Hollywood kiedykolwiek wyprodukowało. Twórcy w całości eksploatują postać księżniczki Amazonek, sięgając po jej mityczne korzenie oraz nadnaturalne zdolności. Nie przypadkiem reżyserką widowiska została kobieta, Patty Jenkins, co nie zdarza się często, jeśli chodzi o letnie kino blockbusterowe. Twórczyni idealnie oddaje emocje i odczucia Wonder Woman, jej kobiecą psychikę i wrażliwość, tym samym diametralnie wyróżniając ją na tle innych ekranowych herosów.

Jenkins zrywa seksualną stygmatyzacją Wonder Woman jako „króliczka DC Comics”, co ciekawe, skupiając erotyczny dyskurs na płci męskiej. Brytyjski żołnierz, Steve Trevor, który ulega wdziękowi gender-Amazonki, ewidentnie nacechowany zostaje damskim rysem scenopisarskim. To właśnie on staje się obiektem fascynacji seksualnej całego filmu. Na szczęście Jenkins nie odbiera mu jego heroicznych zdolności ani męskiej sylwetki; bardziej uwalnia markę od mizoginistycznych naleciałości i szownistycznego uprzedmiotowienia kobiet we wcześniejszych komiksach tej serii. „Wonder Woman” umiejętnie zaciera granice płci, dowodząc, że kino superbohaterskie, opowiadające o damskiej protagonistce, może wypaść lepiej niż widowisko łączące w sobie dwie ikoniczne postacie Batmana i Supermana.

Z drugiej strony reżyserka perfekcyjnie łączy ze sobą dwie naleciałości stylistyczne – grecką mitologię, wynikającą z pochodzenia Wonder Woman oraz realia I Wojny Światowej, dość rzadko goszczące w głośnych hitach Fabryki Marzeń. Obie płaszczyzny swoje yin i yang znajdują w nieco naiwnej postaci tytułowej superbohaterki, próbującej odnaleźć się w patriarchalnym, konserwatywnym Londynie drugiej dekady XX wieku. Mit boga wojny, Aresa, przełożony zostaje na realia konfliktu zbrojnego, a Diana, jak w rasowym tytule kina exploitation, odbija pociski moździerzy tarczą i zabija wrogich Niemców mieczem. Starożytny topos wojownika odnajduje swoją jawną interpretację (czy raczej lustrzane odbicie) w bieżącym kinie współczesnych herosów.

Choć złoczyńcy produkcji to klasyczni socjopaci z fizyczną (rodem z pulpowych Jamesów Bondów) lub psychiczną dysfunkcją, daleko im do ikonicznych szwarccharakterów pokroju Jokera Heatha Ledgera (jak również Jacka Nicholsona) czy marvelowego Lokiego Toma Hiddlestona. O wiele barwniej wypadają w „Wonder Woman” protagoniści filmu. Choć twórcy podążają modnym ostatnio trendem jednoczenia ze sobą pomniejszych grup najlepszych żołnierzy, ekipę stworzoną w najnowszym widowisku DC nie sposób nie darzyć sympatią. Naturalnie, czuć w tym zabiegu sentymentalny powrót do lat ’80 („Drużyna A”, „Predator”), a zaprezentowany „legion łotrów” to sextet ludzi-epitetów z wyróżniającą się Wonder Woman oraz Stevem Trevorem, który niczym Kapitan Ameryka przemierza linie wroga na motocyklu, nadal pozostają przyjazną materią filmową, wysłaną w niebezpieczną misję daleko na antagonistyczne terytorium Niemiec. Jednak to śmietanka brytyjskiej szkoły aktorskiej stanowi crème de la crème całej produkcji. David Thewlis umiejętnie bawi się swoją rolę, wprowadzając ją w parodystyczny wymiar konwencji filmu o superludziach, a kroku dotrzymuje mu jak zawsze rewelacyjny i ujmujący Ewen Bremner.

Wonder Woman” to definitywny guilty pleasure. Twórcom filmu należy się jednak list gratulacyjny – zdołali połączyć ze sobą skrajne motywy, a sama produkcja, choć trwa blisko dwie i pół godziny, absorbuje niemal od pierwszych chwil. To jawny i przerysowany pastisz kina szpiegowskiego, zbyt wierny komiksowej estetyce, jednak jest w tym szaleństwie jakaś metoda. Tym bardziej należy docenić widowisko o Cudownej Kobiecie, jako pierwszy blockbuster skupiający się na superbohaterce – to ona staje się motorem napędowym całego filmu, to ona zostaje jego najcudowniejszym aspektem.

Nadchodząca „Liga Sprawiedliwości” pokaże, czy „Wonder Woman” była jedynie udanym wypadkiem przy pracy, czy też może uniwersum DC odnalazło na siebie pomysł i już wkrótce dorówna obecnemu gigantowi produkcji superbohaterskich, znanemu jako Marvel.

Moja ocena: 5/10

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas

Zobacz również